Ballada jesienna Czwartek, Lu 10 2011 

 

Jesienny wiatr

Dawno już zapomniany

Zamaszyście zrywał kasztany

I deszcz rzęsistych łez z nieba spadł

.

Przerwał piorun horyzont na pół

Na chwilę szare rozświetlił pola

Ludzka w obliczu natury niedola

W tej burzy człowiek się snuł

.

I dwoje ludzi zmokniętych pod drzewem

Wtuleni i przemarznięci

Pełni radości i chęci

Czy pamiętasz tę opowieść? Nie wiem

Ja pamiętam

My (II) Poniedziałek, Lu 7 2011 

Leśne echo uniesie Nas

Znalazł Cię w słońcu bezlitosny czas

Błądziłam wśród drzew wysokich

Z ich liści deszcz na mnie kropił

Choć dawno już przeszły chmury

I przejaśnił się krajobraz ponury

To z koron przysłaniał mi cień

Skończyła się noc, zaczął się dzień

I przedarły liście strużki promieni

Nie ma już błota, nie ma kamieni

Na mojej ścieżce już tylko trawy źdźbła

Idę tu z Tobą, pogania nas wiatr

 

Dzień Wtorek, Sty 4 2011 

Ciepły wiatr

Rozdmuchuje resztki snu

Zimowy puch

Który spowił w noc zimową świat

.

Dotyk słońca

Na pościeli z mgły

Utkanej z tych ulotnych chwil

Co dobiegły końca

.

Szum powietrza

Wieść przynosi morskich fal

Szepnie i poleci w dal

By historia mogła przetrwać

Smak życia Niedziela, Gru 12 2010 

W świetle gwiazd

Wciąż ten sam

Lecz inny każdej nocy

Spadasz

Unosi cię wiatr

Jakby dzień cię spłoszył

.

Dotykasz dna

Gdzie zaczyna się świat

W piekle z zimna drżysz

W spojrzeniu smutek

W oczach łzy

Czy to ty

.

Odbijasz się

Zachłysnąwszy się

Powietrzem

Osuszasz mokre od deszczu

Sny

Idziesz w stronę słońca

Tam

Gdzie powinieneś być

.

Łapiesz wiatr

W skrzydła swe

Unoszą cię

Wzbijasz się

W marzeń obłokach

Szybujesz z ptakami

Wolni od trosk

Szczęściem splątani

Nicość za nami

W chwili trwamy

.

.

.

Nikomu- po prostu miałam ochotę napisać coś radosnego, inspirującego i dającego nadzieję, żeby podtrzymać ją przy życiu.

Wierzę, że wkrótce komuś będę mogła to zadedykować 🙂

A wiara czyni cuda 🙂

Piekielne igraszki Poniedziałek, List 1 2010 

Generalnie nie zaleca się grać z żywiołami. Żywioły charakteryzują się niezmordowaną siłą, która zawsze wygrywa. A że zwycięstwo to częstokroć pyrrusowe, to już inna kwestia…

Ogień parzy. Jest gorący. Namiętne płomienie oblepiają ofiarę i w proch obracają. A potem proch ten pakują do swoich naboi i strzelają dalej…

Najpierw taki słaby płomyczek. Jak w nadziei. Dmucha się na zimne. A ogień gorący przecież! I tak delikwent dmuchając i chuchając wznieca ognisko. Albo pożar, jak za dużą pojemność płuc posiada. A pożar już trudno ugasić. A nawet jeśli się uda, to i tak jakieś zgliszcza pozostaną. I nigdy nie wiadomo, czy wiatr gdzieś dalej nie posunie swojego kolegi po fachu…

Albo pali się taki mały stosik, na stosiku jakaś naiwna ofiara losu, a jakiś inny głupek dolewa oliwy. Zimno mu, za mało emocji ma. Leje i leje te gęste kłamstwa, wznieca i podnieca. Łup. Żywioł wygrywa. Chłonie jak czarownicę do pala przywiązaną. I pierwszy stopień do piekła zaliczony. I już łatwiej mknąć w dół i się staczać, bo te stopnie to takie strome i nie problem gdzieś orła wywinąć i kozłem ofiarnym się stać…

Nie ma co za blisko do ognia podchodzić. A jak już to robić, to z rozwagą, gdy już się samemu lekko płonie. Inaczej można się sparzyć, a blizny mogą zostać do końca życia. W zależności od stopnia oparzenia, w najlepszym przypadku jakiś bąbel wyskoczy, plaster wystarczy, wygoi się. W tym gorszym zeszpecenie gwarantowane. I trauma gratis. Potem jakieś toksyczne związki, bo się nawdychało tlenku węgla to. I zmiany w mózgu od tych oparów, niekoniecznie odwracalne, chyba, że jest się feniksem.

A właśnie: feniks. To dopiero ciekawe stworzenie. Pod koniec życia wybucha ogniem, obraca się w popiół i z niego powstaje. Nie wytrzymuje swej egzystencji, załamuje się, po czym odradza się piękny i silny.

Bez ognia byłoby zimno. Nic by się nie kleiło, zamarłoby i skostniało. Przymarznięte usta nie byłby w stanie uformować się w jakikolwiek grymas, oczy by nie lśniły, a serce pewnie by nie pompowało krwi. To byłoby takie nudne.

Mały ogień jest uroczy. Płomyki w stęsknionych oczach tańczą, oblizując delikatnie zaimpregnowane emocje. Dodają temperatury, ogrzewają wymarzniętą duszę…

Urodziny Czwartek, Wrz 9 2010 

Słyszałam o czym szeptał wiatr

W moje urodziny

Deszcz rzęsisty spadł

Nieba łzy

Bez przyczyny

.

I oddechem swym świszczącym

Chciał powiedzieć

Że wciąż błądzę

Że nie mogę w miejscu siedzieć

.

Mówił mi że wróci

Tak radośnie

Na kolejną życia wiosnę

Chwilę ze mną

Jeszcze się posmuci

.

Wrócił

Rozwiał troski

Trochę szepcze

Trochę nuci

Droga już bez przeszkód

Prosta

.

.

.

.

Gdzieś tam głęboko wierzę,

że tym wiatrem jest osoba,

która kiedyś powiedziała mi,

że jak odejdzie,

będzie się mną opiekować

z tego drugiego świata

i nie pozwoli, żeby

ktokolwiek zrobił mi krzywdę…

Tak bardzo chciałabym jej powiedzieć,

że idę twardo do przodu,

jak obiecałam jej w ostatnich dniach

jej życia…

%d blogerów lubi to: