Letnie kłamstwa Wtorek, Sier 16 2011 

Lata słodycz mknie ku końcu

Granatowe chmury przysłaniają nieba błękit

Zabierają blask promienny słońcu

Jesień idzie- już nie będzie letniej tęczy

.

I wnet w oczy zawiał wiatr

Po policzku łza już spływa

I pożółkły liść też spadł

I kolejna obietnica- też fałszywa

.

Kilka wspomnień na dobranoc

To kolejnej zimy cisza

Chce zapomnieć- lecz zostaną

W snach czasami je usłyszy

Lalka (III) Poniedziałek, Sier 8 2011 

Szklane jej oczy
Porcelanowa twarz
Łza po gładkim się licu nigdy się nie stoczy
Uwięziona dusza
Oszukuje czas
O poranku w lekkim promieniu skąpana
Choć nieruchoma
Wspomnienia porusza
.
Pożółkła sukienka
Jak kartka z kalendarza
Marionetka dziś w kącie upchnięta
Nikt jej nie zauważa
.
A tak zachwycała
W szklanych tych oczach
Błękit nieba
Tajemnice skrywała
Dziś nikomu jej nie potrzeba

Ślązak Poniedziałek, Kwi 25 2011 

A jednak. Jest takie miejsce, które przypomniało mi, że jeszcze nie tak dawno byłam wrażliwą dziewczyną, która kiedyś naprawdę kochała, która potrafiła wiele wybaczyć i naiwnie brnąć do przodu, poświęcając przy tym najważniejszą osobę w swoim życiu- siebie samą. Że byłam łatwowiernym dzieckiem nie znającym zasad rządzących tym światem, wierzącym, że każdy człowiek jest dobry, tylko gdzieś po drodze błądzi…

Nie było tylu rond. Kilku ulic też sobie nie przypominam. Ale pasaż dalej nieremontowany, główne ulice szare, a park przy Miejskim Domu Kultury, jak każdej wiosny, zielony…

Na cmentarzu nie było tylu grobów. Na jego obrzeżach, z których widać Landskorone i wieżowce na osiedlu Powstańców Śląskich, świeciły pustki. Dziś jest więcej krzyży… I tylko wiatr tak samo wplątuje się we włosy…

Na znajomych twarzach pojawiło się kilka zmarszczek. A z każdą kolejną jakby odchodziła część rześkości i radości…

Łąkami i lasami, gdzie zwykłam odpoczywać w trakcie wycieczek rowerowych w upalne dni, dziś już nie można przejechać. Ani nawet przejść. Można co jedynie zaparkować przy kolejnym centrum handlowym.

I tylko powietrze jest to samo- takie lekkie, jakby rzadsze… Widać i czuć szczyty w oddali…

Kiedyś jechało się „do miasta” z babcią. Dzisiaj nie ma ani miasta, ani babci. Znam to miejsce na pamięć, każdy jego zakątek. Dziś mieszkam na Pomorzu, w mieście, w którym notorycznie się gubię i mam problem ze znalezieniem się. Zarówno w sensie dosłownym, jak i metaforycznym.

Czy z Górnego, czy z Dolnego- Ślązak urodzony, Ślązakiem umrze…

Ostatnie przedstawienie Czwartek, Lu 24 2011 

Niepotrzebna już ta maska

Bal już dawno się zakończył

Podaj rękę jeśli łaska

Już muzyka nie gra

Wiatr jej echo w Twojej głowie drąży

.

Niepotrzebne już te stroje

I do końca przedstawienie już dobiegło

Zamilcz i zapomnij słowa swoje

Jak i moje

Nie istnieje coś jak przeszłość

.

Padał deszcz rzęsisty dniami

I nocami świat zalewał łzami

Nasze chwile

Których brakło

Dziś motyle

Marzeń na swych skrzydłach mają barwy

Uciekają w stronę słońca

Złap je

 

 

Letnie wspomnienia Czwartek, Lu 3 2011 

Lato odejdzie, wspomnienie zostanie

Przekwitną róże

I ciepły w deszczu taniec

Podczas sierpniowej burzy

Co jesień złocistą wróżył

Już tylko trwać będzie w mojej pamięci

Jak z uśmiechem objęci

Przemoknięci

Uciekaliśmy przez rwącymi niebo piorunami

I choć dni te są za nami

Powrócą słoneczne chwile

I gwiezdne ciepłe noce

Na łąkach pasiastych kolorowe motyle

Cieszyć znów będą oczy

Jeśli jesień nie rozdzieli

I zima śniegiem nie przykryje

Nie zaśniemy w jej chłodnej bieli

Jeśli lata wspomnienie w nas przeżyje

Kamienie wspomnień Piątek, Sty 28 2011 

Budujesz swój świat. Na fundamentach z poglądów narzucanych przez otoczenie, cegiełka po cegiełce doświadczeń, stawiasz obiekt. Czas jest zaprawą… W pewnym obmurujesz się tak, że nie widać cię już w ogóle… Masz takie jedno okienko, przez które każdy może zobaczyć tylko to, na co pozwolisz…

Tkwisz w tej twierdzy, masz ochotę wyjść. Ale mimowolnie się alienujesz, paraliżuje cię strach. Próbowałaś- ktoś tylko rzucił w ciebie kolejną cegłą, którą budowałaś swoją fortecę. Chciałaś żyć inaczej, ale paniczny lęk przed oddaleniem się…

Wyszłaś. Uśmiechnęłaś się. Uwierzyłaś w kilka kłamstw. Skąd mogłaś wiedzieć, że ktoś po prostu miał ochotę się zabawić? Zbyt długo tkwiłaś osamotniona, żeby wiedzieć, że ktoś może cię oszukać.

Pamiętałaś, byłaś olewana. Milczałaś…

Dobrowolnie, jako kompletny wrak człowieka zapukałam do drzwi. Płacę, aby ktoś pomógł rozwalić tę twierdzę. To nie jest planowane wyburzenie- dynamit i nie ma. Bum. Nie. Najpierw dach mojego schronienia. A gdy zaczął padać deszcz, to prosto na mnie. Bałam się go, teraz nie miałam już innego wyjścia, jak go doświadczyć. Potem ściany poszczególnych kondygnacji. Nie dość, że opady atmosferyczne, to i jeszcze wiatr, bo przegród nie ma, aby chronić… Czas na fundamenty…

Jestem mentalnie bezdomna. Widzę tylko ruiny swojej psychiki. Wiem, że muszę coś zrobić z gruzem. Wiem, że muszę od nowa zbudować sobie schronienie. Ale najpierw starannie je zaprojektować, zgodnie z własnymi normami.

Na zewnątrz nie jest tak źle, jak myślałam. Całkiem mi się tutaj podoba. Trochę czuję się samotna, ale na pewno mniej, aniżeli siedząc w tej wieży.

Wiem, że pewnie nigdy nie usłyszę słowa przepraszam od wielu osób. Wiem, że niektórzy nigdy się nie zmienią. I wiem też, że nie jestem winna czyichś dziwnych poglądów, zachowań, nabytego chamstwa…

Pewnie niejednej osobie dam jeszcze szansę, jeśli będzie potrafiła się przyznać i wyrazić skruchę. Już kilka takich postaci na nowo zawitało w moim życiu…

Życie nauczyło mnie egoizmu. Nie mam już ochoty uchylać nieba osobom, które na to nie zasługują, a później obrywać piorunami z chmur. Dlaczego ja mam pamiętać o kimś, kto nie pamięta o mnie? Dlaczego mam być miła dla kogoś, kto jest chamski dla mnie? Dlaczego mam się starać o kogoś, kto nie stara się o mnie? Dlaczego ktoś ma podejmować za mnie decyzje, skoro nie umrze za mnie?…

Kwiat zeszłego lata Niedziela, Gru 26 2010 

Kwiat zeszłego lata

Łza na liściu

Brzaskiem się mieniła

Uschły skrzydła

Już nie lata

Czy to miłość była?

.

Dziś wspomnienie

W zapomnienie

Idą jego barwy

Motyl zmarły

Co na płatkach lśnił

Kim ja jestem dziś?

.

Oczy jego niewyraźne

Jakby kiedyś się przyśniły

Nieistotne tak

Nieważne

Obce

Chociaż bliskie kiedyś były

Zima zła ;) Sobota, Gru 18 2010 

Pada śnieg, pada śnieg…! 😉

Teoretycznie barwa biała. W praktyce również złota (ooo, taaaak, pamiętam, jak dzieciaki dopadły złoty śnieg i jaką miały radochę, obrzucając się nim), gdy piesek potrzeby swe fizjologiczne załatwi (albo osiedlowy pijaczek- ostatnio w drodze do bankomatu nie wiedziałam, gdzie oczy mam podziać, tak mi wstyd było, gdy takowy osobnik opróżniał swój pęcherz moczowy przy akademiku), brunatny, bowiem zwierzątko lub człowiek koks zasadził na zimowym puchu, albo zwyczajnie to się z błotkiem zmieszało.

Wszędzie na zewnątrz. W czasach do studiów również wewnątrz. Wewnątrz koszulki, stanika, spodni. Potem tak ślicznie krajobrazy wyglądały zza okna, gdy siedziało się przy grzejniku z zapaleniem oskrzeli i gorączką. Ja rozumiem, że chłodna temperatura jest wrogiem cellulitisu, ale panowie, aż tak bardzo dbać o nasze sylwetki nie musicie. Chłodniejszy prysznic, treningi i diety naprawdę nam wystarczą w walce z tkanką na zimę ogrzewającą.

Ostry i siarczysty, jak mróz, dzięki któremu się trzyma. Szczególnie jego chropowatość odczuć można było na twarzy, jak koledzy pocierali zbitymi kulkami policzki. Albo ekstremalna forma: wrzucali w zaspę i tam pucowali twarzyczki. Wykastrować aż się ich chciało.

Plastyczny. Piękne bałwanki formować można. Albo psychiczne bałwanki formują z niego kulki i rzucają w niewinne stworzenia (ał…).

Twardy. Wręcz materiał budowlany. Można budować takie przyjemne domki, nawet fundamentować nie trzeba. I jak się na głowę coś zawali, to wykopać się można- tak, tak, to też z autopsji wiem.

Obrażony na siłę tarcia. Ale przynajmniej amortyzuje upadki. Rozwiązanie? A szpileczki na śnieg założyć. Normalnie jak kolce w oponach. Prawie jak buty alpejskie 😀

Śpiewać każdy może… Środa, Gru 15 2010 

…jedni lepiej, Agatka trochę gorzej. Ale nie o to chodzi 🙂 Temat trochę o d… Marynie, jako że za poważna ostatnio jestem. Lekkostrawnie.

Wigilia. Wiele lat temu. Ten świąteczny, ciepły rodzinny nastrój o smaku przesłodzonej Coca-coli­. Zapuszkowani, ściśnięci, na dworze lodówka, mi coś w głowie bąbelki huczą. Teściowa ciotki zaczyna śpiewać kolędy. Dwa śpiące koty na kanapie z przerażeniem uciekają. Parzę na brata…

-Ty, nawet koty się tych dźwięków boją…- powiadam.

-Co Agatko tam mówisz?- pyta się kolędująca.

-Och, nic zupełnie…

Kościół w Studniskach. Taka wioska pod Zgorzelcem, co o gwóźdź się potknąć można z wystających dech, którymi zabita jest. Lato, upalnie trochę. Nie ma miejsca- Moherowe Berety, jak wówczas Obrońców Krzyża zwano, zdominowały świątynię. Stoimy na zewnątrz. Oczywiście bezbożnikowi (dorosłemu już, żeby nie było) Agatce wcale się nie podoba ten pomysł, jak i pomysł niedzielnej mszy. Kręci nogą, jedną, drugą, ustać nie może.

-Stój normalnie- upomina mama.

Na chwilę się prostuje, nawet się nie garbi.

Czas na modły w rytm melodii. Kobieta przede mną z wysiłkiem godnym próby wypróżnienia przy zaparciu wydobywa wysokie dźwięki. Bozia niestety oszczędziła jej wielkiej skali głosu, toteż z ust jej wypływa skrzek żaby w okresie godowym. Wybucham śmiechem.

-Uspokój się, wariacie- syczy mama z poważną miną.

Kolejny skrzeko-pisk i poważna mina matki. Nie mogę. Łzy same napływają ze śmiechu do oczu.

-Kółko dookoła cmentarza, jak się uspokoisz, to wróć.

Spacerek pomiędzy grobami i śmieję się jak psychol sama do siebie. Wdech, wydech. Okej, mogę wracać. Niefortunnie znowu na melodyczne modły. W ten sposób do końca mszy spacerowałam sobie po cmentarzu.

I na koniec rodzynek. Sprzed dwóch lat. Po długiej drodze (ach, te czeskie oznakowania), arcypoważnych minach i rumieńcach na twarzy od powstrzymywania się od śmiechu przy odpowiedziach typu: ło Jezuśku, Maryśieńko! Dotarliśmy do przepięknego Skalnego Mesta. Ktoś naturalnie wyciamał wszystkie kanapki i po wycieczce zaczął marudzić, że jest głodny.

-Dobra, wybierz sobie co tam chcesz- mówi mama do swego głodnego dziecka przy stoisku z owocami kandyzowanymi, bakaliami etc.

Dziecko (dwudziestoletnie już) chodzi, patrzy się w te słoje, czyta nazwy i wybucha śmiechem.

-Przestań!- syknęła nań mama, bo się Czesi tak trochę dziwnie patrzyli.

-Taaaa?- wydobywam z siebie. –To kup mi liskowe jondra w czekoladzie!

Obie wybuchamy śmiechem. Biedny tatuś chwyta się za głowę i odchodzi na bok, udając, że nas nie zna… A mamusia śmieje się z dzieckiem i każe przestać się śmiać…

.

A teraz czekam na kolejną Wigilię i kolejne przemówienie mojego kota. Tak, kolejne, bowiem w zeszłym roku przemówił. Powiedziała takie ła-łaaaa-łaaaa, co brzmiało jak „uwielbiam cię”. Jednakże biorąc pod uwagę jego piękną kocią minę, było to raczej „odpierdol się”… Z kotami i facetami… Weź to, kobieto, zrozum…

Byt Piątek, Gru 3 2010 

Pośród ludzi

Których już nie ma

Pośród tożsamości

Co żyją w marzeniach

Kumulują się wspomnienia

.

Pośród tych

Co biegli z wiatrem

Łapiąc słońce w dłonie

Kiedyś zasnę

Moja dusza z nimi płonie

.

Pośród tych

Co nauczali

Żeby kochać

I na jawie śnić

Pośród myśli

Z zasadami

Istnieć

Być

Nie wspominaj Poniedziałek, List 22 2010 

Nie myśl więcej o mych oczach

Nie spoglądaj nigdy w nie

I nie próbuj iść też za mną

Odejść już na zawsze chcę

.

Jeśli kiedyś cię obudzi

Głosu mego dźwięk

Niech twój umysł się nie trudzi

To był tylko sen

.

Nie dotykaj moich dłoni

Na nich noża blady ślad

I nie głaskaj po mej skroni

Jakbyś z nieba właśnie spadł

.

I nie próbuj mnie pokochać

Bo to wejście jest w mój świat

A ja siedzę w przodków prochach

Już na zawsze we mnie ich jest ślad

Dzień Niedziela, List 21 2010 

Świt

Drży zmarznięty motyl

Na wiosennym liściu

Przysnął

I cokolwiek będzie po tym

Tajemnicą chociaż jest

Już mydlana marzeń bańka

Słońca palcem uniesiona

W morzu myśli się rozprysła

Nie istnieje

Już nie woła

Nie namawia

Do spoczynku

.

Dzień

Choć pochmurny

To bez deszczu łez

Umysł mądry

Serce durne

Wie już

Czym cierpienie jest

Od złych myśli

Wnet odrywa się

.

Jasną nocą

Księżyc zęby szczerzy

Nie zamyka powiek mi

Widzę

Wierzę

Już mi nie zależy

Nie wart był

Żadnej z chwil

 

Przyszłość Niedziela, List 14 2010 

Znów ogień zapłonie

Wznieci go wiatr

Pochodnię nadziei

Co przygasa

W marzeń oceanie

Zatonę

Czas zatracę

Wspomnienia zabierze

Z jesiennymi liśćmi

Na kartkach wyrwanych

Z pamiętników starych

.

Obudzi mnie ciepło

Dłoni

Jak motyl wśród zieleni

Przesuwając po mojej skroni

Barwy tej podróży zmieni

.

Czas (II) Piątek, List 12 2010 

Czasu duch do przodu gna

Mijają lęki złe

W chmurach anioł gra

Nakierować chce

.

Mgła w pamięci

Już zaciera co bolało

Dół już dawno przysłonięty

Jakby nigdy się nie działo

.

Pod gwiazdami dusza tańczy

I nie myli kroków już

Ten ideał samozwańczy

Łzami skrapla wspomnień kurz

Dom Czwartek, List 11 2010 

Cicha wioska. Jedna droga główna, uroczy ryneczek z pomnikiem natury pośrodku. W oddali rozpościerający się górski krajobraz. Niepozorna rzeka, co roku latem bestialsko zajmująca położone przy niej pola i domy. Pałac i mały las z ruinami wieży, która niegdyś prowadziła do jego podziemi. Na zapomnianych dawno i nieoznakowanych grobach poległych żołnierzy bluszcze.

Dom. Najstarszy na wiosce. Z XV wieku. Pruski mur, niektóre ściany jeszcze wykonane z gliny i trzciny. Solidny, piękny. Przed nim stara studnia, zakryta płytą, na której rozgrzanej zwykłam siadać letnimi wieczorami. Duży ogród, zagracony. Jakieś warsztaty, szopki. Za nim popegeerowski sad i alejka wśród lip. Oaza spokoju. Stadnina koni, datowana na parę lat wstecz.

Na strychu kilka popękanych desek w podłodze. Cisza czasami przeraża. Mały pokoik. Zawsze bałam się w nim spać, zarówno jako dziecko, jak i jako już dorosła. Coś mnie w nim zawsze przerażało…

Strome schody prowadzące na drugą kondygnację. Ile razy z nich poleciałam jako dzieciak…

Człowiek. Starszy. Bezwzględny.

Młodość jego upłynęła pod znakiem nieustających imprez i kobiet. Jedną z nich pochował. Drugą też…

Wkupił się pięćdziesięcioma różami. Żył spokojnie w tym domu lat prawie dziesięć. Żerował, zaśmiecał, użytkował. Eksploatował tylko. Skradał się i nasłuchiwał. Mówił niewiele. Mieszał. Po cichu, żeby nikt się nie zorientował.

Pochował drugą. Ubierał ją do trumny. Na pogrzebie miał kamienną twarz. Także po nim, jak i również, gdy rozbijał rodzinę…

Fałsz, obłuda.

Jeśli kogoś nienawidzę, to właśnie jego.

Mieszka w tym domu. W domu, który mi został zapisany…

Rimember mi ;) Czwartek, List 4 2010 

Rimember mi

Trochę nostalgicznie, trochę romantycznie, trochę sarkastycznie… W zależności od tego, co tu wyjdzie…

Swojego czasu spisywałam wspomnienia moich nieżyjących już przodków. Opowieści o drugiej wojnie światowej, trudach jej przetrwania, przesiedleniach- będzie co wnukom czytać na dobranoc. Swoje wspomnienia też częstokroć spisuję- mam co. Staram się żyć jak najbarwniej, tworzyć, żeby coś po sobie pozostawić i żeby nie były to góry szmat, które za chwilę wyjdą z mody, a jeśli ktokolwiek z ich tytułu zostanie zapamiętany, to tylko ich projektant. Zresztą, jak mam iść na zakupy, to dostaję apopleksji, ale to już inna historia… Bo chodzi o to, żeby żyć z pasją, która nie jest galerianizmem (o, przepraszam, zakupoholizmem- tak się ładniej to nazywa), żeby mieć własne zdanie, nawet jak się palnie jakieś gafy- już jest co wspominać (a nie lizać wszystkim metaforycznie odbyt i zgrywać słodką idiotkę- och, Tobie we wszystkim ładnie– a rzeczywistość ukazuje inny malunek)…

Iść przez życie z przepakowaną walizką- ale z taką, którą można unieść. Żadnych zbędnych pierdół, żadnych akcesoriów ograniczających ruchy i czynności manualne (jak półmetrowe, modne-podobno- od jakiegoś czasu plastikowe szpony- wiem, wiem, one z żelu, akrylu i innych odpadów…), tylko to, co jest niezbędne do przetrwania, minimalizm. Jedyne, co kolekcjonować, to wspomnienia. Mam taki patent- zapisuję, rysuję, fotografuję i tworzę inne dziwadła. Potem, jak mi smutno, chwytam za takie coś i od razu świat się rozjaśnia 🙂 I mam nadzieję, że kiedyś komuś równie dobrze to humor poprawi 🙂

Nigdy w życiu nie wzięłam żadnych korepetycji. Never, ever. Jak już, to je dawałam. Wolałam zdupić, za przeproszeniem, niż kiedykolwiek ściągać. Dlaczego? Ciekawość świata, im szersze horyzonty, im więcej się wie, tym więcej się postrzega. Im więcej się postrzega, tym więcej się wyłapuje. Im więcej się wyłapuje, tym więcej inspiracji- i tworów. Jaki śliczny ciąg przyczynowo- skutkowy 🙂

I to jest piękne w życiu- jedna rzecz się kończy, następna zaczyna. Jest ciągłość. Nie rozczulam się nad tym, co było (do psychiatryka mi nie po drodze, jakbym miała wszystko rozgrzebywać…). Selekcjonuję wspomnienia. Jak czegoś nie chcę pamiętać, niszczę wszelkie dowody tego istnienia. Nie ma teraz- nie było nigdy. Trzeba iść do przodu 🙂

I jeszcze jedno- wiem, kochani Rodzice, że to przeczytacie 😀 Do końca życia będę wdzięczna za wasze wychowanie mnie, zwłaszcza za każde musisz poradzić sobie sama. Dzięki wam nie jestem kaleką życiową, wiem, że nigdy od nikogo się nie uzależnię, potrafię ze wszystkiego się wygrzebać, odbić od każdego dna i dokonać niemożliwego 😀 😀 😀

Z młodości pokolenia ’27 Niedziela, Wrz 19 2010 

imiona zmienione, historia prawdziwa 🙂

  1. Pociąg do facetów.

Prababka Zdzisława, nie chwaląc się, była w młodości bardzo ładną dziewczyną. Jak sama określała, miała pociąg do chłopaków, a oni do niej.

Na wsi, gdzieś za Bugiem, był chłopak imieniem Miśko. Jako, że moja prababka dziewczęciem była niezwykle zaradnym i pracowitym, gdyż pomagała w gospodarstwie, pasła krowy i gotowała, rodzicielka wspomnianego Miśka upatrzyła sobie ją na stanowisko swej synowej.

Historia Miśka zakochanego w Zdzisławie kumuluje się wokół świętej pamięci pradziadka mego, Sławomira.

Dziadek Sławomir był człowiekiem niezwykle utalentowanym, do tego samoukiem. Wspaniale rysował, jak jego nie mniej wspaniała i utalentowana prawnuczka, przyszły architekt, grał na harmonii (tego prawnusia już niestety nie odziedziczyła). Gdy prababka po raz pierwszy ujrzała pradziadka, pomyślała tylko: Ale jakaś kurwa będzie miała fajnego męża.

Ale po kolei. Jak Zdzisława poznała Sławomira? Pewnego dnia zakochany Miśko rzekł do pradziadka:

-Chodź, pokażę ci, jaką fajną mam dziewczynę.

I tak oto ci dwoje zaczęli ze sobą kręcić.

Zauroczony w Zdzisławie Sławomir kupił swej lubej czerwone korale. Zdzisława, uradowana, natychmiast udekorowała nimi swą łabędzią szyję (ta łabędzia to bardziej dla dodania poetyczności…). Miśko, widząc je, wzburzył się i w przypływie zazdrości zerwał je. Sławomir zobaczywszy tę reakcję konkurenta popadł w szał i podbił Miśkowi oko.

Na weselu, kiedy doszło do posahu, Miśko podał rękę tylko Zdzisławie, Sławomirowi już nie…
Nieszczęśliwie zakochany chłopak chwycił karabin i wystrzelił kulę w powietrzu. Gości opanowała trwoga. A to tak na wiwat młodych…

Z podbojów miłosnych prababki warty wspomnienia jest jeszcze Stanisław. Mężczyzna niezwykle pracowity i zaradny. Prababka, jak wspomina, non stop go okłamywała, wmawiając mu, ze chce z nim być. Chciała- jednak tylko do kolejnej niedzieli, podczas której na horyzoncie pojawiały się inne eleganckie samce wychodzące z kościoła. A Stanisław miał też jeden mały defekt- jego słuch pozostawiał wiele do życzenia.

  1. Jak robiono podłogi.

To nie tak, że za Bugiem w mieszkaniach sadziło się ziemniaki. Nie, robiono podłogi. Najlepszym materiałem na posadzkę była glina mieszana z końskim łajnem (jakoś  bardziej do mnie przemawiają płyty żelbetowe… a gres czy panele przynajmniej nie wydają odoru- ale cóż… inne czasy ;))

  1. Zabawy

Na zabawach chodzono na klepiska. Kobiety przed drugą wojną światową chętnie rezygnowały z dolnej części bielizny. Mężczyźni, zdając sobie z tego doskonale sprawę, rozsypywali na klepiska pieprz. Tańcząc kolomyjkę, kobiety tupiąc powodowały unoszenie się pieprzowego pyłu, a ten zaś powodował podrażnienie okolic intymnych. Wg zeznań prababki kobiety się drapały.

Rzeczywistość Czwartek, Wrz 16 2010 

Potykając się o naiwność

Tuląc się do mgły

Zamazany obraz

Nie pozwala dalej iść

Wspomnienia

Których nie było

Marzenia

Które się nie spełniły

Po drugiej stronie lustra Piątek, Sier 13 2010 

Po drugiej stronie lustra

Lubię obserwować ludzi. Lubię słuchać, co mają do powiedzenia. A najlepiej, gdy mówią o innych. Gdy oceniają. Dają mi wspaniały obraz, jakie cechy ich charakteru starają się ukryć…

Całe życie spotykam na swojej drodze ludzi, którzy albo są wyjątkowo serdeczni i mili, albo reagują na moją osobę nieuzasadnionym chamstwem i arogancją. Z jednej strony mnie to cieszy- przynajmniej miło głaszcze moje ego, że nie jestem jedną z tych szarych jednostek, wobec których przechodzi się obojętnie. Odkąd weszłam w tą śmieszną dorosłość, rzadko kiedy spotykam tych drugich, jakby ten gatunek wymarł. Ale jeszcze gdzieś się tułają takie archaizmy i czasami stają mi na drodze… Ale nie o tym rzecz J

.

Świat wydaje się być dziwnie skonstruowany. Niby wszystko to zbieg okoliczności, niby nikt nie zasługuje na nieszczęścia, na niektóre osoby, które się spotyka. Ale jakby się w to wgłębić, każda sytuacja, każda osoba, która pojawia się w życiu to lekcja, która ma pokazać, co tak naprawdę jest w człowieku, co ma w sobie zniszczyć, a co pielęgnować. To lustra, które pokazują, kim tak naprawdę się jest…

.

Całe życie do dziewiętnastki poświęcałam różnym zajęciom. Pisałam, rysowałam, uczyłam się języków, udzielałam się w wolontariacie, czasem wyciągałam najwyższą średnią w szkole w przypływie ambicji, podróżowałam, brałam udział w różnych wymianach międzynarodowych, przewodniczyłam samorządowi szkolnemu, jako redaktor naczelny gazetki szkolnej rozwijałam swoje pasje, bawiłam się w redaktora w radio szkolnym, pisałam artykuły do lokalnych gazet i robiłam wiele innych rzeczy, które akurat przyszły mi do głowy. Potem ktoś się w moim życiu pojawił- był miły, słodki, kochany, wrażliwy. Ale ja z jakiegoś powodu byłam przerażona. To była nauczka, że pierwsze wrażenie nigdy nie myli. Ale uznałam, że jednak się pomyliłam… I zbagatelizowałam później jeszcze 2 razy takie przeczucie, ale to już inna historia. Wracając do tematu- pierwszy facet, wiadomo, trzeba poznać takie uczucie jak zazdrość. Nawet, gdy go zostawiłam, nie przerobiłam tej lekcji. Pomógł mi w niej kolejny osobnik- pokazał mi ją w najgorszej formie, jaka może istnieć w związku. Był chorobliwie zazdrosny- ze zwielokrotnioną siłą pokazał mi uczucie, które sama w sobie pielęgnowałam. Nauczyłam się jednego- nigdy nie można ograniczać drugiej osoby. Miłość to wolność- jeśli druga osoba odchodzi, to choćby nie wiem co- trzeba jej na to pozwolić, nie można jej zatrzymać. Jeśli ma wrócić- to wróci. Życie toczy się dalej.

.

Był okres, gdy koleżanki masowo zaczynały zwierzać mi się ze swoich problemów z jedzeniem. Byłam w szoku, jak wiele osób ma problem z zaburzeniami odżywiania. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że… sama przez blisko 9 lat walczyłam z bulimią. Pojawiły się dokładnie w dwóch okresach choroby- pod koniec podstawówki, gdy się zaczynała i w technikum- gdy już nie udało mi się jej ukryć i siłą rzeczy musiałam zacząć się leczyć. Te dziewczyny były moim odbiciem lustrzanym.

.

Ktoś kiedyś zarzucił mi, że jestem przewrażliwiona. I owszem, jestem i tego nie ukrywam, skwitowałam. Dorzucę, że była to osoba, która w moim odczuciu kreowała się na niewiadomo jakiego macho i cwaniaka. Wiem, że jest to moja cecha i jako osoba kochająca tworzyć, całą tą swoją nadwrażliwość wlewam w sztukę, której poświęcam swoje życie. Znalazłam wykorzystanie tej wady. Ale coś mnie tknęło- skoro ktoś mi zarzuca taką cechę, to pewnie dla niego samego jest ona w jakiś sposób ciężarem- i nie pomyliłam się.

%d blogerów lubi to: