Losowe kowalstwo artystyczne Niedziela, Lip 3 2011 

Jak już kuć żelazo, to gdy gorące. Jak stal hartować, to najpierw konkretnie ją podgrzać, utrzymywać w temperaturze maksymalnej, a następnie schłodzić w szybkości szybszej niż krytyczna, by się nie ausenit nie rozwalił na struktury perlityczne. Jak hartować psychikę, to najpierw porządnie wkurzyć, utrzymywać w stanie marudzenia, potem wylać wiadro lodowatej wody na gorący łeb…

Człowiek rodzi się silny jak żelazo. Zaczyna się kucie. Nieumiejętne podgrzewanie prowadzi do rozwolnienia i upłynnienia materiału. Na pomoc przychodzi węgiel. O jego właściwościach zatrzymujących przekonał się każdy, komu dane było przeżyć upłynnienie treści pokarmowych. Trochę karbonu, na popitkę zimna woda i następuje twardnienie materiału. Powstały wyrób zaliczamy do pierwszej prymitywnej stali, która posłuży na budowę nerwów. I nie jest to, bynajmniej, kowalstwo artystyczne…

Sam stop żelaza z węglem nie gwarantuje wysokiej wytrzymałości. Wtem na pomoc przychodzą dodatkowe pierwiastki. Nieumiejętne dozowanie nieadekwatnych do sytuacji substancji zwiększa prawdopodobieństwo wadliwości materiału i skazy na psychice.

Stal o odpowiednich już właściwościach należy zahartować. W tym celu należy ją podgrzać do temperatury odpowiadającej jej klasie. Zmiany są bolesne, acz nieuniknione. Szybkość chłodzenia gorącej stali winna być większa od tak zwanej szybkości krytycznej. Węgiel nie ulega dyfuzji, dzięki czemu stal zachowuje swą nieskazitelną trwałość.

Proces hartowania winien być powtarzany aż do uzyskania oczekiwanych właściwości technicznych. Przy odpowiedniej wytrwałości otrzymuje się gładką, nieskazitelną stal, odporną na wszelakie tarcia, ścierania, docierania, marudzenia i manipulacje. Mistrzostwem będzie samurajska precyzja, byleby nie made In China 2011. Trzeba być kowalem swego losu.

.

.

Czas pędzi nieubłaganie

Szybko kolejny rok minie

Sitko jeszcze troszkę pozostanie

 W nieszczęsnym tym Szczecinie…

Baranie banie Poniedziałek, Lu 28 2011 

Zwycięzca jest sam- zatytułował jedną ze swych książek (ni)jaki Cohelo i puścił do druku. A że nazwisko jego na globie (prawie) całym znane i poważne, zdanie weszło do użytku języka codziennego i bezmyślnie powtarzane być zaczęło…

I idzie taki baran z ciętym jak nóż spod ostrzałki językiem przez życie, i nie da się temu baranowi przetłumaczyć, że baran łagodny być musi z natury swej. Nie, dla barana każde pastwisko to istne pole bitwy, niczym te o położeniu geograficznym z okolic Grunwaldu. I baran zwycięży, lecz niczym Pyrrus cenę zapłaci nadto wysoką, a gloryfikacje swe przypieczętuje samotnością. Sam przed sobą będzie czarną owcą w stadzie baranów.

A na wojnie fronty i odwety. Raz i koniec, więcej szans nie będzie. No, może druga, ale baran sobie zapamięta i uparcie będzie trzymać w głowie odbezpieczony granat wspomnień. Żeby wybuchnąć w najmniej oczekiwanej sytuacji, gdy na minę z łajna krowiego nastąpi. I rozpryśnie się to… ten materiał kompostowy na strony wszystkie świata szerokiego. Nie, baran jest uparty i pamiętać będzie wszelkie szkody.

Gdy barana coś zauroczy, wnet odwróci oczy, a następnie swój odwłok. Bo przecież baran pięknem zachwycony staje się całkowicie bezbronny. Bezbronność grozi dominacją, nijak poprzedzoną jakąkolwiek rywalizacją. Baran nie rozumie, że związek to sztuka kompromisów i że wcale nie musi sobie czymś specjalnym zasłużyć na czyjąś uwagę. Baran musi mieć logiczne wytłumaczenie dla nijak logicznych uczuć. Baran musi rozumieć to, czego rozum nie pojmuje. Baran musi być najmądrzejszy.

Baran pokręcony i zakręcony jak sierść na jego grzbiecie. I walczy przed snem z duchami swojej przeszłości, nieistniejącymi przeto, lecz wszakże, a jakże w jego głowie bitwa się toczy. Tak, na pewno to coś zmieni, baran nieomylny. I na pewno coś da nakręcanie się na wałki wspomnień. O tak… W jeszcze większy zakręt wpadnie jego już i tak dostatecznie pokręcona psychika.

Najgorzej, jak spotkają się dwa barany z chęcią dominacji i duchem rywalizacji. Pierwsze się nie odezwie, drugie nie lepsze. A gdy milczą owce, w baranich łbach przewracają się wszelakie scenariusze. I walczy, walczy zawzięcie jeden baran ze sobą, jak i drugi i przeto dwa barany między sobą. A gdy walka wychodzi poza obszar mentalny i któryś z baranów spuści z tonu miauczącego, drugi odbierze to jako jeden z wyimaginowanych ataków i… zaatakuje… Bo barany nim na rogi bić się zaczęły, zamiast pogadać jak normalne ssaki, opierając się na wymyślnych akcjach, na poziomie duszy stoczyły wojnę. Tak, kończąc pięknym akcentem z ust Coehla: Najważniejsze spotkania odbywają się najpierw na poziomie duszy.

Dzieciństwo Poniedziałek, Gru 20 2010 

Dziecko to mały CZŁOWIEK, który nie musi wszystkiego rozumieć, nie musi logicznie myśleć, a już tym bardziej zajmować się sprawami nieadekwatnymi do jego wieku…

Dziecko to nie pionek w grze dorosłych. Ani żadna piłeczka ping- pongowa. Nie będzie się poruszać do przodu o tyle oczek, ile pokaże wyrzucona kostka. Nie może się odbijać pomiędzy jednym dorosłym a drugim, po drodze zahaczając o wszystkie możliwe przedmioty, które będą stały na przeszkodzie.

Dziecko ma prawo się bawić. Ma prawo nie rozumieć prawd rządzących tym światem. Dzieciństwo ma być okresem beztroski i zabawy. Taki teatrzyk dorosłości, gdzie wszystko dzieje się na niby i gdzie dorosłych grają tylko i wyłącznie dzieci, wedle swoich własnych zasad.

Zabawki są dla dziecka. Dziecko nie jest zabawką, która się w którymś momencie może znudzić. Dziecko nie jest winne postępowaniu dorosłych i nie powinno się go w nie wciągać. Dziecko nie rozumie i trzeba je systematycznie, w odpowiednich dawkach uświadamiać. Ale nie rzucać na głęboką wodę, bo zbyt łatwo może w niej utonąć.

Dziecko, które zostało przedwcześnie wciągnięte w świat dorosłych, traci całą esencję najpiękniejszego okresu swojego życia. Nie żyje w świecie swoich rówieśników, ani także w świecie tych starszych. Żyje w alienacji, pomiędzy dwoma światami. Nie może wykonać już kroku w tył- drzwi są zatrzaśnięte. Do przodu także pójść nie może- tu także klucz przekręcony z drugiej strony. Nie ma już zrozumienia pośród innych dzieci, a także wśród dojrzałych, którzy go w swój świat wciągnęli, ale nie wpuścili (bo przecież jest ciągle dzieckiem). Nie dorasta z innymi, jak przykazała siła wyższa. I gdy inni normalnie wejdą w świat dorosłych, ono ciągle pozostaje w tej pustce pomiędzy. Musiało szybciej dorosnąć- zbyt szybko dla młodej psychiki. W tym biegu przeoczyło siebie…

Starsi już dorośli określają dorosłe już dziecko mianem słabego psychicznie. Tymczasem ono jest silniejsze, aniżeli im się wydaje- przetrwało świat dorosłych, będąc dzieckiem. Tylko, że teraz nie potrafi odnaleźć się w żadnym z tych dwóch światów i samotnie kroczy po jakiejś obcej drodze, żyjąc czyimś przeszłym, dorosłym życiem, zamiast własnym…

.

 

Ekshumacja przeszłości Poniedziałek, Gru 13 2010 

Dzisiaj bardzo modne jest zwalanie przyczyn problemów na klapsy z dzieciństwa. Zły tatuś, wpieprzył dzieciakowi, bo ten mało się nie okaleczył przez swoją bezmyślność. A mówiło mu się. Zła mamusia, bo wydarła się na dziecko, że porządnie nabroiło. Tak jest najwygodniej- szukać przyczyn niepowodzeń w rodzinnym domu.

Czas. Czasoprzestrzeń. Czwarty wymiar. Pojęcia fascynujące mnie odkąd pamiętam. Człowiek ożywia wspomnienia, czuje, że coś wydarzyło się przed chwilą, chociaż miało miejsce ileś tam lat temu. To nieistotne- było. Czy 2 minuty temu, czy 2, czy też 20 lat temu- sięgając do pamięci nadaje tchnienie zdarzeniu, wskrzesza je. W jakimś filmie padła przepiękna wypowiedź, brzmiąca mniej- więcej: Jak przewidzieć przyszłość? Najlepiej ją sobie wymyślić. Tylko, jeśli człowiek myśli o przeszłości, a potem ze zdumieniem stwierdza, że pewne schematy się powielają, czas zatacza koło, to jak jego przyszłość jawić się ma w jasnych barwach? No, chyba, że ma same miłe wspomnienia. Ale ludzka natura jest nieco masochistyczna- głównie rozmyśla się nad tym, co zabolało. A potem zdziwienie potężne, że znowu wydarzyło się coś, co ubodło w psychikę.

Równie dobrze można stwierdzić, że przeszłość po prostu nie istnieje, jest wytworem wyobraźni. Skoro nie dzieje się tu i teraz, nie ma miejsca w chwili obecnej, to tego po prostu nie ma. Żyje wspomnienie- ale tylko wtedy, gdy mu się na to pozwoli, gdy je się ożywi.

Nieprzyjemne sytuacje, te, które najmocniej zabolały, człowiek wypiera. Tak twierdził Freud, tak twierdzą specjaliści od głowy dzisiaj. I faktycznie, homo sapiens ma w sobie taką skłonność, że chce na siłę o czymś zapomnieć i spycha to do podświadomości. A potem dziwi się, dlaczego w pewnych sytuacjach reaguje tak a nie inaczej. Odniosę się do swojego przykładu- dlaczego jestem sama i boję się facetów? Bo zepchnęłam tą pieprzoną próbę gwałtu na same dno swojego umysłu i przywaliłam toną informacji książkowych, żebym broń Boże się do tego nie dokopała. W końcu ktoś wziął łopatę i tam zaczął grzebać. A raczej ekshumować, bo zagrzebałam to parę ładnych lat temu.

Nawet jeśli człowiek zdaje sobie sprawę z czegoś, co rzeczywiście miało miejsce w jego przeszłości, a wyparł to, chociaż mimo wszystko o tym pamięta, to gdy będzie o tym opowiadał, będzie miał wrażenie, że owa sytuacja dotyczy jakby osoby postronnej, na pewno nie jego. A to również wyparcie… I potrzebne jest wsparcie…

Powódź Niedziela, List 21 2010 

Kumulacja jest dobra, jeśli dotyczy sumy w totka. Aczkolwiek i tutaj istnieją pewne zagrożenia. Bo gdy grom z jasnego nieba uderza, skutki jego działania nie są tak przewidywalne, jakby zdawać się mogło…

Płynie sobie rzeczka. Urocza. Płyta, widać dno. Nurt jej jakże spokojny i kojący, taki rytmiczny, regularny. Niczym nie zakłócony. Nagle w poprzek ktoś deskę kładzie. Poziom wody się podnosi, ale to jeszcze nic groźnego. Potem następną. Głębokość mierzy już kolejne kilka centymetrów więcej. Aż w końcu powstaje tama. Materiałem na zaporę wcale decha być nie musi. Wystarczy że jakaś zagubiona dusza wrzuci do wody jakiegoś śmiecia, potem następna kolejnego… Nieważne. Przepływ zatamowany.

Do pewnego momentu woda wzbiera i podnosi swój poziom. Gdzieś między szczelinami zapory delikatnie wycieka woda. Takie mniej lub bardziej widoczne przecieki.

Wszystkie brudy i detergenty i co tam jeszcze sobie płynęło zatrzymują się na powierzchni. Z perspektywy żabiej, gdy obserwator usytuowany jest przed tamą, naturalnie nie widać całego tego powierzchniowego syfu.

Nurt płynącego H2O sam sobie tworzy zagrożenie. Ale, nie daj Boże, pogoda sfiksuje i zacznie coś kapać z chmur. Ulewa. A jeszcze jakaś burza i piorun pierdyknie w zaporę. Katastrofa gotowa.

Jakakolwiek przyczyna by nie była, czy to zdarzenia ekstremalne, nieprzewidywalne, czy zwykłe zmęczenie materiału, tama w końcu pęka. Woda zalewa okoliczne tereny. Fala dotyka. Powódź. Żywioł bierze górę- a z nim walczyć- powodzenia.

Oby tylko słońce jakieś przygrzało. Niech te pola schną. Co tam pola! Gorzej z posiadłościami. Czyjaś woda emocji w obcym mózgu, to dopiero miesza i rozpuszcza komórki! A worki z piaskiem i inne zabezpieczenia mają w zwyczaju czasem zawodzić. Ale odpowiednia dawka promieni UV, lekki wiaterek i wszystko wraca do normy.

Gorzej, jeśli sączy się z nieba deszcz. Już nie jest tak słodko. Woda sieje spustoszenie. Stoi, a powierzchnia pod nią gnije…

A gdy woda zejdzie wreszcie, wyparuje, wsiąknie… To tak dwie opcje by były. Pierwsza, ta negatywna, obejmuje zdechłe żyjątka ulegające rozpadom, i wydzielające przez pewien czas traumatyczny dla otoczenia odór. I jeszcze te śmieci z przed tamy, łatwo się potknąć. Takie zbędne akcesoria.

Ale równie dobrze woda może użyźnić glebę i dodać jej urodzajności…

.

Czasami aż trudno mi uwierzyć, jak natura człowieka jest adekwatna do zjawisk przyrodniczych…

%d blogerów lubi to: