Bilet na życie Czwartek, Sier 11 2011 

Wsiąść do pociągu, ale nie byle jakiego. I o bilet zadbać, bo ulgi się z wiekiem kończą, a podatki rosną proporcjonalnie do gabarytów organizmu. Jeszcze się zaopatrzyć w jakiś Aviomarin, czy inny Lokomotiv, bo puszczenie kolorowego ptaszka z objęć żołądka i dwunastnicy niewykluczone. Życie czasem dowali na dokładkę małe co nieco i cofnie w którymś momencie. Albo przesłodzi. Albo dosoli… A z barami w pociągach to różnie bywa…

Dzisiaj pociąg do instynktu macierzyńskiego to niczym PKP, coraz bardziej opóźniony. Z przyczyn społecznych, biologicznych, psychologicznych i urojonych. Różnie bywa, jakkolwiek prędzej czy później, na ogół robi się wolne miejsce w przedziale. Czasami podróżna przygoda, innym razem jakieś dwie, mniej lub bardziej, dusze zagubione, postanawiają z przyczyn niekoniecznie zrozumiałych jechać na jednym wozie, do końca podróży zwanej życiem (niestety,  coraz częściej czysto teoretycznie- obserwowany jest wzrost przypadków wykopania z tej taczki, na zasadzie baba z wozu, koniom lżej).

Spodziewanie, czy niespodziewanie- wsiada się na jakiejś stacji do któregoś z tych przedziałów. Szlachetnie urodzeni do klasy pierwszej, już na starcie mają lepiej. Na ogół jednak przeważa druga klasa, pechowcom zostają wagony towarowe. A właśnie- zdarza się, że jakieś bydło się wymknie i przypadkiem zawita do naszego przedziału. I niech nikt mi kitu nie wciska, że podziału na klasy nie ma. Co, oczywiście, nie oznacza, iż klasy w dalszej podróży zmienić nie można. W końcu i tak trzeba będzie jechać- chyba, że w akacie desperacji wyskoczy się przez okno, to i zabawy koniec.

W ramach dorastania, oprócz oczywiście zmian ulgowych w cenach biletów, czeka na nas zmiana personelu, i to niejednokrotna. Będzie tak, że ktoś wsiądzie, czy to proszony, czy nie i albo czas nam umili, albo cierpiący na chorobę lokomocyjną, zapaskudzi nam przedział i sobie pójdzie- a Ty potem sprzątaj te kolorowe, upłynnione substancje. Zdarzyć się wszak także może- że to my będziemy przekomarzać się po ciasnych korytarzach w poszukiwaniu jakiegoś (chociaż częściowo) wolnego przedziału. Generalnie idea jest taka, żeby najlepiej znaleźć sobie całkowity wolny i tam począć wić gniazdko. Przewietrzyć, utrzymywać w czystości. Jednak ostrożnie z otwieraniem okna, przewiać może. Zamknięte też być nie może- atmosfera może się zagęścić i zacząć dusić. Często przedział jest dziedziczony, niczym pałac Buckingham (taka mała prywatyzacja…).

Niektórzy całe życie szukają swojego przedziału. Wędrują po klasach, mijają ludzi. Czasami wydaje się, że znaleźli miejsce idealne. Czasami nie stać ich na bilet zapewniający miejsce w wyższej numerycznie (i standardowo) klasie- bywa, iż przez jakiś czas jadą na gapę. I albo zwieją w odpowiednim czasie, albo trafią nieszczęśliwie na jakiegoś konduktora- służbistę. Czasami jednak stwierdzają, że nie jest to do końca to, czego szukali. I szukają dalej- aż w końcu podróż dobiega kresu…

Pociąg ma w zwyczaju się zatrzymywać na jakichś stacjach i- niestety, siłą rzeczy- ktoś zawsze na takiej wysiądzie, gdyż podróż jego dobiegła już końca. Zostaje puste miejsce, czekające na odpowiednią osobę- ale już zawsze będzie się pamiętało, że ktoś kiedyś na tym siedzeniu siedział…

Ballada księżycowa cz.1 Sobota, Lu 19 2011 

Mruży oczy, kieruje się ku Słońcu,

Promienie twarz bladą jej okalają.

Dzień, nadto długi, ma się już ku końcu.

W oddali huk sowi, ptaki nocne śpiewają.

Już pierwsza gwiazda ozdabia świata sklepienie,

Ostatnie już kwiaty zapadają w sen płatki chowając…

Co tchu biegnie, by dogonić marzenie,

Bosymi stopami o gałęzie się potykając.

To drzewa w milczeniu wściekle je rozrzuciły,

Sypnęły liśćmi w wielu kolorach,

Wzrok swój ponury, jak piorun burzowy, w Ziemi utkwiły.

Jesienna to już nadeszła pora.

Palce jej długie, bladsze niż zwykle w Księżyca świetle,

On ją wzywa, kusi, zacne szepce opowieści,

Zwieść w urokach nocy po raz kolejny zechce,

Lecz Słońce zmęczone usypia i wiatr niesie jego wieści.

To przed nią, na zachód, pędem lekkim ucieka,

Flirtuje z Chmurami, wzburzonymi od blefów.

Żądne zemsty jej porwały człowieka,

Wiedzione jednym ze Słońca oddechów.

A ciepło jego tuliło ich twarze, usypiało czujne oczy

W błękicie zatopione, bez źrenic, bo te wypalone.

Niemo mężczyzna za ciepłem kroczył,

Nie sięgnęły go palce jej lekko zmrożone.

Pakt ze sobą zawarła Natura,

Musi się sama z nieszczęściem zmierzyć.

Wśród zwierzy dzikich, po lasach, po górach,

Ranić swe stopy będzie i wierzyć,

Że wygra z ich zmową, milczącymi żywiołami.

Wtem pomoc nadchodzi, ich więzi łączą od wieków,

One, nimfy nocne, tańczące z wilkami,

Zimne i blade, piękne nieludzko, poniekąd.

I bawią się, i grają na harfach aniołów,

Diabła uwodzą ludzkimi twarzami,

Powstały ze stosów, narodzone z popiołów.

Otaczają ją i cicho wołają: Chodź z nami, chodź z nami!

My Słońca tajemnice znamy najciemniejsze

I choć blaskiem swym oślepi i uroczy,

On z Wiatrem spory wczorajsze

Po dzień dzisiejszy toczy.

I przystaje dziewczę na chwilę, pośród zroszonej zieleni,

Ciało jej drży z zimna i Księżyc cicho się śmieje…

My pomóc ci chcemy, mówią, oderwij się z nami od Matki Ziemi,

Znamy Wiatr, na wschód nas zawieje,

I Słońcu skarb twój odbierzemy,

Uciekniemy drogami,

Słońce zabijemy,

Czy wyruszysz z nami?

Kiwnęła głową lekko, cóż bowiem począć miała,

Jedyna w nich nadzieja, im zaufać mogę,

Błądziły w niej głosy, tak wtedy myślała.

Rzekła więc do nich: Skoro znacie drogę…

.

.

.

Mówią: nie kochaj. Przestaniesz? A jak powiedzą: zabij się? Odbierzesz sobie życie?

.

 

Rumunia 2006 Środa, Gru 15 2010 

Czyli moje wspomnienia z tego niesamowitego kraju, przez który wzdłuż przejeżdżałam.

Na piękny początek- dezynfekcja. Te brudasy z Bułgarii. Co tam z Bułgarii! Te brudasy z Unii Europejskiej! O ile wjeżdżając do Bułgarii przejeżdżało się przez taką sikawkę, o tyle wjeżdżając w rumuńską krainę trzeba było przejechać przez takiej bajoro, co w nim silnik utopić można. No i zapłacić, bodajże 10 euro. Samochód nie zalany, można zaczynać przygodę.

Drogi- w bardzo ładnym stanie. Spowalniacze- punkt za pomysłowość! Półmetrowy pagórek z asfaltu, na którym podwozie urwać można. Gdy już stan przedzawałowy minie, gdy ma się ABSy, można ruszać dalej.

Budownictwo- różnorodne. Cyganie mieszkają w pięknych pałacach z wieżyczkami, których kopuły podobne do tych na Kremlu. Ludzie zwykli, że tak to ujmę- w szarych, nieocieplonych blokach, z odpadającymi częściami, od których roi się w centrum Bukaresztu. Ludzie zwykli jeszcze bardziej- w szopach zbitych z desek.

Zamiast słupków przy drodze co 100 metrów- prostytutki. Co kilometr jakiś alfons. Łatwo można obliczyć odległość.

Rozrywki dla dzieciaków- kąpanie się z prosiakami w płytkich bajorkach. Tyle o ogółach. Teraz szczegóły!

Bukareszt- mieliśmy go ominąć. Drogowskazy? Na Bukareszt i na Bukareszt Centrum. Na forum pisali, że drogi „nie teges”. Przecież nie pojedziemy przez centrum stolicy. Jedziemy na Bukareszt. Tylko żadne z nas nie wiedziało, że rumuńskie „centrum” to… objazd. Niefortunnie wjechaliśmy więc do centrum.

Zatankować trzeba. A tam na południowym wschodzie, to i benzyna setka. Ło! Jedzie się niczym porsche. Na stacji tir na obcych rejestracjach. Jeden dzieciak rzuca się na szyby i je myje, drugi na kierowcę wysiadającego z tira. Tankujemy i gazu jak najszybciej, ucieczka!

Na światłach podchodzi dzieciak. W samych spodenkach (majtkach?). Brudny, bez kawałka ucha, cały w bliznach oparzeniowych, na bosaka. Stoi przy aucie. Mama wyciąga jakąś tam monetę w walucie euro i mu daje. Dziecko zdziwione, jakby nigdy takiego pieniążka nie widziało. Zielone, uciekamy!

Zasada ograniczonego zaufania zalecana w większej dawce. Rumuni lubią wyprzedzać z prawej strony, a zamiast kierunkowskazu wyciągnąć rękę przez okno i pomachać. Może tam inne przepisy obowiązują?

Zachwyt ojca nad rumuńskimi drogami. A na forum tak psioczyli! Chwali, chwali… Nagle łup! Roboty drogowe po rumuński. Czyli: nawierzchnia zerwana z dwupasmowych jezdni, w obydwu kierunkach ruchu, jeździ się po torach tramwajowych z odkrytymi studzienkami. To dopiero emocje!

Alleluja, nic nie urwane, można jechać dalej. Tutaj drobny problem, bowiem wnikliwemu obserwatorowi urywa się z tyłu film.

Autostrady- ładna nawierzchnia, ładnie odgrodzone pola i lasy. Co jakiś czas dziura w drodze (spowalniacz?). Rumuni zwykli tam wyrzucać psy różnych rozmiarów, maści i ras. Taki psiaczek, przez właśnie te ogrodzenia, nie może się z drogi wydostać. W efekcie pełno porozjeżdżanych psich zwłok…

Wnikliwy obserwator znowu oślinia tylne siedzenia. Zasnęło mu się. Aż nagle słyszy.

-O, Transylwania! A to, co najbardziej jęczało, żeby jechać przez Rumunię to tak tam z tyłu chrapie?

Obserwator się budzi. Jest środek nocy.

-Ty, tu faktycznie czosnkiem śmierdzi- zauważa mama. –Coraz bardziej. Zaraz… A co tam tak z tyłu chrupie?

Obserwator wyczaił czosnkowe BakeRollsy.

-Ja jem czosnkowe BakeRollsy, bo się wampirów boję- mamroczę z pełną buzią, obrażonym tonem trochę.

Ale, ale… Góry, zamki, potoki, rzeczki! Boże! Cud, po prostu cud! Gdyby nie natężenie prostytutek (turyści, to i okazje), to miejsce idealne! No coś pięknego!

Wypadałoby się zatrzymać. Podziwiamy w nocy widoki. Obserwator już zakochany w tym miejscu, a jakże! Tato posiłkuje się magnezem i kawą, mama ogląda tu i tam, obserwator radosny. Nagle w naszym kierunku, a konkretnie taty, nadchodzi prostytutka (po uprzedniej konsultacji z alfonsem, jak zauważyła mama).

-Chodź- mówi do mnie, -bierzemy ojca i jedziemy, bo jeszcze nam go zgwałci!

Wsiadamy do auta, ona prosto na nie. Ojciec depcze pedał gazu, mama już wrzask, że co on robi!

W ostatniej chwili samica odskakuje.

-Tak się ku**wy traktuje- mówi ojciec.

Jedziemy dalej. Dalej Transylwania. Górskie, kręte drogi. Jeżdżą, że niech ich drzwi. Kolumna tirów z polskimi rejestracjami. Przepuszczają nas i skutecznie blokują resztę ruchu, mamy drogę wolną. Na nawierzchni rozrzucone rozjechane mięsko. Nie, to nie piesek. To jakiś Rumun…

Dojeżdżamy do granicy rumuńsko- węgierskiej. Obserwator może się przysłużyć- idzie kupić winietę. Węgrzy się patrzą, to obserwator po angielsku, czy może. Oni na siebie, coś po węgiersku. No to obserwator po niemiecku. Też nie załapali. No to po włosku obserwator klepie w akcie rozpaczy intelektualnej. A oni?

-Romania!- i pokazują, żebym sobie zawróciła.

Obserwator spojrzał przymrużonymi oczyma…

-Ta, k***a, Romania, pfff.- i sobie poszedł.

Zdziwieni byli, nie ma co…

Och, i jeszcze jedno- tylko w Rumunii można spotkać wozy zaprzężone w osły/konie. I to na autostradzie! Polecam każdemu 🙂 🙂 🙂

Podróż (II) Niedziela, Sier 15 2010 

Cichy poranek

W mglistej rzeczywistości

Kolejny życia przystanek

Bez wyrazu twarze

Nikt o nikogo się nie troszczy

Następna data w kalendarzu

.

Wychylam się zza szkła

Krajobraz się zaciera

Jak długo będę jeszcze stać

Jak długo dech będzie zapierać

.

W autobusie życia

Nieznajome oczy

Kilka uśmiechów

I widok zza szyby zachwyca

Czasem przytłoczy

Czasem zabraknie oddechu

.

Wysiądę na chwilę

Na nieznanym przystanę

Odjadą nadzieje

Już są gdzieś w tyle

Następny przystanek

Wiatr zawieje

Kierunek wskaże

.

Wciąż wierzę skrycie

Że nie wyruszę już sama

Że cicho mi coś wróży

I  podsunie mi życie

Kogoś do tej podróży

Kto troski będzie mi zasłaniać

%d blogerów lubi to: