Skarb Sobota, Lu 5 2011 

Mapa na ogół wyświechtana, bez strzałki północy i podziałki, zapewne z czasów, gdy technologie GIS były jeszcze czarną magią obfitującą w hokus-pokus, ściganą przez sądy inkwizycyjne. Kreski niewyraźne, podpisy w łacinie, albo innym slangu, żeby szukać skarbu trzeba ogromnej dozy cierpliwości…

Ten krzyżyk na mapce. I krzyżyk na drogę obfitującą w skrzyżowania, łamigłówki, gierki rodem z wykładów studenckich: kółko i krzyżyk, tak często zremisowany, państwa- miasta, żeby rozszyfrować kod, wymagające myślenia krzyżówki i sudoku. I chociaż wskazówki są, decyzje należy podjąć samodzielnie. I albo się trafi (jak w humor wykładowcy), albo trzeba próbować w kolejnym terminie (sesja, stąd ten nastrój u mnie…).

I chociaż naznaczone miejsce, i chociaż wiadomo, że coś jest, pozostaje jednak ryzyko. Bo nie wiadomo, co tak naprawdę jest zakopane, skarb, czy butelka z liścikiem: Hej frajerze, jeśli coś znalazłeś głębiej zadzwoń…

Gdy uwikłani, po powikłaniach docieramy wreszcie na miejsce krzyżyka, zwalczając smoki z bajek znajomych, walcząc z wytapetowanymi czarownicami (przyganiał kocioł garnkowi… a zresztą, mój styl, moja sprawa!) i potworami, przemykając przez kolejne poziomy, podziemia, lochy, zniósłszy wszelkie fochy, łopata w łapkę i do kopania. Każdy krzyż swój niesie, nie ma obrońców krzyży indywidualnych.

Kopiemy. Albo dokopiemy się do skarbu, albo podkopiemy siebie. Z braku laku i pomysłowości, na krzyż ręce można złożyć i na cud czekać. Albo na jakiegoś głupola, który weźmie łopatę i zacznie kopać za nas. Ale… co to za frajda? A w tej ziemi, gruntów tyle rodzajów, że geodeta może mieć problemy… A w każdej warstwie inne robactwo. Obrzydlistwo, fuj. Może zniechęcić, oj może… Ale w razie „w” robaczka można na haczyk i do pobliskiej rzeczki powędkować. Gorzej, jeśli skarb już blisko i ktoś w międzyczasie go podpierniczy. Oj, źle.

Ale może to wysiłek wart zachodu. Może błyskotki w zakopanej skrzynce wynagrodzą cały trud. Gorzej, jeśli tam zakopane jakieś śmieci…

Rzut karny w nagrodę Piątek, Gru 17 2010 

Od pierwszych dni życia galaretowaty narząd w puszcze z kości poddawany jest działaniu nafaszerowanych detergentami środków piorących. Żeby nie było plam, żeby ładnie pachniało i było sterylnie. Tylko, że te detergenty to tak trochę niszczą…

Ocena. Dobra- nagroda, zła- kara. Dzidzia grzeczna, dzidzia dostanie cukierasa. Dzidzia be, dostanie szlaban, klapsa czy inną formę cząstkowego znęcania się psychiczno- fizycznego. Wpierw należy ocenić stopień posłuszeństwa. Potem można myśleć dalej.

Uczeń dobry, na piąteczkach. W nagrodę jakaś książka z wyprzedaży i ładny, czerwono-biały, podłużny nadruk na karteczce z ocenami. Żeby te oceny były jeszcze za wiedzę. Niestety, ocena z zachowania nie jest tylko i wyłącznie wliczana przy sprawowaniu (o tak, przekonałam się o tym wielokrotnie, że mój cięty język był brany pod uwagę nie tylko przy ocenie zachowania, no ale paseczek i książeczki były).

Uczeń zły, pała, uwaga (pierwsza mi się trafiła w pierwszym miesiącu mojej edukacji szkolnej…). Chlipie, szlocha, szlaban na komputer, podwórko, kolegów. Za karę do książek. Bo niedouczony nauczyciel sztywno trzyma się teorii, nie potrafi zaciekawić, ocenia subiektywnie, wedle swojego widzi- mi- się.

Mały homo sapiens robi się duży. Albo ma wszystko pomiędzy krzesłem a pośladkami, albo krytyka/ pochwała rujnuje mu mentalność. Jest uzależniony od oceny. Sam też ocenia. Wpada w takie błędne koło. To jeszcze nie najgorsza opcja. Pamiętając (albo i nie) o traumie skrzywionego systemu szkolnictwa, będzie sam siebie nagradzał i karał. Dobra metoda na krótszy dystans, gdy meta jest widoczna w tym maratonie, gdy chodzi o materializm i motywację do działania. Gorsza, jeśli chodzi o emocje, świat wewnętrzny, związki interpersonalne i inne metafizyczne wygibasy. Jak się za bardzo zagalopuje, to nie dość, że zboczy z trasy, to jeszcze po drodze zapuka do znachora, który wysłucha go bez oceniania. Doradzi, rozwiąże problemy. Oczywiście nic za darmo. Ale tak nas nauczono- albo jesteś grzeczny, bez własnego zdania; albo walczysz z niesprawiedliwością- a potem albo masz coś w kieszeniach, albo znasz odpowiednie osobniki…

Podświadome ścieki Wtorek, Gru 14 2010 

Wszystko, co nie pasuje, nad dno szafy pamięcią nazywaną. Na PCK czy inną instytucję charytatywną to raczej nie bardzo- największemu wrogowi się tych brudów na ogół nie życzy (chociaż ja jednemu obleśnemu, podstarzałemu chamowi, który zniszczył mi psychikę, życzę jeszcze bardziej usyfionych, ale to już inna bajka…).

Wszystko, co niemiłe, na kupkę. Takie, co na odchodne się dostało od życia. Kupa odchodów. A sio, do podświadomości. Ale ciśnie to w jelitach, na formę neuronów przybranych. I jakoś tak dziwnie uciska na główkę i serduszko, gdy coś się dzieje. I jakieś mniej lub bardziej wytłumaczalne zachowania się rodzą. I urojenia. I lęki.

Człowiek żyje sobie z tym mentalnym zaparciem, nawet nie zdaje sobie często z niego sprawy. Czasem go coś tam przyciśnie, ale jakoś nie wpadnie na pomysł, żeby posiłkować się jakimś środkiem przeczyszczającym pamięć. Będzie co najwyżej posiłkował się środkami znieczulającymi- nikotyną, alkoholem, czymś mocniejszym. Na koniec może i zejdzie na psychotropy. Ale na podświadomość kupka dalej uciska…

W pewnym momencie podświadomość jest już tak zapełniona odchodami, żeby nie powiedzieć inaczej (ok., zasrana, ciśnie mi się to po prostu…), że nie ma miejsca na kolejne bolączki. I każde słowo, każdy godzący gest siedzi w świadomości, w pełnej gotowości, aby w każdej chwili go wypomnieć z jak najmniejszymi szczegółami. Ale prawdziwa kupka dalej uciska…

W końcu, po trudach i próbach, o ile takowe się podejmie, to coś zaczyna wypływać na powierzchnię. Ostatecznie są jeszcze te środki przeczyszczające. Gałki oczne prawie z orbit wylazły, łzy pociekły z wysiłku, rumieniec wściekłości na twarzy. Jest! Urodziło się to to! Tylko teraz jest obok, dryfuje sobie i śmierdzi. I trzeba coś z tym zrobić, zanim coś się w tym zalęgnie i pełzać zacznie, bo może dojść do jakiegoś zakażenia i dopiero będzie problem… Tam ma być czysto! A jeśli coś ma siedzieć, to na pewno nie żadne g…!

Ekshumacja przeszłości Poniedziałek, Gru 13 2010 

Dzisiaj bardzo modne jest zwalanie przyczyn problemów na klapsy z dzieciństwa. Zły tatuś, wpieprzył dzieciakowi, bo ten mało się nie okaleczył przez swoją bezmyślność. A mówiło mu się. Zła mamusia, bo wydarła się na dziecko, że porządnie nabroiło. Tak jest najwygodniej- szukać przyczyn niepowodzeń w rodzinnym domu.

Czas. Czasoprzestrzeń. Czwarty wymiar. Pojęcia fascynujące mnie odkąd pamiętam. Człowiek ożywia wspomnienia, czuje, że coś wydarzyło się przed chwilą, chociaż miało miejsce ileś tam lat temu. To nieistotne- było. Czy 2 minuty temu, czy 2, czy też 20 lat temu- sięgając do pamięci nadaje tchnienie zdarzeniu, wskrzesza je. W jakimś filmie padła przepiękna wypowiedź, brzmiąca mniej- więcej: Jak przewidzieć przyszłość? Najlepiej ją sobie wymyślić. Tylko, jeśli człowiek myśli o przeszłości, a potem ze zdumieniem stwierdza, że pewne schematy się powielają, czas zatacza koło, to jak jego przyszłość jawić się ma w jasnych barwach? No, chyba, że ma same miłe wspomnienia. Ale ludzka natura jest nieco masochistyczna- głównie rozmyśla się nad tym, co zabolało. A potem zdziwienie potężne, że znowu wydarzyło się coś, co ubodło w psychikę.

Równie dobrze można stwierdzić, że przeszłość po prostu nie istnieje, jest wytworem wyobraźni. Skoro nie dzieje się tu i teraz, nie ma miejsca w chwili obecnej, to tego po prostu nie ma. Żyje wspomnienie- ale tylko wtedy, gdy mu się na to pozwoli, gdy je się ożywi.

Nieprzyjemne sytuacje, te, które najmocniej zabolały, człowiek wypiera. Tak twierdził Freud, tak twierdzą specjaliści od głowy dzisiaj. I faktycznie, homo sapiens ma w sobie taką skłonność, że chce na siłę o czymś zapomnieć i spycha to do podświadomości. A potem dziwi się, dlaczego w pewnych sytuacjach reaguje tak a nie inaczej. Odniosę się do swojego przykładu- dlaczego jestem sama i boję się facetów? Bo zepchnęłam tą pieprzoną próbę gwałtu na same dno swojego umysłu i przywaliłam toną informacji książkowych, żebym broń Boże się do tego nie dokopała. W końcu ktoś wziął łopatę i tam zaczął grzebać. A raczej ekshumować, bo zagrzebałam to parę ładnych lat temu.

Nawet jeśli człowiek zdaje sobie sprawę z czegoś, co rzeczywiście miało miejsce w jego przeszłości, a wyparł to, chociaż mimo wszystko o tym pamięta, to gdy będzie o tym opowiadał, będzie miał wrażenie, że owa sytuacja dotyczy jakby osoby postronnej, na pewno nie jego. A to również wyparcie… I potrzebne jest wsparcie…

%d blogerów lubi to: