Krótka historia Poniedziałek, Kwi 8 2013 

… i prawdziwa, żeby nie było.

W pewnej wiosce żyła sędziwa staruszka. Podeszła do niej kobieta i zapytała:- Droga pani, jak to jest mieć 90 lat?
– Tak samo jak 20… Życia zawsze będzie za mało- odpowiedziała tamta.

Dziurka od klucza Poniedziałek, List 14 2011 

…bo w życiu tak jest, że jeśli nie zamkniesz za sobą jednych drzwi, to nie otworzysz następnych. Możesz oglądać inny świat, świat, który może być twoją nową rzeczywistością, jedynie przez dziurkę od klucza. Co więc powstrzymuje od zamknięcia za sobą tej ruchomej przegrody? Dlaczego tak trudno jest zostawić coś, co sprawia ból, co nijak nam nie odpowiada? Zaraz, a kto powiedział, że coś nie pasuje? Jesteśmy pokoleniem masochistów.

Od dziecka uczą nas bycia nieszczęśliwym. I chociaż podstawowe doktryny nie zmieniają się od lat, stając się wręcz mantrami, to jednak szczęście, do którego dąży człowiek, zdaje się być nie tyle nieosiągalne, co po prostu niemile widziane. Paradoks? Przecież sens życia polega na tym, by być szczęśliwym- a na to każdy ma indywidualny sposób. No właśnie- wielu z nas jest jego świadomych, a jednak, bardziej lub mniej, unika drogi samospełnienia.

Żyjemy w czasach, gdzie życie goni do przodu i nie ogląda się na pojedyncze jednostki. Najłatwiej zwalić winę na dzisiejsze czasy. Ale czy wieki temu było lepiej? Nie było telefonii komórkowej, nie było komputerów, Internetu, powszechnego obowiązku edukacji. Panowała ciemnota, najwięcej do powiedzenia miał kościół (nie to, żebym się czepiała) i przynależąca jemu inkwizycja (jeszcze król, królowa… małpa miała większe prawo głosu, niż wdowa- ale to takie wtrącenie). Kobiety szczęśliwe, wolne, popadały w zniewolenie i lądowały z kamieniem u nogi na dnie rzeki (jeśli były czarownicami, to by wypłynęły; kiedy nie wypływały, świadczyło to o ich niewinności i zbawieniu), albo płonęły na stosie. Za znachorstwo (parzenie melisy, bongo- bongo i te sprawy…), za nierząd (ludzki popęd seksualny- przeto podstawowe potrzeby człowieka od wieków uznawane są jako grzech nieczystości…), za wróżby, jasnowidztwo (ciemne chmury, będzie deszcz). Zasady wciąż te same, chociaż ubrane w inne słowa i insze czyny.

Młodzież się rozhulała. Jasne, kilkadziesiąt lat wstecz wcale nie było seksu przedmałżeńskiego, zdrad i dzieci z łoża antagonistycznego do prawego. Tylko wtedy nazywano (niczemu winne) dziecko bękartem. Dzisiaj panuje teoretyczna tolerancja. Teoretyczna- bo w praktyce każdy wie, jak jest (i niech zabije mózg swój dechami- niech tylko odwróci swoją szanowną banię).

Wszyscy zaczynamy i kończymy w ten sam sposób. Zaczynami od kosmicznego wystrzału małej komórki z ogonkiem od osobnika homo sapiens z ogonkiem, bierzemy udział w pierwszym wyścigu, wżeramy się w taką dużą kuleczkę z kolejnym materiałem genetycznym. Kończymy oddając ostatni oddech. Co jest później- nie wiem. Ja wierzę w reinkarnację. Inni przyjmują filozofię nieba i ziemi. Dla innych nie ma nic. To nieistotne- wszyscy umieramy. I tak, na pewno na łożu śmierci będziemy wspominać godziny tej cudownej harówki, podkładania sobie wzajemnie świń i innych zwierzątek mających w zwyczaju głośno mlaskać przy dużej misce i robić bardzo śmierdzącą kupkę. Na pewno będziemy z satysfakcją wspominać, ile to razy nawzajem uprzykrzyliśmy sobie życie, przeglądać wyciągi z konta i starać się za wszelką cenę jeszcze je jakoś pomnożyć. Nie? No niemożliwe.

Nie chodzi o to, żeby żyć w biedzie. To nie jest szczęście. Ascetyzm był modny w średniowieczu. Sama pracuję, chociaż jeszcze jestem na etapie edukacji. Robię to, co lubię i w czym się widzę przez następne długie lata- bo projektowanie to w dużej mierze sens mojego życia. Ale czy będę wspominać projekty i ich realizacje, umierając? Nie sądzę. Stawiam na ludzi w jakiś sposób mi bliski i bliższy. Stawiam na wspomnienia z nimi. Stawiam na te wszystkie wspaniałe chwile, które RAZEM przeżyliśmy, i które RAZEM przeżyjemy. Jeśli komuś kiedyś dam życie- pewnie będzie to najważniejsza taka osoba, której będę chciała wszystko przekazać. Żeby rozwijać się dalej. Bo rozwijać się, mieć kogo kochać, szaleć, żyć z pasją- to jest szczęście. Ale być szczęśliwym, to nie tylko biegać z głową pośród obłoków, bo w końcu może jakiś piorun trzasnąć- to stąpać twardo po ziemi i skakać jak najbliżej słońca…

Puszczanie latawców Środa, Paźdź 26 2011 

Puszczają się nerwy, puszczają się bąki i fruną w przestworza nad wyimaginowaną łąką pod ciepłą kołderką w romantyczne zimowe wieczory. Puszczają się panny, puszczają się bańki i zniekształcają eliptycznie (a czasem nawet epileptycznie) widok. Puszczają w telewizji, w radio- medialna prostytucja. Puszcza się latawce, by wirowały wśród podmuchów wiatru (jakież to poetyckie i romantyczne). Puszcza Notecka (pierwsza, która do głowy mi przyszła). I Bukowa, w Szczecinie (łaaadniutka, polecam na wycieczkę- jedno z niewielu miejsc uroczych w tym mieście). Puszczają się ptaki kolorowe, pawie oka, z sałatki jajecznej, chipsów i innych przekąsek, zazwyczaj o kwaśnym zapachu i zabarwieniu jego woni alkoholem…

A życie to podpuszczanie. Diabelskie kuszenie, jak faceta obcisłymi rajstopkami.  Chwila nieuwagi, salsa hormonów i (nie)szczęście gotowe. Łyk adrenaliny- byleby poszedł układem pokarmowym, a nie gdzieś w okolicy tchawicy zbłądził, bo w płucach to gorsze od asfaltu z dymu tytoniowego (btw. wolę nie znać stanu swoich płuc…).

Co za dużo, to i świnia nie zje. A nie daj Siło, w którą święcie wierzysz (nie daj Energio- bowiem entuzjastka fizyki kwantowej ze mnie), organizm nie przyzwyczajony do tego typu substancji. Jak nie pawik, to zabawa z rozstrojem żołądka. I później albo uraz, albo kolejne, mniej lub bardziej (bo jednak zawsze), destrukcyjne uzależnienie.

Puszczanie nie jest wcale takie złe, jak fonetyka jego wskazuje. Synonim puszczalstwa, zwany popularnie odpuszczaniem, wywołuje nad wymiar miłe skojarzenia. Grzechy, na przykład. Można je odPUŚCIĆ  (choć zwolennikiem zwierzania się jakiemuś facetowi za dziwną kratką w pojemniku, który konstrukcyjnie przypomina mi szalet polowy, nie jestem- ale to już tylko moje zdanie- nikomu go nie narzucam). Jak coś nie wychodzi, to lepiej sobie odPUŚCIĆ. A jak się wolno (lub szybko- co kto lubi) puści, to może samo wróci, albo się inne rozwiązanie pojawi.

Zazwyczaj do czynności puszczenia popycha siła i opór. Tak, tak. Żeby coś (o)puścić, należy najpierw kurczowo trzymać (a później skąd reumatyzm i skoliozy… zwłaszcza te psychiczne). Żeby coś dopuścić (do siebie), najpierw trzeba trzymać się (kurczowo) z daleka od danej informacji. Można też sobie też wszystko, ale to kompletnie WSZYSTKO odpuścić i się nieźle zapuścić (w maliny, przykładowo- smaczne kąski, ale jak się kolce w nieodpowiednie części ciała wbiją, to już nie jest tak słodko i uroczo).

Tak więc, moi Drodzy, puszczajmy, odpuszczajmy, dopuszczajmy do siebie, prawdę przede wszystkim, nie zapuszczając się za bardzo przy tym, wpuszczajmy nowości do drzwi zacnej naszej egzystencji, a gdy miejsce odpowiednie się znajdzie, zapuszczajmy lekko korzenie (lekko- żeby potem nie bolało jak na fotelu stomatologicznym- wprawdzie nigdy tego nie doświadczyłam, ale się nasłuchałam 😉 ).

To tak na chwilę obecną, bo zapuściłam się w projektach, papierach, pracy, uczelni, urokach, zauroczeniach (?) i innych sprawach przyziemnych 😉

Mówili mi Środa, Paźdź 26 2011 

Mówili mi

Życia nie przeskoczysz

Dokądkolwiek pójdziesz

Wiatr będzie ci w oczy

Wiał

Mówili mi

W labiryncie zginiesz kłosów

Wiatr głuchy jest

A wśród drzew

Nie odnajdziesz głosów

Które poprowadzą cię

Mówili mi

Droga twoja nigdzie nie prowadzi

A na końcu tęczy

Pustka jest

Jednak nie zawadzi

Jeśli szukać będziesz jej

Mówili mi

Życie składa się

Z prozy szarych dni

I słów nikłych jak we mgle

.

.

.

gdzieś wyskrobane pomiędzy jedną a drugą chwilą 😉

Bilet na życie Czwartek, Sier 11 2011 

Wsiąść do pociągu, ale nie byle jakiego. I o bilet zadbać, bo ulgi się z wiekiem kończą, a podatki rosną proporcjonalnie do gabarytów organizmu. Jeszcze się zaopatrzyć w jakiś Aviomarin, czy inny Lokomotiv, bo puszczenie kolorowego ptaszka z objęć żołądka i dwunastnicy niewykluczone. Życie czasem dowali na dokładkę małe co nieco i cofnie w którymś momencie. Albo przesłodzi. Albo dosoli… A z barami w pociągach to różnie bywa…

Dzisiaj pociąg do instynktu macierzyńskiego to niczym PKP, coraz bardziej opóźniony. Z przyczyn społecznych, biologicznych, psychologicznych i urojonych. Różnie bywa, jakkolwiek prędzej czy później, na ogół robi się wolne miejsce w przedziale. Czasami podróżna przygoda, innym razem jakieś dwie, mniej lub bardziej, dusze zagubione, postanawiają z przyczyn niekoniecznie zrozumiałych jechać na jednym wozie, do końca podróży zwanej życiem (niestety,  coraz częściej czysto teoretycznie- obserwowany jest wzrost przypadków wykopania z tej taczki, na zasadzie baba z wozu, koniom lżej).

Spodziewanie, czy niespodziewanie- wsiada się na jakiejś stacji do któregoś z tych przedziałów. Szlachetnie urodzeni do klasy pierwszej, już na starcie mają lepiej. Na ogół jednak przeważa druga klasa, pechowcom zostają wagony towarowe. A właśnie- zdarza się, że jakieś bydło się wymknie i przypadkiem zawita do naszego przedziału. I niech nikt mi kitu nie wciska, że podziału na klasy nie ma. Co, oczywiście, nie oznacza, iż klasy w dalszej podróży zmienić nie można. W końcu i tak trzeba będzie jechać- chyba, że w akacie desperacji wyskoczy się przez okno, to i zabawy koniec.

W ramach dorastania, oprócz oczywiście zmian ulgowych w cenach biletów, czeka na nas zmiana personelu, i to niejednokrotna. Będzie tak, że ktoś wsiądzie, czy to proszony, czy nie i albo czas nam umili, albo cierpiący na chorobę lokomocyjną, zapaskudzi nam przedział i sobie pójdzie- a Ty potem sprzątaj te kolorowe, upłynnione substancje. Zdarzyć się wszak także może- że to my będziemy przekomarzać się po ciasnych korytarzach w poszukiwaniu jakiegoś (chociaż częściowo) wolnego przedziału. Generalnie idea jest taka, żeby najlepiej znaleźć sobie całkowity wolny i tam począć wić gniazdko. Przewietrzyć, utrzymywać w czystości. Jednak ostrożnie z otwieraniem okna, przewiać może. Zamknięte też być nie może- atmosfera może się zagęścić i zacząć dusić. Często przedział jest dziedziczony, niczym pałac Buckingham (taka mała prywatyzacja…).

Niektórzy całe życie szukają swojego przedziału. Wędrują po klasach, mijają ludzi. Czasami wydaje się, że znaleźli miejsce idealne. Czasami nie stać ich na bilet zapewniający miejsce w wyższej numerycznie (i standardowo) klasie- bywa, iż przez jakiś czas jadą na gapę. I albo zwieją w odpowiednim czasie, albo trafią nieszczęśliwie na jakiegoś konduktora- służbistę. Czasami jednak stwierdzają, że nie jest to do końca to, czego szukali. I szukają dalej- aż w końcu podróż dobiega kresu…

Pociąg ma w zwyczaju się zatrzymywać na jakichś stacjach i- niestety, siłą rzeczy- ktoś zawsze na takiej wysiądzie, gdyż podróż jego dobiegła już końca. Zostaje puste miejsce, czekające na odpowiednią osobę- ale już zawsze będzie się pamiętało, że ktoś kiedyś na tym siedzeniu siedział…

Początek Środa, Kwi 27 2011 

Śmierć nie oznacza końca. To tylko kolejny początek, jakich wiele, po każdym końcu. A życie tak zostało skonstruowane, że gdy zamykają się jedne drzwi, otwierają się drugie. Dlatego tak niebezpieczne jest stanie w przeciągu, czy- jak kto woli, w miejscu.

Nie rozstajemy się na zawsze. Kiedyś zobaczymy się jeszcze. Kiedyś- może za dziesięć, może za dwadzieścia, a może za sto lat. To nie ma znaczenia. W fizycznym świecie przez większość życia jesteśmy niewolnikami czasu: cykli dobowych, pór rocznych. Żyjemy na Ziemi, jesteśmy połączeni z naturą. Nasze ciało jest jak każde inne- roślina usycha, płatki kwiatów więdną i opadają, a nasza skóra się marszczy. Ale rośliny zostawiają po sobie nasiona, z których kiełkują następne. Tak samo człowiek przedłuża swój gatunek.

Życie w fizycznym to największy dar, jaki można otrzymać od natury. Coś, co zostaje dane komuś na własność, co każdy może wykorzystać, jak chce. W końcu należy tylko do niego, choć tak mało ludzi zdaje sobie sprawę z tej oczywistej prawdy. Ci, którzy rozumieją tą najbardziej prozaiczną i dziecinnie prostą sprawę, wybijają się ponad tłum. Ich wyjątkowość to pasja, to nieliczenie się z czasem i jego ograniczeniami. Ich życie trwa subiektywną chwilę, ale chwila ta zostaje zapisana na kartach dziejów ludzkości.

Nikt nie ma prawa rozporządzać czyjąś własnością. Nie może uzależniać swojej własności od innych. Ta własność jest materialna, a wszystko, co materialne, kiedyś się kończy. Życie fizyczne można stracić w jednej chwili, jak majątek w czasie kryzysu gospodarczego.

Nie można przez kogoś zniszczyć sobie życia. Tylko przez swoje nieumiejętne decyzje. Zdanie to także własność, każdy ma swoje i może w każdej chwili je zmienić, ukształtować nowe. Nikt z zewnątrz nie musi się z nim zgadzać.

Ktoś mnie tego uczył przez dwie dekady. Podprowadziła pod drzwi dorosłości i odeszła, bo jej przygoda na Ziemi się skończyła, zaczęła nową. Ktoś mnie teraz uczy tego na nowo. Ale i ta osoba odejdzie. A właściwie ja od niej- ona mi tylko wskazuje możliwości, drogę wybieram sama.

Mam coś, czego nikt mi nigdy nie odbierze. Cudowne wspomnienia: chwile, które tak szybko przeminęły, kiedy naprawdę żyłam, wedle własnego widzi-mi-się. Wspomnienie osoby kochającej bezinteresownie, do której potrafiłam zwiać na drugi koniec Polski, mając zaledwie 20 zł w portfelu (ale uparłam się i dojechałam do celu, po paru perypetiach… ale to już jedna z tych historii, gdzie stawiałam wszystko na jedną kartę i działałam, nie bacząc na jakiekolwiek przeszkody i konsekwencje…). Osobę, która nauczyła mnie tego, co głosi Coehlo od kilku lat: kocha się za nic. Nie istnieje żaden powód do miłości, chociaż pisarką nie była, tylko cudowną kobietą, która jak każdy popełniła kilka błędów. Osobę, która wspierała każdy mój pomysł, nawet najbardziej szalony, dawała motywację, choć sama trzęsła się ze strachu (gdy wybrałam się na wycieczkę na inny kontynent, ale to też inna, dłuższa nieco historia), nigdy mnie nie hamowała, tylko pchała do przodu i nigdy nic za to nie chciała. Dla innych byłam małą wiedźmą, czarownicą, popieprzonym dzieckiem z ukraińską krwią, dla niej- całym światem, a ona moim, bez względu na to, jak oceniali ją inni. I taką ją zapamiętałam, tych wspomnień nic i nikt nie jest w stanie zmienić…

Bo życie jest tylko jedno i jedyne, co z niego zostanie, to tylko te wspomnienia. One są pewne, nikt ich nie może zabrać (nawet ten Niemiec, Alzheimer ;)- w podświadomości przetrwają).

Dni uciekają z prędkością światła. Wyciskam z każdej minuty, ile się da. Żyję. Zbieram wspomnienia, kolekcjonuję je. Staram się wszystkim cieszyć, nie wspominam złego, bo i po co, skoro to już minęło, nie wróci i w ogóle nie istnieje w teraźniejszości? Wykorzystuję każdą sytuację, bo jak to Szymborska przepięknie ujęła: nic nie zdarza się dwa razy. Zamiast siedzieć w sztucznie stworzonej rzeczywistości i lubić powszechnie przyjęte fobie  odezwałabym, ale nie chcę się narzucać, po prostu chwytam za telefon i dzwonię. Najwyżej oberwę po uszach, to tylko słowa…

Ostatnio wyłączyłam się na jakiś czas z pewnych stref życia, musiałam parę rzeczy poukładać, w tym między innymi ciuchy w szafkach i klepki w głowie. Wróciłam do starych pasji. Trochę trudno mnie złapać, bo albo zapominam telefonu, albo celowo go nie biorę, albo wyłączam i po kilku dniach przypominam sobie o jego istnieniu. Komunikatory włączam raz na jakiś czas, jak mam na to ochotę. Póki co, nie mam jakoś zamiaru tego zmieniać- kto ma mnie złapać, ten znajdzie sposób, a ja niespodzianki bardzo lubię ;).Jest coraz cieplej, drzewa nie straszą już nagimi gałęziami. Z tej okazji (bo jak jej nie ma, to się ją stwarza- ta dam!) życzę wszystkim korzystania z życia, oderwania się od stereotypów i pokonywania siebie każdego dnia- żeby codzienne poszerzać swoją piękną kolekcję wspomnień!

.

Baranie banie Poniedziałek, Lu 28 2011 

Zwycięzca jest sam- zatytułował jedną ze swych książek (ni)jaki Cohelo i puścił do druku. A że nazwisko jego na globie (prawie) całym znane i poważne, zdanie weszło do użytku języka codziennego i bezmyślnie powtarzane być zaczęło…

I idzie taki baran z ciętym jak nóż spod ostrzałki językiem przez życie, i nie da się temu baranowi przetłumaczyć, że baran łagodny być musi z natury swej. Nie, dla barana każde pastwisko to istne pole bitwy, niczym te o położeniu geograficznym z okolic Grunwaldu. I baran zwycięży, lecz niczym Pyrrus cenę zapłaci nadto wysoką, a gloryfikacje swe przypieczętuje samotnością. Sam przed sobą będzie czarną owcą w stadzie baranów.

A na wojnie fronty i odwety. Raz i koniec, więcej szans nie będzie. No, może druga, ale baran sobie zapamięta i uparcie będzie trzymać w głowie odbezpieczony granat wspomnień. Żeby wybuchnąć w najmniej oczekiwanej sytuacji, gdy na minę z łajna krowiego nastąpi. I rozpryśnie się to… ten materiał kompostowy na strony wszystkie świata szerokiego. Nie, baran jest uparty i pamiętać będzie wszelkie szkody.

Gdy barana coś zauroczy, wnet odwróci oczy, a następnie swój odwłok. Bo przecież baran pięknem zachwycony staje się całkowicie bezbronny. Bezbronność grozi dominacją, nijak poprzedzoną jakąkolwiek rywalizacją. Baran nie rozumie, że związek to sztuka kompromisów i że wcale nie musi sobie czymś specjalnym zasłużyć na czyjąś uwagę. Baran musi mieć logiczne wytłumaczenie dla nijak logicznych uczuć. Baran musi rozumieć to, czego rozum nie pojmuje. Baran musi być najmądrzejszy.

Baran pokręcony i zakręcony jak sierść na jego grzbiecie. I walczy przed snem z duchami swojej przeszłości, nieistniejącymi przeto, lecz wszakże, a jakże w jego głowie bitwa się toczy. Tak, na pewno to coś zmieni, baran nieomylny. I na pewno coś da nakręcanie się na wałki wspomnień. O tak… W jeszcze większy zakręt wpadnie jego już i tak dostatecznie pokręcona psychika.

Najgorzej, jak spotkają się dwa barany z chęcią dominacji i duchem rywalizacji. Pierwsze się nie odezwie, drugie nie lepsze. A gdy milczą owce, w baranich łbach przewracają się wszelakie scenariusze. I walczy, walczy zawzięcie jeden baran ze sobą, jak i drugi i przeto dwa barany między sobą. A gdy walka wychodzi poza obszar mentalny i któryś z baranów spuści z tonu miauczącego, drugi odbierze to jako jeden z wyimaginowanych ataków i… zaatakuje… Bo barany nim na rogi bić się zaczęły, zamiast pogadać jak normalne ssaki, opierając się na wymyślnych akcjach, na poziomie duszy stoczyły wojnę. Tak, kończąc pięknym akcentem z ust Coehla: Najważniejsze spotkania odbywają się najpierw na poziomie duszy.

Niewiedza Czwartek, Lu 3 2011 

Stąpam po obcej ziemi

Dotykam dzikich uczuć płomieni

Wkradam się na Twej historii karty

Chociaż nie wiem czyś jest tego warty

Lecz w tym życia tajemnica

By nieznanym się zachwycać

W ciszy łaknąć słów

I dotykiem szukać snów

Nie odkrywać nic do końca

I wędrować w stronę słońca

Źdźbło niewiedzy w polu marzeń

Niechaj rośnie by je chronić

By nie niszczyć wrażeń

By co złe zasłonić

Przedstawienie wariatki Środa, Sty 26 2011 

Przedstawienie dobiegło końca. Widzowie wyszli z Sali. Oklaski.

Była komedia, był romans. Scenariusz pisany przez dwie osoby. Niektóre kwestie pokrywające się, inne kompletnie odbiegające od siebie. Chciałoby się, aby były nieoczekiwane zwroty akcji, jednak wszystko przewidywalne do bólu.

Aktorzy z łapanki. Nie było żadnych castingów. Przez przypadek główne role powierzone dwóm wariatom. Wariatka wierna do bólu, emocjonalna. Wariat bawidamek, myślący niekoniecznie narządem pod pokrywą czaszki. Wariatka czekała, wariat dmuchał na zimne i gorące, dymał powietrzem i innymi substancjami.

Zaczęło się pięknie. Mógł być happy end. Happy nie był, ale end w końcu jest. I chociaż telenowela, to jednak bardziej korzeniami w południowej Ameryce. Żaden klan, żadna inna mdła, operowa produkcja, która końca nie ma. Skończyło się na tragedii.

Bohater tragiczny. Cokolwiek by nie zrobił i tak będzie źle. Dlatego wydaje oświadczenie. Wyrzuca wszystkie niedopowiedzenia, wszystko, co kumulował poza scenariuszem. Już mu wszystko jedno. Skoro to i tak end, to co się będzie szczypał. Jak już kończyć, to z pompą.

Są recenzje. Opowieść zdawała się być przewidywalna. Sęk w tym, że główną rolę grała wariatka. I nie byłaby sobą, gdyby chociaż na koniec czegoś od siebie nie dodała.

Trwają castingi. Nie, główna bohaterka jeszcze nie jest jakoś specjalnie ułożona od środka. Ale ma nauczkę. Nie będzie już więcej żadnych scenariuszy pisać. Będzie improwizować. Nie będzie już nikogo zaczepiać i obsadzać w swoim przedstawieniu. Kto chce, niech przychodzi na casting. Albo przejdzie, albo nie.

Kręcą się po planie, różnorakie gagi z prób. A właściwie z przedpremiery. Co się na premierze będzie działo, to już życie pokaże…

Szkolne przedstawienie Niedziela, Sty 9 2011 

Kolejka po bilet. Za friko. Bo w tym przedstawieniu nic już nie będzie za darmo. Bo to przedstawienie będzie się odgrywać na różnych scenach. Różne będą kostiumy, role, scenariusze i aktorzy… Bo to przedstawienie pod tytułem „Życie”.

Światła gasną. Kurtyna w górę- witamy na świecie. Zarys scenariusza już jest. Strona tytułowa- „Przeznaczenie”. Jakieś szkice, trzeba będzie systematycznie dorysowywać coś i dopisywać jakieś słowa do didaskaliów. Ilość współodtwarzających różna. Będzie komedia. Będzie tragedia. Obyczajowa, zapewne kilka harlequinów po drodze, horror, kino akcji w tej operze mydlanej.

Fabuła zapoczątkowana. Krzyk. Akcja!

Kino prawie nieme. Oprawa graficzna i dźwiękowa. Taki bełkot. Scena realna, scena fantastyczna. Tryb dzienny, tryb nocny, przedstawienie w dwóch światach równolegle. Dekoracje adekwatne do prezentowanej rzeczywistości.

Gra na własnej scenie. Gra na scenie innych. Rola pierwszo- i drugoplanowa. Epizod, występ gościnny, zatrudnienie na planie na dłużej. Odpoczynek na widowni. Ocena, krytyka i inne filmowe esy-floresy. Bzdury. Wejście na scenę. Jeszcze tylko ostatnie spojrzenie na scenariusz… i znowu improwizacja. Na widowni ktoś siedzi. Ocenia, śmieje się, krytykuje.

Sensacja! Będzie co recenzować! Przedstawienie bardzo udane. Nie, to była szopka. Nowo-staro roczna. Nic nowego. Nic zaskakującego. Zastosowanie archetypów.

Koniec aktu pierwszego.

Nowa rola. Rola na kilku scenach jednocześnie. Kilka wcieleń. Mąż, żona, matka, córka, wnuk… Gdzie jest reżyser?! Ktoś musi nad tym panować! Kto to, w ogóle, do cholery, reżyseruje?! A gdzie próby? Tak od razu grać? Kto to widział?!

Jeszcze tylko montaż… Taki zlepek zdarzeń. Ciąg przyczynowo- skutkowy. Żeby gdzieś tu jakaś logika się znalazła.

Premiera! Niech to będzie lekcja. Niech każdy wyciągnie wnioski. Nie, nie będzie ocen. Ale to jest szkoła. Szkoła życia. Niech uczeń będzie nauczycielem, a nauczyciel uczniem.

Nauczyciel- ucznia lustrzane odbicie. Trochę karykaturalne. Oceniasz- on ocenia ciebie. Bardziej. Mocniej. Boleśniej. Robisz na złość- on ci bardziej. Odzwierciedla wszystkie twoje wady i zalety. Pojawił się, żebyś mógł się przyjrzeć swojej twarzy.

To nie luka w scenariuszu. Nie, scenarzysta się nie upił. Ani nie naćpał. Tak miało być. To miało się stać. To była… lekcja…

Pajrat drogowy cz.3 Wtorek, Gru 14 2010 

Jedziesz, bo musisz. Bo życie cię zmusza. Ręczny zaciągnięty, ale ty twardo do przodu. Stan techniczny coraz gorszy. Jedziesz klekotem na resztach paliwa…

Benzyna zaczyna ci nagle śmierdzieć. Droga śliska jak cholera, kolców na oponach nie ma, a przydałyby się. Przyczepność- pożal się Boże. Ale jedziesz.

To nie adrenalina. To próba rozpędzenia się, chociaż hamulec trzyma. Chcesz osiągnąć większą prędkość. Ale coś się zablokowało. Chcesz zagadać, pogadać, wszystko naprawić. Ale do warsztatu daleko. Albo mechanika brak.

Płynu w spryskiwaczu już dawno zabrakło. Szyby tak zalane łzami, że nic nie widzisz, tylko jakieś zarysy. Jeździsz tam, gdzie nikogo nie ma- przynajmniej nie potrącisz. Odcinasz się od świata.

Oleju w silniku coraz mniej. Jak i w głowie- wszystko piszczy, skrzeczy.

Zakładają ci blokady na kołach. Twardo je rozwalasz i ruszasz dalej. Podróż coraz bardziej męczy, ale nie chcesz się zatrzymać. Tankować też nie chcesz. Sam zapach przyprawia cię o mdłości.

W końcu trafiasz na jakiegoś kierowcę z linką holowniczą. Pomaga ci dotrzeć do warsztatu. Mechanik kosztuje, ale zanim będziesz gotów przejść pomyślnie przegląd techniczny, dużo czasu upłynie.

Diagnoza nie zaskakuje… Oddajesz się w ręce mechanika od głowy i twardo szukasz po pokrywą komory silnikowej latających części, dotąd niewidocznych. Wygrzebujesz śrubkę, dokręcasz ją na swoje miejsce. Wygrzebujesz kolejną, zastanawiasz się, od czego ona jest i ją dokręcasz. Albo wymieniasz.

Zastanawiasz się, co się dzieje na twojej drodze. Jak tam inni podróżni. Chcesz spytać, ale nie chcesz nikogo zatrzymywać- każdy ma przecież swoją trasę, swoje cele. Nie chcesz nikomu wchodzić pod koła, przecież może potrącić i odtrącić, a ty tylko nabawisz się kolejnej kontuzji psychicznej. Cicho siedzisz i masz nadzieję, że to ciebie ktoś zatrzyma, chociaż na chwilę. Ale sam się boisz- już raz, albo i więcej razy przeżyłeś wypadek…

La bella vita! Poniedziałek, Gru 13 2010 

Kroczyć na cienkiej linie

Nad przepaścią życia

Z głową iść w chmurach

Słońcem się zachwycać

.

Wspinać się po stromych zboczach

Wbijać palce w ostre skały

Zachwycać się miastem po nocach

Przymykać oczy

By złego nie widziały

.

Kochać i szanować

Z wiatrem tańczyć walca

Na fundamentach marzeń budować

Z dziecka uśmiechem

I mądrością starca

.

Uczuć nie ukrywać

I nie szukać w nich logiki

W snach i na jawie bywać

Za głos gorącego serca

Wytrawny toast wznieść i wypić

 

Rumuńskie potyczki Czwartek, Gru 9 2010 

Rumuńskie potyczki

Nie myli się ten, co nic nie robi, głosi stare porzekadło. Ludzie uwielbiają wytykać błędy. Rozsiąść swoje szanowne cztery litery i komentować czyjeś poczynania, nie szczędząc niejednokrotnie jadu i goryczy…

Do celu zawsze wiedzie jakaś droga. Nikt nie zagwarantował, że będzie miała standard europejskich autostrad. To Polska. Tu są dziury, że zawieszenie można urwać. Czasami spowalniacze jak w Rumunii- niczym nie oznakowany pół metrowy pagórek z asfaltu. Pędzi się pędzi, po hamulcu i za klatkę piersiową. Nic na szczęście nie urwane.

Nikt nie mówił, że nie będzie pasażerów na gapę. Nie obiecywał- czepię się tej Rumunii, bo wrażenie na mnie zrobiła, nie ma co- że nie będzie gapiów jak rumuńskie prostytutki, które niczym przydrożne słupki co sto metrów są ustawione i tylko czekają, aż jakiś samiec, albo cokolwiek się ruszające i nie uciekające na drzewo się zatrzyma.

Nikt nie obiecywał, że nie będzie zakrętów z poślizgami, z których można wylecieć i palnąć w przydrożne drzewo. Albo zaryć się w głębokim rowie i czekać na pomoc drogową. Albo samemu próbować się wygrzebać.

Droga na skróty nie musi być wyłożona idealnie równą kostką brukową. Błoto po pas, bagna i inne niespodzianki i potwory z nich wyłażące- trzeba się z tym liczyć. Nie tylko na skrótach. Nie muszą być pachnące płatki róż na asfalcie- równie dobrze może doprowadzać do zaburzeń  i sensacji żołądkowych odór z rozkładu biologicznych nawozów przy pobliskich polach.

Nikt także nie zagwarantował, że podróż będzie wiodła z górki. Zresztą, tak zbyt łatwo byłoby zjechać w dół. Droga będzie niejednokrotnie prowadzić przez góry i morza. Ale tylko ten, co ma pod górkę, ma szansę zdobyć szczyt i podziwiać z niego szerokie horyzonty.

A krytycy? Może by tak ruszyć swój szanowny odwłok i samemu spróbować? Oceniać zawsze jest najłatwiej. Ja przynajmniej zawsze próbuję. Co najwyżej dostanę po uszach, podniosę to i schowam do bagażu doświadczeń. Trochę pokrzyczę, trochę powściekam się, trochę popłaczę, po czym podnoszę się i idę dalej, w stronę swojego CELU… I czekam, aż na jakimś skrzyżowaniu znajdę jakąś przyjazną duszę, która będzie zmierzać w tym samym kierunku, co ja…

 

Szanse Czwartek, Gru 9 2010 

Odbiję się od dna

Ten ostatni raz

Łyk powietrza

Żeby przetrwać

Ten najgorszy czas

.

Zapomina

Moja dusza

I odcina

Iść już przodem

Zmusza

Rzuca kłodą

W bok pamięci

By się nie zniechęcić

By wśród chmur spacerować

Troski ukryć

Schować

Inicjały w sercu ryć

Kolcem czasu

O co tyle jest

Hałasu

.

Nowy dzień

Umiera sen

Pogrzeb myśli

Złych

Niech się przyśni

Na jawie już

Anioł stróż

Prądem go! Czwartek, Gru 9 2010 

Wiele gatunków ryb płynie w górę rzeki, rezygnując z pożywienia, by tam złożyć tarło i zakończyć życie. Ikra niejednokrotnie staje się przysmakiem wybrednych, a rybie zwłoki odpływają z prądem- ich poświecenie, zdawać by się mogło (albo i nie?), poszło na marne. Misja życiowa, przedłużyć gatunek, zakończona. Wymagała wielu poświęceń (te żarełko…) i nadrybiej wręcz siły. Jak to powiadają- z prądem płyną martwe ryby. No, ale ryby (i dzieci, podobno) głosu przecież nie mają…

Prąd to zawsze prąd, i bohatera tknąć boleśnie może, jak pokazała Seksmisja. Płynięcie pod niego daje satysfakcję- w końcu to wysiłek fizyczny. Nie tylko kształtuje muskulaturę, ale pobudza przysadkę do produkcji endorfin, serotoniny i noradrenaliny. Pomimo zmęczenia, które prędzej czy później nastąpi, zadowolenie jest silniejsze. Nurt, a raczej kierunek doń przeciwny, hartuje, pozwala pokonywać swoje słabości i przeskakiwać swoją szanowną osobowość (albo przenurkować).

Nie ma chowania głowy w piasek jak te wielkie jajorodne. Co najwyżej pod wodę. A to bywa ryzykowne. Zaraz niedotlenienie, wyziębienie, hipertermia… i inne anomalia organizmu. I przejrzystość wszak może wiele do życzenia pozostawiać. Palnie się w jakiś kamień i już prąd uniesie…

Płynięcie pod prąd jest dość ryzykowne. Już sam wysiłek może dać w kość, a co dopiero, jak się przeszkody pojawią. To dopiero jest hardcore! Ominąć, pokonać… Rybka wyczerpana.

Różne są prądy i trendy. Niektóre rybki ślepo podążają, coraz szybciej, coraz intensywniej. I nagle kończy się woda pod płetwami. Oto wodospad! I na powietrze. Jasne, że to niezłe przeżycie, o ile się je przeżyje… Albo do morza… A w morzu fale i kołyszą na prawo i lewo. I łup! Rybka w sieci, będzie ugotowana. Albo usmażona. Tylko doprawić, przyprawić, wypatroszyć.

Ale można też z głową. Rybi móżdżek to nie ptasi… Zresztą, nie ten temat. Spokojna rzeczka, można się rozleniwić, rozkoszować chwilą, oglądać wszystkie wodorosty po drodze. Zachłysnąć się życiem i wszystkimi roztoczami w wodzie, odżywić organizm i cieszyć się, cieszyć!

Ale najlepiej chyba zahartować się, a potem rzucić się w wir życia, niech wyrzuci na spokojne wody. I płynąć, płynąć…

RPG Niedziela, Gru 5 2010 

RPG

Plansza- ziemia. Pionki- ludzie. Scenariusz i reżyseria- los… Komu jaki pisany…

Pakiet osobowości. Konkretne programy, nie każdy legalny. Craki, patche, łatwo wpaść. Substytuty, podróbki. Legalny program ma swoją cenę, niejednokrotnie wysoką. Lepiej iść na łatwiznę, ściągnąć z ogólnodostępnego źródła, co tam, że można z jakąś niespodzianką. Działa równie pięknie, idzie jak burza. Brak gwarancji. Jak coś się zepsuje- martw się sam.

Wirus. Sieje spustoszenie, miesza, coś działa nie tak. Albo w ogóle działać przestaje. Ciężko zarazę wykryć. Jeszcze trudniej usunąć. Wirus osłabia cały system, łatwiej złapać jakąś infekcję.  Antywirus- psychiatra, kieszeń coraz lżejsza. Środki zapobiegawcze i lecznicze- ładowanie w kabzę koncernom farmaceutycznym.

Gra losowa.  Los uwielbia płatać figle. Wygranie go na loterii graniczy z cudem. Ale cuda się zdarzają…

Poziom trudności od easy po hard. Każde przejście do następnego levelu wzmaga wykonania jakiejś misji. Na każdym poziomie zdaje się być trudniejsza i wymagająca więcej uwagi i logicznego myślenia. Częstokroć o kolejnych krokach decyduje liczba oczek na rzuconej kości.

Ograniczona energia i ekwipunek. Zwiększa się wraz z rozwojem fabuły gry. Uzbrojenie, najpierw minimalne- pielucha, z wiekiem wzrasta nań zapotrzebowanie.

Trochę jak Simsy. Zbudować domek, założyć rodzinę, albo na odwrót. Potem wymyślać sobie nowe zajęcia, wzbijać się na kolejne szczeble kariery… Trochę jak Diablo. Bo i wojenna ścieżka się zdarza, gdy na horyzoncie pojawi się jakiś potwór…

Wieczór. Reset. Rano odpali się wszystko na nowo. Kofeina, żeby przyspieszyć ładowanie się potrzebnych sterowników. Połączenie ze światem jest, można komunikować się…

Byt Piątek, Gru 3 2010 

Pośród ludzi

Których już nie ma

Pośród tożsamości

Co żyją w marzeniach

Kumulują się wspomnienia

.

Pośród tych

Co biegli z wiatrem

Łapiąc słońce w dłonie

Kiedyś zasnę

Moja dusza z nimi płonie

.

Pośród tych

Co nauczali

Żeby kochać

I na jawie śnić

Pośród myśli

Z zasadami

Istnieć

Być

Szept Wtorek, List 30 2010 

umysł pustoszeje

gdy przygrywa uśmiech

milkną duchy

z przeszłości wywołane

nim wiatr zawieje

nim na rękach czas uśnie

niemy i głuchy

na zawsze już stanie

.

otuli skrzydłem

anioł zaklęty

milczeniem opowie

lecz on tylko jest widmem

ziemskim życiem przeklęty

zniknie

nim prawdy się dowiem

 

Pajrat drogowy część 2 Sobota, List 27 2010 

Prosta- gazu! Zmienić bieg, przyspieszyć! Taaa… Patrz przed siebie, w lusterkach obraz znika się i zmienia… Szybko zapomnisz, co było chwilę temu… Zresztą, kiedy masz się zastanawiać? Przy tym tempie trzeba być szczególnie czujnym.

Początki zawsze są trudne. A jeśli nie, to i tak trzeba zachować szczególną ostrożność. Poznać przepisy rządzące tym światem, uczyć się, jak je omijać albo modyfikować dla własnych potrzeb. Trzeba ostrożnie, nie ma co się rozpędzać. Niektórych zakazów i nakazów nie da się ominąć. Po prostu kolizja gotowa. Ale zawsze można zawrócić i objąć inną drogę. Tyle jest przecież tras…

Żeby dostać się na autostradę, trzeba przebić się przez miasto, niekiedy postać w korkach, wtopić się w szarą masę tłumu. Wkraczasz między wrony- kracz jak i one. Co z tego, że jesteś orłem? Na początek najrozsądniej jest pokrakać trochę. Jak za szybko rozwiniesz skrzydła- zadziobią. A na pewno boleśnie powbijają dzioby w prywatność.

Poza miastem. Już trochę lepiej. Można powoli dodawać gazu. Jest już namiastka tej wolności. Jest coś innego. Czasem tylko zagubiona dusza, kierowca niedzielny, wyjechało to, by sprawdzić, jak tam może być. Albo zapragnęło rozwinąć wronie skrzydełka i udaje, że jest młodym orłem.

Uwaga na dzikie zwierzęta, zwłaszcza dla świeżaka. Dryfujesz między obcymi terenami. Niby na swojej drodze jest, ale to już nieco szerszy horyzonty i nowe niebezpieczeństwa. Drogi nie zawsze prawidłowo oznakowane. Kierunkowskazy gdzieniegdzie trochę jak w Czechach- niby są, ale w ostatniej chwili i tak naprawdę nie wiadomo dokąd.

Czasem dziury, można coś sobie urwać. Ała. Patrzeć to nawet połowiczną częścią zewnętrzną bioder trzeba. I ta nieszczęsna pogoda- niekoniecznie na twą korzyść.

Jest! Po wielu zakrętach, zjazdach i wyjazdach, górkach, śliskich nawierzchniach- ona. Autostrada! Nooo… To wreszcie można się rozpędzić na całego i… wziąć udział w tym wyścigu szczurów… Ale to dobry trening. Żeby nie zgubić tempa, wyjazdy też nie za często, więc trzeba ostro brać się do roboty.

Każda autostrada dokądś prowadzi. Do nieba, do piekła, na własną drogę. A na własnej drodze (czy to bawisz się w drogowca, jeśli masz na to czas, czy też ją nabywasz)- wolność Tomku w swoim domku!

Pajrat drogowy Piątek, List 26 2010 

Siedzisko ustawione, lusterka przygotowane na obserwację z różnych stron, aby nic nie zaskoczyło w ostatnim momencie, pasy zabezpieczają skórzany worek z kośćmi i mięsem uformowany w homo sapiens. No to odpalamy, pierwszy bieg, ręczny w dół, rozejrzeć się i… WIO! W drogę!

Byle nie za szybko sprzęgło puścić. Falstart. Chciałoby się wszystko od razu. A tak dobrze to nie ma… Musi być jakaś asekuracja. Organizm jest naturalnie wyposażony w system immunologiczny. Jak samochód. W czasie gorączki nie da się ruszyć z kopyta, mechanizm się krztusi.

Drugi bieg. Można sobie na zabawę pozwolić. Mocny silnik i układ nerwowy przy okazji, depnięcie, tak do końca, na całego… noga z gazu… i dawaj do końca! Ten, co tak namiętnie gaz trzyma od samego początku znika w lusterku… Baj, baj, maszkaro! Jak tak będziesz cisnął, to ci pod górkę auto zdechnie.

Trzeba energooszczędnie. Żeby jak najmniej paliwa spalić. I regularnie się tankować (nie mylić z tankowaniem studenckim, tudzież wzmożonym w miejscach zamieszkania zbiorowego, jak akademiki). Bo nie daj boziu, pod górkę zabraknie… Oj, kiepska sprawa. Albo gdzieś na odludziu. Kanister i szukać najbliższej stacji i ukojenia.

Pod górkę, ciężko, ciężko… Ale daje radę. Najgorsze jest ruszanie. W sumie, osobiście takowe najbardziej lubię- tak spektakularnie wydrzeć z ręcznego. A potem już tylko z górki… Co najwyżej czasem po hamulcu, żeby gdzieś na czyimś tyłku nie skończyć, co wiążę się z poważnym ryzykiem katastrofy. Nie każde zbliżenie jest zdrowe…

Błotkiem rzucać ktoś w nas może. Kubeł zimnej wody wylać. No, ale od czego są wycieraczki? Ewentualnie trochę płynu do spryskiwaczy i już jasny widok mamy. A że sobie popluje… Jego problem. Myć trzeba, czasem po porostu częściej…

Jak ktoś zwalania przed nogami, wyprzedzić trzeba. Uwaga na wariatów z naprzeciwka- czołówka nic miłego. Niektórych ominąć szerokim łukiem. A z niektórymi tylko się mijamy, czasem tylko jakiś sygnał sobie dajemy, że może jakiś groźny piesek za rogiem albo inne niebezpieczeństwo. Totalnie neutralne relacje interpersonalne.

No i znaki. Gdzież byśmy bez nich zawędrowali? Cenne uwagi, czasami jak byk przed nosem. A byka się nie rozwściecza. Trzeba za znakami podążać. Czasem tak bywa, że ktoś usilnie daje znak, a kierowca swojego życia ślepy jak sowa w biały dzień… A potem ma. O.

Na zakrętach życiowych zaleca się zdjąć nogę z gazu- zbyt duże jest ryzyko wpadnięcia w poślizg. No, chyba, że ktoś lubi adrenalinę i jak najszybciej chce wyjechać na prostą 🙂

Przejazd na czerwonym świetle oczywiście daje moc adrenaliny, przekracza się ogólnie ustalone normy, ale skandal czasami potrafi zniszczyć życie. Ale bywa, że jakiś opóźniony baran stoi na zielonym. I blokuje resztę ruchu…

Cel- bo każdy go ma. Po dotarciu zaparkować, wyjść, pooddychać. Zachwycić się. Ustanowić sobie nowy cel. I w drogę…

A, i najważniejsze- przed jakąkolwiek jazdą trzeba się co nieco podszkolić. Zrobić sobie taki mały kurs. Jak to powiadają- trening czyni mistrza. A życie przeegzaminuje już samo…

 

Rok Czwartek, List 25 2010 

Rok

Wiosna, lato, jesień, zima… O tak, pamiętam, jak się w przedszkolu to wymawiało i jaka dumna byłam, że znałam to (i miesiące) jeszcze przed wszystkimi dzieciakami z grupy. W naturze nic się nie zatrzymuje, wszystko zatacza koło, jest jasno określonym cyklem…

Na wiosnę wszystko się budzi do życia. Świat ma jeszcze lekko zapuchnięte oczy, jak niedźwiedź po zimowym śnie, wory pod nimi i śpiochy w kącikach. Pierwsze promienie słoneczne dają po oczach tak trochę, jakby się na kacu było. Rośliny wypuszczają pierwsze pąki, matki dzieci ze swych łon (te, które jesienna chandra dopadła). Taki dzieciaczek budzi się ze swojego pierwszego zimowego snu. Najważniejsze, by nie nastąpiło to  przedwcześnie- przymrozki nie tylko dla roślin groźne. Mogą przytrzymać rozwój, czasami na stałe. Za późno też nie zdrowo- można przespać pewien etap rozwoju i ciężko będzie się w otoczenie wpasować, a już tym bardziej je dogonić. Grunt, to wpasować się w odpowiednią pogodę. A to zgoła trudne, bowiem-jak wszem i wobec wiadomo- pogoda jak kobieta w ciąży- hormony strzelają jak wiosenne pioruny.

Wiosna to piękny okres. W większości przypadków oczywiście. Znowu uzależnienie od czynników atmosferycznych. Istotne, w jakiej atmosferze się dorasta.

Wczesne lat. W sumie to jeszcze późna wiosna. Okres dojrzewania zielonych owoców. Płatki ochronne z kwiatków już pospadały, a ta zieleń to tak różnie się rumieni. Do niektórych słońce dociera nieco później. I pierwsze wyładowania atmosferyczne. Bunt na zamianę pory roku. Parówa, że wytrzymać ciężko. Bum! A potem chwila spokoju- do następnego zagęszczenia się powietrza…

Lato, lato, lato czeka! Razem z latem… pełen wypas nowych możliwości, szerokie horyzonty… Ta dam! Oto wiek młodzieńczy! Wiek, w którym jeszcze bez większych konsekwencji można popełniać błędy, próbować, pucować te owoce na słońcu przygrzane… Pogoda zazwyczaj (znowu…) skłania do uniesień i szybowania w chmurach- jeśli takowe są. Ale co tam, nawet jeśli ich nie ma- iść, ciągle iść, w stronę słońca.

Pod koniec lata owoce wypuszczają z siebie swoje nasiona. Nie od razu zakiełkują, ale coś z tego wyjdzie. W większości przypadków, oczywiście.

Jesienią, jesienią, sady się rumienią… Ze złości, ze latorośle mają swoją wiosnę. Albo- co gorsza- wczesne lato. Dają popalić, że aż liście czerwienieją. Ale to piękne takie. Czasem jakiś przymrozek, bo to przekwita kwiat życia powoli. Jesień może być piękna, złota- na ogół czegoś człowiek się dorabia właśnie w tej jesieni życia. Ale może też być deszczowa, pochmurna i ponura. Może dopaść jesienna depresja…

Pierwszy śnieg ukoi. Przyprószy włosy, twarz pomarszczy się pod wpływem chłodu z dworu. Ale jakie to radosne! Wnuki na sanki, ciepły piecyk, druty, szydełka, bajki na dobranoc. Takie przygotowanie się do ponownej wiosny. A im dalej zimy, tym człowiek jakby bardziej wiosnę czuł…

I tu moja główna łamigłówka: jeśli człowiek jest tak powiązany z naturą, to co dzieje się po tej zimie? Reinkarnacja, czy jaka cholera?!…

Odejście (II) Niedziela, List 21 2010 

Odszedł już dzień

Na zawsze z nim on

Wspomnienie jeszcze chwile zostanie

Wyprze go pamięć

.

Na białych skrzydłach odlecę

Do chmur

Do słońca

Wzbiję się ponad ziemię

Wtopię się w łabędzi sznur

Ucieknę

W stronę końca

Gdzie początek jest

Gdzie nadzieja rodzi się

.

Odeszła już noc

Na zawsze z nią on

Następna gwiazda straciła życie

Kolejna zachwyci

W spacerze po niebie

.

Do tanga weźmie mnie wiatr

Kolejny liść jesienny spadł

Wspomnienie

W zapomnieniu dawno już

Październikowych burz

.

Odeszło już życie

Na zawsze z nim on

Nowe zaczyna się bycie

Nowa chwyta mnie dłoń

Rimember mi ;) Czwartek, List 4 2010 

Rimember mi

Trochę nostalgicznie, trochę romantycznie, trochę sarkastycznie… W zależności od tego, co tu wyjdzie…

Swojego czasu spisywałam wspomnienia moich nieżyjących już przodków. Opowieści o drugiej wojnie światowej, trudach jej przetrwania, przesiedleniach- będzie co wnukom czytać na dobranoc. Swoje wspomnienia też częstokroć spisuję- mam co. Staram się żyć jak najbarwniej, tworzyć, żeby coś po sobie pozostawić i żeby nie były to góry szmat, które za chwilę wyjdą z mody, a jeśli ktokolwiek z ich tytułu zostanie zapamiętany, to tylko ich projektant. Zresztą, jak mam iść na zakupy, to dostaję apopleksji, ale to już inna historia… Bo chodzi o to, żeby żyć z pasją, która nie jest galerianizmem (o, przepraszam, zakupoholizmem- tak się ładniej to nazywa), żeby mieć własne zdanie, nawet jak się palnie jakieś gafy- już jest co wspominać (a nie lizać wszystkim metaforycznie odbyt i zgrywać słodką idiotkę- och, Tobie we wszystkim ładnie– a rzeczywistość ukazuje inny malunek)…

Iść przez życie z przepakowaną walizką- ale z taką, którą można unieść. Żadnych zbędnych pierdół, żadnych akcesoriów ograniczających ruchy i czynności manualne (jak półmetrowe, modne-podobno- od jakiegoś czasu plastikowe szpony- wiem, wiem, one z żelu, akrylu i innych odpadów…), tylko to, co jest niezbędne do przetrwania, minimalizm. Jedyne, co kolekcjonować, to wspomnienia. Mam taki patent- zapisuję, rysuję, fotografuję i tworzę inne dziwadła. Potem, jak mi smutno, chwytam za takie coś i od razu świat się rozjaśnia 🙂 I mam nadzieję, że kiedyś komuś równie dobrze to humor poprawi 🙂

Nigdy w życiu nie wzięłam żadnych korepetycji. Never, ever. Jak już, to je dawałam. Wolałam zdupić, za przeproszeniem, niż kiedykolwiek ściągać. Dlaczego? Ciekawość świata, im szersze horyzonty, im więcej się wie, tym więcej się postrzega. Im więcej się postrzega, tym więcej się wyłapuje. Im więcej się wyłapuje, tym więcej inspiracji- i tworów. Jaki śliczny ciąg przyczynowo- skutkowy 🙂

I to jest piękne w życiu- jedna rzecz się kończy, następna zaczyna. Jest ciągłość. Nie rozczulam się nad tym, co było (do psychiatryka mi nie po drodze, jakbym miała wszystko rozgrzebywać…). Selekcjonuję wspomnienia. Jak czegoś nie chcę pamiętać, niszczę wszelkie dowody tego istnienia. Nie ma teraz- nie było nigdy. Trzeba iść do przodu 🙂

I jeszcze jedno- wiem, kochani Rodzice, że to przeczytacie 😀 Do końca życia będę wdzięczna za wasze wychowanie mnie, zwłaszcza za każde musisz poradzić sobie sama. Dzięki wam nie jestem kaleką życiową, wiem, że nigdy od nikogo się nie uzależnię, potrafię ze wszystkiego się wygrzebać, odbić od każdego dna i dokonać niemożliwego 😀 😀 😀

Emeryci i renciści Sobota, Sier 14 2010 

Mają po dwadzieścia parę lat. Kończą studia, albo są tuż po nich. W skrajnych przypadkach dopiero startują w wyścigu o wyższe wykształcenie…

1. Emeryt

Na ogół nie zbywa nadto wymyślnymi wymówkami. Po prostu mu się nie chce. Jest przemęczony pracą, szarą codziennością, ani mu do głowy nie przyjdzie, by ją choć trochę ubarwić. Ewentualnie może się zastanowić. Rezultat łatwy do przewidzenia, jak fakt, że w sylwestra wystrzelą fajerwerki o północy. Już się wyszalał. Już chce prowadzić spokojne, mdłe i prowizorycznie ustatkowane życie. Już się uważa za dorosłego. Nawet jeśli coś mu się spodobało- po prostu mu się nie chce. Po prostu jest zmęczony. Znużony. Poddany bezlitosnej rutynie.

2. Rencista

Może i dałby się namówić. Ale nie. Raz już próbował. Przeszedł na rentę. Nie weźmie pod uwagę, że za drugim razem może być inaczej. Nie weźmie pod uwagę, że może miejsce być to samo, ale ludzie inni. A to przecież oni tworzą klimat. Nie. Po co. Raz było źle, za każdym razem też będzie. Bo takie jest życie. Po co odkrywać inne jego możliwości. Po co kolekcjonować nowe wspomnienia. Jeden raz kształtuje opinię na całe życie.

Coś nowego. Ok. Ale innym razem. Bo następnego dnia… bo następnego dnia będzie dzień jak każdy inny, ale renciście nie da się tego przetłumaczyć. Jutro będziesz niewyspany? No to jutro się wyśpisz i pojutrze wrócisz do tej swojej ukochanej rutyny. Nie, jutro to jutro i basta.

Może jestem porąbana. Może jestem z innej epoki. Może zrobiłam błąd, że jako nastolatka nie ganiałam z imprezy na imprezę, nie w głowie były mi jakieś tam związki, nie chlałam na wycieczkach szkolnych, nie straciłam dziewictwa w okresie dojrzewania. Może też bym się wypaliła i miała teraz o czym gadać z emerytami i rencistami.

Zainspirowane rozpaczliwym poszukiwaniem faceta na spływ kajakowy.

Notabene: wracam do pisania pamiętników, zanim wypluje z siebie za dużo informacji o sobie… 😉

Chwila (II) Wtorek, Lip 27 2010 

Obraz który urzeka

Pieśń, która hipnotyzuje

Dotyk czuły drugiego człowieka

Rzeczywistość buduje

.

Motyl ponad trawy źdźbłem

Który nie dotrwa jesieni

Świt przed upalnym dniem

Poza czasem

Lecz w przestrzeni

.

Zapach po nieba buncie

Barwny łuk

Nad przemokniętym gruntem

Właśnie teraz

Właśnie tu

Przedstawienie Piątek, Lip 23 2010 

Przedstawienie

.

.

Przyodzieję maskę

Na to przedstawienie

Nie napiszę scenariusza

Podyktuje serce dusza

Nieme te dialogi

Obietnicy mej spełnienie

Zanim umysł zaśnie

.

Z marzeń mych kostiumy

Myślami zszyte

Rzeczywistość je rozpruje

I pokaże co ukryte

.

Powietrzem się odzieję

Do następnej sceny

Gdzieś za kulisami

Aktor się śmieje

Czyta słowa improwizacji

Lecz nim wyjdzie na scenę

Zagra w życia akcji

Zapomni ich brzmienie

Bo to przedstawienie

Napisało przeznaczenie

Życie (II) Środa, Lip 21 2010 

Biegnie naprzód

W chwili trwa

Urok sekund

Żal straconych lat

Bez oddechu

Na wstrzymaniu

Na czekaniu

Zmarnowanych

Łyk powietrza

Smak wolności

Zapach szczęścia

Bo tak prościej

Uścisk wiosny

Kąpiel w słońcu

Złote myśli

Wspomnień wyścig

Byle uśmiech

W śnie zimowym

Tam na końcu

Puste Sobota, Mar 6 2010 

Kilka pustych dni

Parę łez

I oczekiwanie

Martwe chwile

Cichy deszcz

Czarno-białe zasypianie

Kilka pustych lat

Pobrudzone szyby

Nie przebija przez nie

Słońca blask

Życia smak

Mdły i nieprawdziwy

Taniec Piątek, Lip 10 2009 

Taniec

 

Za nocą przed dniem

W Morfeusza ramionach

Pomiędzy jawą a snem

Świadomość zamglona

 

Za światem żywych

Przed bramą zapomnienia

Gdzie kończy się prawdziwość

A dominują pragnienia

 

W bezdennej przestrzeni

Za czarnymi dziurami

Skryci za płomieniami

Oderwani od życia

Tańczą samotnie

Z duchami

Dzień po Niedziela, Maj 17 2009 

Hedonistyczny styl życia zapewnia moc wrażeń i niezapomnianych przeżyć. Niestety, intensywne życie owocuje skutkami o takim samym natężeniu.

 

Hedonista żyje pełną parą, nie zastanawia się nad swoimi działaniami, idzie za intuicją i wyciska wszystkie możliwe soki z danej chwili. Hedonizm ma wiele odmian, może prowadzić w stronę rzeczowników zakończonych na –izm, jak alkoholizm, pracoholizm, nikotynizm etc. Uzależnia.

Skutki hedonistycznego stylu można podzielić na krótkotrwałe i długotrwałe, stałe, zmienne i wyjątkowe.

 

1. Skutki krótkotrwałe

 

Najłatwiejsze do zaobserwowania. Występują na ogół pod koniec tygodnia, kiedy maksymalnie cieszący się życiem hedonista postanawia odreagować nagromadzony w czasie dni powszednich stres. Towarzyszą mu takie objawy, jak potworny ból głowy, pustynia na języku, fatamorgana przy nadmiernym oświetleniu słonecznym (nawet jeśli słońca nie widać- i tak za jasno świeci. Firanki też wydają się być zbyt białe, wręcz rażące, także w przypadku, kiedy nie były prane od kilku miesięcy). Na ogół pojawiają się cyklicznie, czas trwania umiarkowany.

 

2. Skutki długotrwałe

 

Skutki długotrwałe mają charakterystyczną, wspomnianą wyżej, końcówkę –izm. Dysharmonizują współżycie człowieka z naturą, prowadzą do wyalienowania jednostki w społeczeństwie. Mają długie macki, sięgające do najgłębszych zakamarków kieszeni ofiary, wysysając ostatnie złotówki. Powodują patologiczne zmiany w osobowości. Trwałość długa, jak wskazuje nazwa, czasami wydłużona do końca życia.

 

3. Skutki stałe, zmienne wyjątkowe

 

Stałe skutki nieodzownie powiązane są z długotrwałymi. Zostają na stałe. Czasami są wynikiem skutków wyjątkowych. Przybierają różne formy, jak, na przykład, słodki bobas z różowymi policzkami. Taki skutek jest powiązaniem wszystkich trzech rodzajów z danej grupy: wydarzył się wyjątkowo, jest stale przy hedoniście (który już niekoniecznie hedonistą pozostanie), a na dodatek zmienny- zmienia kształt wraz z upływającym czasem, nastroje- swoje i otoczenia i całe życie właścicieli materiału genetycznego, z którego powstał.

%d blogerów lubi to: