Zniknięcie Poniedziałek, Paźdź 7 2013 

A gdyby by tak zniknąć, zapaść się pod ziemię? Zmienić miejsce pobytu, tożsamość, wygląd. Zacząć wszystko od nowa, ze starymi doświadczeniami i wiedzą z nich płynącą? Kto by nie chciał?…

Żadnych telefonów, żadnych listów poleconych, żadnych wiadomości na fb. Żadnych przypadkowych spotkań z nieprzypadkowymi osobami, żadnego pukania do drzwi. Czasami wyłączam wszystkie urządzenia elektroniczne i udaję, że nie istnieję. Przynajmniej dla innych. Ot, owijam się kocykiem, ciepła kawka z mlekiem, szkicownik lub książka. I ja. Tylko ja. I czasem wpada do głowy myśl, żeby się od wszystkiego odciąć raz na zawsze.

Przez lata wiążemy supełki. Nie każdy chce się od razu roplątywać. A później to już zwyczajnie się nie chce i nie widzi się takiej potrzeby. Ot, było, minęło, baj baj. A potem, jesiennym wieczorem, pomiędzy upierdliwym, acz słodkim, miauczeniem kota i wrzaskami bijących się koszatniczek o pierwsze miejsce w kółeczku nachodzą takie myśli- co by było, gdyby ciocia miała wąsy (acz są i takie, które mają). Takie trzaśnięcie w głowę poplątanym sznurem.

Jesienna chandra? Może, gdzieś pomiędzy bombardowaniem serotoniny w słoneczny dzień, zastrzykami adrenaliny na szczecińskich ulicach i ciszą nocną, która tak rzadko wita, gdy egzystuje się w centrum betonowej dżungli.

Jeździ się to tu, to tam, styka z różnymi środowiskami. Kółko wzajemnej adoracji na warszawskich salonach, słodko uśmiechający się celebryci do obiektywów aparatów, paparazzi bombardujący światłami, że padaczki idzie dostać. Siedzę, popijam Martini, obok mnie Mateusz Damięcki z dziewczyną i się pytają, jak się bawimy (notabene- pokaz mody Cold Love Mariusza Przybylskiego- długa historia, jak się tam znalazłam-  a potem siebie na zdjęciach z portalów plotkarskich). Rozglądam się dookoła, jeszcze do końca nie wiem, co tutaj robię, odpowiadam. Jednorazowe wejście może i przyjemne w taki światek, ale co za dużo, to i świnia nie zje. Szczerząca się do wszystkich panna, co z gołym tyłkiem gdzieś tam pozowała, połykająca wzrokiem każdego reportera jak panienka z agencji towarzyskiej męskie klejnoty i wymachująca torebką od Louis Vuitton. Ale to taka chwila, gdy wtapiasz się w towarzystwo i jesteś zupełnie inną osobą, nikt nie pyta cię o żadne egzystencjalne problemy. Chwila oderwania.

A gdyby tak oderwać się na zawsze? Wylecieć gdzieś do Australii, zaszyć się wśród wiecznie naprutych misiów koala, wdychać miłą woń eukaliptusa. I zacząć swoją historię od nowa. Bo czasu się nie cofnie, a nawet, gdyby się cofnęło, to i tak popełnimy dokładnie te same błędy co kiedyś. Bo cofamy się do pewnego etapu młodzieńczej głupoty i niepohamowanego apetytu na robienie gaf. Bo życie to nauka. A każde miejsce to szkoła. A ja już chcę skończyć ten etap edukacji…

Puszczanie latawców Środa, Paźdź 26 2011 

Puszczają się nerwy, puszczają się bąki i fruną w przestworza nad wyimaginowaną łąką pod ciepłą kołderką w romantyczne zimowe wieczory. Puszczają się panny, puszczają się bańki i zniekształcają eliptycznie (a czasem nawet epileptycznie) widok. Puszczają w telewizji, w radio- medialna prostytucja. Puszcza się latawce, by wirowały wśród podmuchów wiatru (jakież to poetyckie i romantyczne). Puszcza Notecka (pierwsza, która do głowy mi przyszła). I Bukowa, w Szczecinie (łaaadniutka, polecam na wycieczkę- jedno z niewielu miejsc uroczych w tym mieście). Puszczają się ptaki kolorowe, pawie oka, z sałatki jajecznej, chipsów i innych przekąsek, zazwyczaj o kwaśnym zapachu i zabarwieniu jego woni alkoholem…

A życie to podpuszczanie. Diabelskie kuszenie, jak faceta obcisłymi rajstopkami.  Chwila nieuwagi, salsa hormonów i (nie)szczęście gotowe. Łyk adrenaliny- byleby poszedł układem pokarmowym, a nie gdzieś w okolicy tchawicy zbłądził, bo w płucach to gorsze od asfaltu z dymu tytoniowego (btw. wolę nie znać stanu swoich płuc…).

Co za dużo, to i świnia nie zje. A nie daj Siło, w którą święcie wierzysz (nie daj Energio- bowiem entuzjastka fizyki kwantowej ze mnie), organizm nie przyzwyczajony do tego typu substancji. Jak nie pawik, to zabawa z rozstrojem żołądka. I później albo uraz, albo kolejne, mniej lub bardziej (bo jednak zawsze), destrukcyjne uzależnienie.

Puszczanie nie jest wcale takie złe, jak fonetyka jego wskazuje. Synonim puszczalstwa, zwany popularnie odpuszczaniem, wywołuje nad wymiar miłe skojarzenia. Grzechy, na przykład. Można je odPUŚCIĆ  (choć zwolennikiem zwierzania się jakiemuś facetowi za dziwną kratką w pojemniku, który konstrukcyjnie przypomina mi szalet polowy, nie jestem- ale to już tylko moje zdanie- nikomu go nie narzucam). Jak coś nie wychodzi, to lepiej sobie odPUŚCIĆ. A jak się wolno (lub szybko- co kto lubi) puści, to może samo wróci, albo się inne rozwiązanie pojawi.

Zazwyczaj do czynności puszczenia popycha siła i opór. Tak, tak. Żeby coś (o)puścić, należy najpierw kurczowo trzymać (a później skąd reumatyzm i skoliozy… zwłaszcza te psychiczne). Żeby coś dopuścić (do siebie), najpierw trzeba trzymać się (kurczowo) z daleka od danej informacji. Można też sobie też wszystko, ale to kompletnie WSZYSTKO odpuścić i się nieźle zapuścić (w maliny, przykładowo- smaczne kąski, ale jak się kolce w nieodpowiednie części ciała wbiją, to już nie jest tak słodko i uroczo).

Tak więc, moi Drodzy, puszczajmy, odpuszczajmy, dopuszczajmy do siebie, prawdę przede wszystkim, nie zapuszczając się za bardzo przy tym, wpuszczajmy nowości do drzwi zacnej naszej egzystencji, a gdy miejsce odpowiednie się znajdzie, zapuszczajmy lekko korzenie (lekko- żeby potem nie bolało jak na fotelu stomatologicznym- wprawdzie nigdy tego nie doświadczyłam, ale się nasłuchałam 😉 ).

To tak na chwilę obecną, bo zapuściłam się w projektach, papierach, pracy, uczelni, urokach, zauroczeniach (?) i innych sprawach przyziemnych 😉

Scena siódma Poniedziałek, Wrz 13 2010 

Akt pierwszy

Scena siódma: Lubię, kiedy…

A czas czasem zatracasz? Acha, nie masz czasu o tym myśleć… Nie masz czasu zatracać czasu…

Znasz mnie? A, nie wiesz skąd… Nie szkodzi- powiedziałabym ci, ale ta niewiedza jest taka fascynująca… I niech tak zostanie 😉

A słyszysz, jak krople deszczu stukają o blaszany parapet?

A widzisz jak te pioruny rozrywają niebo? Nie czujesz, że coś się zmienia?

A czujesz ten zapach świeżej pościeli unosi się w pokoju?

A spotkałeś osoby, z którymi można gadać o niczym przez całą noc i jest to fascynujące?

Po co wciąż trzymasz stare żale w sobie? Sam siebie zatruwasz. Druga osoba już nie pamięta- uwierz mi. A jeśli nawet pamięta, wystarczy wyciągnąć tylko dłoń…

Nie widzisz, że każdego dnia wszystko się zmienia?

%d blogerów lubi to: