Sztuczny miód Niedziela, Gru 9 2012 

Jest słodki. Przesłodzony aż. Klei się niemiłosiernie. I wygląda jak miód. Ale nie jest prawdziwy. To sztuczny miód.

Naturalny miód powstaje z nektaru. Dojrzewa w organizmie pszczoły, by następnie wydostać się na zewnątrz na plastry. Nikt nikogo nie pogania, wszystko dojrzewa w swoim czasie. Nikt nikogo nie zasypuje sztucznie wyhodowanymi kwiatkami, kusząc nienaturalnie intensywnym, genetycznie podpędzonym kolorem, bądź też uzyskanym przez sztuczny barwnik dolany do wody, w której stały ścięte już kwiaty. To nie swatanie przez starsze pokolenie. Pszczoła sama sobie wybiera najbardziej nęcący kwiatuszek. A i kwiatuszek wydaje sam z siebie woń przyciągającą odpowiednią pszczółkę. Naturalny miód jest zdrowy, choć nie posiada niewiadomo jakich właściwości odżywczych. Ale jest źródłem łatwo wchłaniających się cukrów prostych, które zdrowo osładzają życie. Miodek w pierwszej kolejności, ze względu na swą konsystencję, przepływa sobie dorodnie, potem krystalizuje się w jedną całość. Miody są różne, w zależności o surowca.

Inaczej sprawa wygląda ze sztucznym miodem. Tu pszczółka do miodu nie przyleci. To się klei raczej jak… mucha do ludzkich fekaliów. Na pierwszy rzut oka wygląda całkiem, całkiem. Naturalnie, rzec by można. I w smaku nawet podobny… Chyba, że się go przedawkuje, a to następuje niezwykle szybko.  Cukry proste? Hm, tak. Ale poprzez rozpad cukrów złożonych. A to już skomplikowane. Wszystko, co złożone, jest skomplikowane. Potem trudno to rozłożyć, o ile w ogóle się, oczywiście, da. Z założenia najpierw się komplikuje, żeby potem odkomplikować. Można zaangażować także pszczółki do roboty. Ale składniki już są- cukier i woda. I po co? A potem żyj z takim sztucznym czymś.

Sztuczny miód szybko się przejada. Szybko konsument wyczuwa nienaturalność. I w równie ekspresowym tempie nie ma ochoty mieć nic wspólnego z podróbką… Od chemikaliów i mutacji to tylko choróbska.

Bo najlepiej iść z naturą, poprzez piękny proces i rozkoszować się naturalną słodyczą. Chyba wiadomo, o czym mówię. Nic na siłę, co ma być, to będzie. Kogo mamy spotkać, tego spotkamy. Żadnych związków, żadnych przyjaciół i więzi na siłę… W skrajnych przypadkach, nawet, jeśli są więzi krwi… Ahoj!

Z zasypanego śniegiem Szczecina pisało SITKO! 🙂

Dieta Poniedziałek, Maj 16 2011 

Powiadają, że lepiej nie dojadać, aniżeli się przejadać. Chociaż mówią też, że apetyt rośnie w miarę jedzenia…

Zbyt długa głodówka powoduje albo całkowitą utratę apetytu na życie, albo wilczy nań głód. Tak czy owak, zaburzenie gotowe. Głodny z przymusu rzuci się na pierwsze lepsze mięsko, nie bacząc, czy przeszło wszelkie badania gine… weterynaryjne, znaczy się,  i czy przypadkiem nie nosi jakiegoś siedliska bakterii, wirusów, grzybni bądź też pasożytów. Inaczej sprawa ma się z głodnym z wyboru. Taki co na diecie jest, na jadłospis niby patrzy, ale zachwyca się samym widokiem i zapachem. Bo tknąć to już nie.

Głodówka częstokroć jest następstwem przejedzenia. Przejedzenia, bowiem ciasteczka były albo bardzo dobre i apetyt wzrastał, aż pozostało tylko kilka okruszków i kąsać już nie było czego, albo- forma okrągła jak przekrój pierścienicy, jadło się, bo się było głodnym. Albo jeszcze inna opcja- ktoś do konsumpcji przymuszał, niczym świnię przed ubojem.

Doskonałą alternatywą dla głodówki i przejadania się zdaje się być zdrowa, zrównoważona dieta. Trochę słodkości, trochę pikanterii ( chlorek sodu, nie taki znowu zdrowy, zwłaszcza na otwarte rany), no i mnóstwo składników odżywczych. Zanim jednak wybierze się coś z jadłospisu, warto by zagłębić się w skład chemiczny potrawy. Żeby nie było, że trzeba będzie porządnie przysolić albo przypieprzyć, żeby to się w ogóle do czegokolwiek nadawało. A że w dobie fast foodów wszelkie śmieci dookoła, zadanie wydaje się być tym bardziej utrudnione. Jaka kuchnia, jacy kucharze, taka potrawa. A że w wielu kuchniach dzisiaj to raczej patelnie służą bardziej jako niezidentyfikowane obiekty uderzające, to nie najłatwiej o wykwintne danie. Jakby do tego jeszcze dorzucić coraz to powszechniejszy dostęp do modyfikacji plastycznych, to już człowiek naprawdę zaczyna się zastanawiać, czy nie wcina na śniadanie woreczków foliowych, których funkcja powinna być zupełnie odmienna, a miejsce ich w obiektach latających z pasażerami.

Hołd i honor tym, którzy od razu wiedzą, jakie smaki preferują. Niekiedy tak się zachwycą aromatem i oddziaływaniem na kubki smakowe jakiejś potrawy, że konsumują ją do końca życia, pomimo kuszących różnorodności, dostępnych na wyciągnięcie ręki. Inni, szczęścia tego nie mający, zwykli degustować wiele smaków, nim odkryją, który zaspokoi ich zmysły i potrzeby. I nie chodzi tu o degustację z supermarketu na promocji, choć i takich coraz więcej.

Z wiekiem homo sapiens wykazuję już znacznie większą wybredność, jeśli chodzi o potrzeby, zarówno fizjologiczne jak i estetyczne. Już nie pierwsza młodość, trzeba uważać, czy coś nie zaszkodzi. Młode to się tam szybko zregeneruje, u starszego to już nieco gorzej. Chociaż dzisiaj, jak już wszystko takie sztuczne, to i u młodszego nie lepiej…

Po pierwszej Poniedziałek, Maj 9 2011 

Widok tej pierwszej- cieszy. Widok tej drugiej- pociesza. Ta druga- radość dla oka, radość dla każdej innej części ciała, ta pierwsza- radość dla ducha. Podróbka szczęścia z fabryki na Tajwanie, jak śpiewa Kasia Nosowska. Podpisano: jakoś tak niefortunnie, zawsze ta DRUGA…

Oryginał wartość swą ma. Te subtelne wykończenia niewidoczne dla oka, nosi się przyjemniej, chce się jak najczęściej w tym pojawiać. Substytut niby niczym się nie różni, tylko tej metki nie ma. No i jakość nie ta. Ułożyć może się też nie tak, jakby się chciało.

Ta pierwsza- ta, o której pisze się wiersze, mdłe piosnki, aspirująca na bohaterkę Harlequina (tak strzelam, nigdy tego nie czytałam…). Romantycznie, ujmująco, urzekająco. Ucieszy się na widok takiej.  Ufa. Umili w każdej chwili. Choć pół światu tego kwiatu, szukaj tego wyjątkowego. Jej nie wyrywa, bowiem wyrywa się tylko chwasty. Piękno jest na wolności, rozkwita… i kusi by je zapylić… nieważne, zagalopowałam się.

Podróbka na pocieszenie. Żadnych poufałości. Ot, żeby się pobawić, pocieszyć po ukochanej. Jest zawsze na potem. Zawsze po, nigdy przed, co najwyżej zamiast, gdy oryginał nieosiągalny- jak się nie ma co się lubi, to się lubi, co się ma. Ostatecznie jako symbol porażki. Posunie się całkiem daleko w swym egoizmie. Ten, nie ta druga

Banknocik Poniedziałek, Kwi 11 2011 

Cyferki i popiersie persony jakże zasłużonej dla ludzkości. I znak wodny nawet, wręcz jakby z edycji unikatowej, kolekcjonerskiej. Omami, zachwyci, już masz plany z nim związane… A tu numer seryjny jak cała reszta i banknocik przyjmuje funkcję, haniebną poniekąd, papieru do podcierania się po wyzbyciu zbędnych resztek pokarmowych z organizmu…

Szukasz inwestycji, za byle co się nie bierzesz. Najlepiej, żeby sprawiało to przyjemność, szło lekko, acz nie za łatwo, bo to już podejrzane na starcie. Żeby coś zyskać, trzeba włożyć w to jakiś wysiłek, jak idzie za łatwo, przekręt murowany jak legendarne szczątki dziecka niewiernej księżnej między ściany zamku Czocha.

Najpierw dokładnie przeczytać umowę. Boska ręka niechaj broni, przed pominięciem wszelakich didaskaliów i drobnym maczkiem liter wysypanych w aneksach i zastrzeżeniach. Trzeba wiedzieć, o co stawka się rozchodzi.

Zakres? Może być ogólnikowy. Wręcz powinien. Bowiem odkrywanie na własną rękę jakże motywuje do podjęcia dalszych działań. Acz nie nadto ogólny, garść szczegółów jak najbardziej pożądana, tych priorytetowych, by w bagno nie inwestować i nie ryzykować zatonięcia fundamentów, pieczołowicie tak wylewanych, na piaskach ruchomych.

Inwestor musi wiedzieć, na czym stoi, łódź przycumować, choć prowizorycznie, bo jak fala go porwie i na wody wielkie wypłynie bez odpowiedniego ekwipunku, to klapa, trzask i nieczystości pod nią.

Inwestycja? Jedna na raz. Bo w efekcie ręka w prowizorycznym dziecięcym kibelku z plastiku. A w niej nie wiadomo co, bo i spłuczki nie ma.

Czas wypłaty. Cieszysz się jak dziecko, jak mała Agatka, która zajumała swojemu braciszkowi młotek, gdy półtora roku miała i palnęła mu nim w łeb (wyrósł mały babochłop, acz sukienki i styl kobiecy przede wszystkim preferujący).

Numer seryjny, ten sam wciąż, choć nominał inny, to i złudzeniu ulec można. A taki banknocik to tylko pod podwiązkę panienki jak jaszczurka zwinnie się poruszającej po rurze o średnicy odbytnicy słonia. Albo podetrzeć łezki jakiejś zrzędliwej płaczce, co wybucha bez względu na okoliczności i towarzystwo im w parze idące.

I niech mnie ręka boska chroni i broni przed jakimikolwiek banknocikami. A sio! Pierwszy i ostatni raz byłam miła sama z siebie dla samca. A kysz! A kysz! Pozdrowienia z okazji Dnia Frajera! (nie, ja nim nie jestem , to rodzaj męski. Ja zołza z krwi i kości, i przysięgam, więcej milutka nie będę!).

Budowa Środa, Mar 23 2011 

Na tę budowę w krajach cywilizowanych i rodzinach niepatologicznych pozwolenia na budowę dzisiaj nie potrzeba. (A)testy niby jakieś się zdarzają, rekomendacje częstokroć również są brane pod uwagę, ale na ogół panuje budowlana samowolka…

Nawet jeśli decyzja wykonawców spotka się z dezaprobatą władzy, jaką stanowi rodzinka, to pomimo wyszukiwania kruczków i wronek, na nic zdają się wszelkie możliwe niedogodności i rodzinne powściągliwości. Niechże łapią ptaszyska za ogony, co najwyżej piórka się posypią.

Zaprawa najlepiej tradycyjna. Woda, by się stosunki nie osuszyły nadto, piasek, żeby to konsystencję jakąś miało, a nie jakaś miała papka i oczywiście cement, niech to konkretne będzie i się scementuje odpowiednio. Wszelkie dodatki, także dzisiaj powszechne w budownictwie, ulepszacze i te inne, tak na dobrą sprawę można sobie wsadzić w naszej strefie klimatycznej. Nie przy tym obiekcie.

Co nagle, to po diable. I po jego rogach, a smród jak ogon biesa ciągnie się jeszcze i brudzi, nie pozwala poodmykać starych drzwi. Tutaj trzeba stosunkowo powoli, acz i w skrajność popadać nie należy. Po każdej warstwie odczekać, aż zaprawa zwiąże i stwardnieje. Żeby obciążenia kolejnych warstw nie zniekształciły tych poprzednich. Nie za wolno, bo materiał pod wpływem czynników atmosferycznych zmieni swą strukturę i całość będzie do jakiejkolwiek części ciała niepodobna.

Randki liczone w roboczogodzinach. Nie należy nadto sztywnie trzymać się żadnych Katalogów Nakładów Rzeczowych, do tego trzeba podchodzić bardzo indywidualnie. To samo tyczy się odpowiednich nakładów materiałów i pracy sprzętu. Brygad tutaj się nie zatrudnia, co najwyżej w stadium początkowym, żeby uniknąć jałowych godzin milczenia. Potem wystarczy zespół dwuosobowy.

Istotne są dylatacje. Przepływ świeżego powietrza musi być. Acz nie powinny one być wielkości otworów drzwiowych, czy też okiennych, bowiem za bardzo będzie kusiło, żeby zeń wyskoczyć. Nie można się dusić w związku. Nie można siedzieć wciąż w tej samej atmosferze, gdzie narastająca wilgoć staje się pożywką dla bakterii i grzybów. To nie las tropikalny, ani szklarnia żadna. Ani tym bardziej klatka.

Wymyślna architektura dodaje uroku. Jednakże należy pamiętać, iż zgodnie z fizyką budowli, ciepło przedostaje się prostopadle do przegród, toteż za mocne wywijasy i dekoracje mogą powodować zakłócenia w domowej atmosferze. Sztuczne ogrzewanie to pierwszy krok do uszczerbków na zdrowiu.

Ważne jest dobranie materiału. Takiego obiektu nigdy nie buduje się w pojedynkę. Najlepiej, żeby dwie osoby wzięły ze sobą jeden rodzaj, albo przynajmniej takie, które będą nietuzinkowo wyglądać. Bo takie bloczki silikatowe w połączeniu z cegłą kratówką to sobie można wsadzić… do jaskini.

No i nie ma opieprzania się! Albo budujemy razem, albo na zmianę, ale nie ma, że jeden robi, drugi leży, bo mu się należy!

Och… O cholera… Piątek, Sty 14 2011 

Opowiadanie- wersja skrócona 😉

Uśmiech jego szelmowski. Postura jego poniekąd gigantyczna. W oczach mieniących się odcieniem błękitu paryskiego wybujałe rogi. Para z nosa, jak byk patrzy z ukosa, czerwona płachta. Ja. Nie, nie, nie na czerwono, bo to w stylu raczej nie moim codziennym, raczej odświętnym. A dzisiaj dzień do celebrowania żaden. I ja nie święta, bardziej szurnięta, acz pozory poważnej, zrównoważonej kobiety zachowywać się staram na każdym kroku.

Wzrok pod kątem ostrym. Pod nosem coś mamrocze, przymruża oczy. Poprawia jasną czuprynę. Z jednej strony mam ochotę zwyczajnie, kokieteryjnie podejść do niego i… palnąć mu w łeb. Żeby zatoczył jak nie koło, to przynajmniej coś o kształcie eliptycznym. Albo kopnąć go w miejsce nóg wyrastania, gdzie kręgosłup wieńczy się kością ogonową. Ale z drugiej… Rozpływam się jak mydło pod prysznicem. Cieplutkim prysznicem.

Kubeł zimnej wody, choć to nie lany poniedziałek. Albo awaria w dostawie energii. Nieistotne. Przechodzi, kąciki ust wędrują w stronę tych cholernie błękitnych oczu, udaje, że częściowo nie widzi. A częściowo zerka. Kij ci w ucho, myślę sobie.

Udaje niedostępnego. Przychodzi co do czego, gapi się jak cielę w malowane wrota. I to na fluoroscencyjne kolory, jakby przyzwyczajony do widoku miedzy neonów nigdy nie ujrzało. Jakieś tiki, zdecydowanie nerwowo- bojowe, trochę nieudolne. Jakiś tekst, wzięty od tyłu, bo do przodu ciężko to przypasować…

Rola moja. Odwrócić się na pięcie. Byleby na tym zakręcie równowagi nie stracić, co przy mojej koordynacji (psycho)ruchowej to i tak nie lada wyczyn (mnóstwo tego przyczyn, rozprawiać się nie będę). I nagle słyszę imię swe z ust jego pełnych:

-Matylda!

Udaję, że nie słyszę. W środku jelita mi się trzęsą, wątroba kołysze…  Ale muszę być twarda, wmawiam sobie. Zwieracze muszą trzymać, żeby się nic ze mnie nie wylało. Nie można być nadto wylewnym. Jeszcze jakiś przelew mi by do mózgu poszedł, nabrawszy zaskakującego tempa.

Gramy dalej. Czasami moimi kartami. Czasami jego. Wystają mu te papierki z mankietów. Nawet nie stara się ich jakoś specjalnie ukrywać. Każdy jego ruch jest do bólu przewidywalny, jak na samca przystało. Co więc w nim takiego wyjątkowego?…

Szkicowanie Sobota, Sty 8 2011 

Najpierw inwentaryzacja obiektu.  Dokumentacja fotograficzna, pierwsze szkice, aby wyłapać ogólne zarysy i proporcje. Bo jak od razu do rysowania się przystąpi, bez wcześniejszych analiz, to oczy jak u Crazy Froga mogą wyjść… Albo z Antonia Banderasa polityk, co amnezję maturalną wprowadził…

Oczywiście może obejść się bez tych fotek. Za bardzo trąci portalami społecznościowymi, a co za tym idzie, jakąś nienaturalnością, płaskością. Widać tylko jedną stronę, na ogół tę pozytywną. Najprzyjemniej rysuje się z natury- owszem, nieco więcej trzeba włożyć w to wysiłku, ale przynajmniej można na to spojrzeć z kilku zupełnie różnych perspektyw. No i prąd nie kopnie…

Pierwsze wyłapanie formy, można portretować wybranka. Podstawowe kształty, pierwsze odwzorowanie proporcji. Trochę się porusza, może być lekkie utrudnienie. Ale przynajmniej widać, co z przodu i z tyłu, jest w przestrzeni, niewirtualnej, a nie jakiś taki… płaski.

Pierwsze korekty wychwytujące prawdziwe zagłębienia i wypukłości, idzie całkiem nieźle. Póki co, zidentyfikowane jajo, z którego ma powstać prawdziwa twarz. Krecha na środku, żeby wiedzieć, gdzie będą gałki oczne. Podziały wszem i wobec znane, złotymi nazywane, wykorzystywane od wieków. Homo sapiens, ogólne założenia te same, znaki szczególne i mniej ogólne dopasowane indywidualnie. Widać barwy, dokładne cienie. Pierwsze zaznaczenie rys, już obiekt jest bliżej znany.

Teraz cieniowanie. Z tym to różnie bywa, w zależności, w jakim świetle się maluje. Im ciemniejszy charakter, tym więcej roboty będzie i trzeba będzie się trochę nagimnastykować. Czasami cienie padają tak mocno, że się po prostu odechciewa odwzorowywania na papier w swojej głowie. Czasem taki delikatny, że wystarczy tylko muśnięcie lekkie ołówkiem i delikatne pogłaskanie po policzku, by wydobyć jego kształt.

Jakieś poprawki, coś wymazać, coś dodać, docieniować… Trochę roboty, ale warto. Teraz jeszcze jakaś (anty)rama i osobnik poznany 😉

Podpasowane niedopasowanie Środa, Sty 5 2011 

Śruba o połysku metalicznym, nakrętka tej samej barwy. Wielkości pozornie podobne, powinno pasować. Powinno…

Idealne połączenie? Śruba, podkładka i nakrętka. Producent ten sam, typ i kolor ten sam. Wszędzie się to podpasuje, a związek, jaki ze sobą stworzy nie będzie raził zmysłu wzroku, a także przetrzyma i podtrzyma wszystkie elementy stanowiące obciążenia. Ale nie ma tak łatwo… Bądź tu mądry i znajdź w tym bałaganie pasujące do siebie elementy…

Otoczenie to istny warsztat. Śrubki, nakrętki- wszystko wymieszane. Podkładki gdzieś tam na spodzie, nie chce się szukać. Na lenia, z braku czasu i hałasu, który otacza, z którego chce się jak najszybciej wydostać, chwyta się pierwsze lepsze łączniki i próbuje się dopasować. Żadnych przymiarek, żadnych wcześniejszych wierceń. A potem dziury. W pamięci, w psychice, a nawet w ciele.

Idealnie, gdy bez pośpiechu grzebie się w tych śrubkach. Można każdej się dokładnie przyjrzeć, ocenić jakość i stan zużycia, potem przystąpić do dopasowywania. Nic na siłę. Jak nie wchodzi, wycofanie, trzeba próbować dalej. Podkładka, żeby jedno drugiego nie uszkodziło, taka poduszka powietrzna między elementami. Tyle, że płaska i ściśle do nich przylegająca. I może tak spokojnie sobie być zmontowane aż do zardzewienia…

Najbardziej niekomfortowo, jak nakrętka za mała/ śrubka za duża. Nie dość, że trzeba się namocować, aby to złączyć, to jeszcze później problem z odkręceniem. Kombinerki, klucze, inne pośrednie personifikacje pomocnych dłoni, w końcu rozwala się to na dwie części. Bies się cieszy, bo nakrętka już nigdy nie będzie tak atrakcyjna fizycznie, jak przed montażem. Ba, może nawet w środku te kanelury sobie uszkodziła i tym bardziej trudno będzie znaleźć odpowiednią śrubę. Zakres pasujących potencjalnie śrub znacznie się zmniejsza…

Może też się tak zdarzyć, że różnica w wielkościach elementów będzie tak duża, że ich połączenie będzie działało na zasadzie obrazka danego umarłemu. Owszem, będzie się to trzymać, o ile się tego nie ruszy i nie wzruszy. Zero stabilizacji, wszystko odpada i się gubi…

Można jeszcze na nity, popularny sposób swatania w średniowieczu i w wielu krajach arabskich (i innych, gdzie cywilizacja szczątkowa). To rozerwać- powodzenia. I nie ma się nic do gadania- pod nitownicę, zatrzask, mamy ślicznie wyglądający element. Do stanu pierwotnego to już na pewno się tego nie doprowadzi, a nawet jeśli jakimś cudem uda się oderwać nit od elementu, to na ogół do niczego już się nie nadaje. Tylko pod kamienie.

Gwóźdź programu. Ten to bez pytania. Młotkiem w deskę, bez żadnego uprzedzenia. Po prostu się wbija i uszkadza nawierzchnię. Pewnie, że to się trzyma, jedno drugiego. Pewnie, że jest dopasowane. Ale gwóźdź to taki pasożyt… A gdy się go wyciągnie, można naprostować i użyć jeszcze raz. Z deską nieco gorzej. Niby można dziurkę zakleić, ale jednak materiał wypełnienia będzie się różnił od pierwotnego…

.

.

.

A teraz pytanie za 100 punktów: co mi się tak mordka ostatnio zaciesza? ;D

Kąt-tak-takt Wtorek, List 30 2010 

Fundamenty są. Zaufanie jest. Zbudujmy dom. W domu musi być kanalizacja, żeby nagromadzone odchody ujście miały i nie zatruwały swym zapaszkiem atmosfery. No i elektryka oczywiście- żeby ciągle iskrzyło, odpowiednio zabezpieczona, by nie było zwarć…

Gołąbki, jakie to urocze. Takie młode, naiwne, gruchające. Ta pierwsza faza, kiedy fenyloetyloamina z najpoważniejszego logika, czy mniej poważnego magika robi kompletnego świra. Piękne. Na dachu, z widokiem rozpostartym na szeroki horyzont mają siebie w garści niczym wróble. Jak na gołębie przystało- na wszystko hm… wypuszczają ze swych ptasich kloak strawiony pokarm.

I gniazdko wić poczynają. Przytulne, przestronne, ciasne- w zależności od funduszy i założeń intercyzy, ale własne. Zaufanie to podstawa, taka fundamentowa ława. Od biedy stopa. Ciężka. I Achillesowa- bo jak się weń zrani, to boleć będzie przy najmniejszym bodźcu.

Ściany. Solidne, murowane. Żeby puścić tam przewody kominowe- gazowe (by się nie zatruć trującymi oparami), spalinowe (gdy zadyma jako taka wybuchnie) i wentylacyjne (na wypadek, gdyby któryś z gołąbków za dużo pary z Dziubka wypuścił). I żeby instalacje odpowiednio poprowadzić. Wod.-kan. Od biedy w stropach (żeby tylko później gadania nie było jedno do drugiego, że nierówno pod sufitem ma). Elektryka- koniecznie w tych ścianach.

Kable- miedziane, solidne. Żeby dobrze przenosiły impulsy elektryczne. I gniazdka, żeby zabezpieczyć przed wszelkimi kopniakami. Z takimi dziurkami, żeby móc bolce wsadzić i się połączyć. I jaką radość z tego czerpać… Światło zapłonęło w ciemną noc. Ups… Żarówka się przepaliła.

Kontakty. Koniecznie. Zabezpieczone, żadnych dziur tym razem. Trzeba utrzymywać elektrownię. A właściwie kontakt z nią. I byle bliższy kontakt, jakikolwiek próby rozebrania takowego kontaktu, dotknięcia wilgotną strukturą i może skończyć się tragicznie. I piórka się posypią po takich elektrowstrząsach.

Dach przecieka. Kapie, krople odbijają się o ptasi móżdżek. Drażni niemiłosiernie to echo. Jeszcze gołąbek nie zdaje sobie sprawy, że to jego ślepota taką pustkę wytworzyła. Dziobie w szybę. W drzwiach kraty. To nie gniazdko! To klatka!

Zadziobią się. Wyrwą z siebie cały puch! Zawieja z piór!

Gniazdko się rozpada. Ktoś z gniazdka wyfruwa. Cóż. Gniazdko trzeba zniszczyć. Przede wszystkim całą tą elektrykę. Najlepiej od razu dynamit pod to i w powietrze z dymem puścić. Po co kuć ściany, jeszcze coś będzie wystawać i kopać niespodziewanie…

To była wersja pesymistyczna. Optymistyczna obejmuje solidne gniazdo, złożenie jaj, wysiadywanie ich. Gołąbek przeistacza się w kurę. Domową kurę. Rosołek co niedziela na obiadek, żeby podgrzać rodzinne ognisko, czasem dorzucić koksu lub dolać oliwy. Codzienność. Młode odchować i pozwolić im wyfrunąć. A samemu, w duecie, doczekać opadnięcia piór.

%d blogerów lubi to: