Odrobina poetyki i zabawy metaforą, tak przeze mnie uwielbianej, jak najbardziej w umiarkowanej dawce w codzienności, jakże szarej, wskazana, celem ubarwienia szarości i monotonii. Ale są sytuacje, gdzie krótko i treściwie coś przekazać można. Inaczej to wychodzi takie zawracanie na rondzie…

Mam bardzo brzydką manierę. Za kółkiem klnę jak szewc, który właśnie doznał uszkodzenia części dłoni w stopniu jakimkolwiek. Puszczę sobie konkretną wiązankę, jak mi ktoś się wpierniczy, porzucam sobie epitetami w eter i tak jakoś mi lżej na sercu, i jechać dalej mogę.

Z przyjaciółmi to jak w trasie. Nie trzeba się za bardzo hamować, o ile w ogóle jakiekolwiek zwolnienie się zdarza, jest prosto, choć wiatr często mocno wieje i kończyny kołyszą się niczym statek na morzu, jednak jedzie się przed siebie, bez większych przeszkód. A gdy nawet się na dziurę w nawierzchni natrafi, to i tak się jedzie dalej. Trochę jak Formuła 1, trochę jak przejażdżka dyliżansem. Acz to drugie to bardziej na spotkanie w charakterze matrymonialnym w wersji staroświeckiej- powolutku, do przodu, bez jakichś większych przygód i niespodzianek (no, chyba, że zaprzężony koń jakiś zmutowany owies wcześniej konsumował i zalegają weń gazy trawienne).

W oficjalnych konwersacjach to jak przy nieoznakowanych skrzyżowaniach- działać trzeba szybko, acz z namysłem, o kolizję wyjątkowo łatwo. I najlepiej, żeby była dodatkowa gałka oczna między pośladkami, nigdy nie wiadomo, czego można się spodziewać z której strony. Byleby jak najszybciej to opuścić i wyjechać na prostą.

W życiu są też zakręty i to niekiedy ostre jak brzytwa, która niegdyś tak szarmancko i dokładnie zarost męski usuwała. Noga z gazu, czasem lekko język przyhamować. Można oczywiście zaryzykować i przyspieszyć, ale częstokroć nie jest to warte ryzyka- zwłaszcza, jeśli nawierzchnia (i okolica) niepewna. Zresztą, w takich sytuacjach nigdy pewnym być nie można.

Jakże cudowną alternatywą zdają się być ronda. Tak fajnie się na nich kręci i zakręca, można się nieźle wykręcić i niepostrzeżenie zwiać. Unikając jakichkolwiek kolizji. Są jednak sprawy, które winno się załatwiać konkretnie. Są komunikaty werbalne, które zawiera się w słowach trzech, maksymalnie czterech (jeśli wliczy się podmiot, orzeczenie, dopełnienie i jakiś wykrzyknik, choć niekoniecznie, na końcu). Są jednak ludzie, którym poniekąd obce są krótkie, treściwe i ogólnie zrozumiałe dla populacji komunikaty. Dyplomatycznie zaciska się zęby, Bogu dzięki pasy zapięte (żeby w trakcie jazdy nie wyskoczyć przez okno) i… zawraca się na tym rondzie. I droga ta sama, tylko kierunek wsteczny. Gorzej, jeśli zawracającym jest pasażer, którego trzeba słuchać. Gorzej, jeśli za kierownicą jest Agata, która, nawet jeśli uda jej się zacisnąć zęby (a wysiłek to dlań niewiarygodny), zdradzi swe nieprzychylne nastawienie swą jawną mimiką. I później słyszy:

-Czy mi się wydaje, czy zdenerwowana jakaś jesteś?

-Nie- odpowiada z kąśliwym uśmieszkiem. –Wcale. Po prostu szlag mnie z twoim pieprzeniem o niczym  już trafia.

Kultura kulturą, ale moje nerwy, choć ze stali najwyższej klasy wytrzymałości od czasu dłuższego, to, niestety, wytrzymałość swą mają. A język i tak już przytemperowałam przez ostatnie 7 miesięcy, naprawdę… I- niestety- czasem, zwyczajnie, pieprzę kulturę jak warzywka z patelni… Tylko bez vegety.