Rozbitek Sobota, Lip 2 2011 

Skrzydła są dla ptasich móżdżków, skrzela dla milczących ryb i szczątkowo kumatych żab. Homo sapiens, choć stworzenie to lądowe, z naturą igrać zwykł i przeciwstawiać się jej prawom. To rozwinąć skrzydła by się chciało, to w wodę głęboką na główkę skoczyć…

Mama Natura nie dała, to człowiek sobie skonstruował. I wzbić się na wyżyny może i w popłynąć po szerokiej wodzie… Byleby się odpowiednio przygotował. Najpierw basen, potem rzeczka, w końcu morze i ocean. Ale egzystencja nie taka znowu przewidywalna i bywa, iż z klifu rzucić się w głębiny musi.

Zakładając, że nie palnie się gdzieś w którąś z czaszki kość, czeka go niesamowita przygoda w obcym dlań środowisku. I albo spocznie, niczym wrak okrętu, na dnie i plankton go pokryje, by w końcu z nim się zespolić i pożywką być dla tubylców, albo pozna brutalne oblicze innego świata i woda w końcu go wypluje niczym stworzenie, lamą nazywane, swe produkty wzmożonej pracy ślinianek w zaciekawionego turystę, na nieznaną dotąd mu wyspę. Pole do popisu, szelf kontynentalny całkiem przyjemny do nurkowania. I ciśnienie nie podskoczy, nie przytłoczy za bardzo, i do powierzchni blisko. Absurdalnie, gdy znajdzie się od razu w równinie abisalnej. Stamtąd to już blisko do rowu, a jak tam się tyłek zaklinuje, a dodatkowego wsparcia tlenowego nie ma pod ręką, to następują komplikacje, serca palipatacje i urazy psychiczne. A i fizycznie zmiany nieodwracalne. Lecz powróciwszy do wersji bardziej realnej…

Trochę jak dzikus w zaroślach, wodorosty w każdym otworze- na dzień dobry posilić się tym może. Na początku lepiej, by unikał tego co się rusza, nie wiadomo, gdzie to się szlajało i czy czegoś nie złapało. Z dala od ryb grubych. Znaczy się obserwacja z odległości, potem można się przyczepić do ogonowej kości… yyy… płetwy i popłynąć hen w dal. Drobne podchody, wnikliwe badania fauny i flory, wciąga w końcu jak wir oceaniczny. Krajobraz wprawdzie obcy, niebezpieczny, ale przeto jaki śliczny! Czysta egzotyka, wręcz erotyka i ezoteryka…

Acz w ciągu dalszym, jakby na to nie patrzeć, środowisko to obce i tymczasowe. Trzeba wypłynąć na powierzchnię, zaczerpnąć powietrza, zaspokoić potrzebę pęcherzyków płucnych. Oskrzela nigdy nie zamienią się w skrzela i do żywych gatunku swojego winno się powrócić, bo obraz coraz ciemniejszy, mniej wyraźny, a w głowie decybele wyimaginowane, szumy jakieś komunikacyjne, gorsze niż opóźnienia PKP.

Fail. Start był wprawdzie niezły, ale przygotowania brak kompletny. Ani butli, ani płetw. I budzi się, Robinson Cruzoe XXI wieku na obczyźnie. Tyłek zmoczył, grunt, że na twardym już i nie utonął jednak. W głowie szum, w oczach świetliki, a w ustach Sahara, jakby się nie starał. Kac moralny- nie ma co, początek idealny. Byleby jakiś Piętaszek się w porę zjawił i nie chciał rozbitka skonsumować niczym taki jeden, co grasował ogniś w Szczecinie. Zregenerować siły musi, nim na wody szerokie wypłynie.

Byleby odpowiedni szaman się po drodze napomknął. Byleby jakoś zespolił tę sience i tę fiction w jedno. Hydrofobia, wszakże silnie już zakorzeniona, na zawsze pozostawi jakiś uraz psychiczny. Ale są i tacy, co adrenaliny będą szukać mokrymi palcami w gniazdku elektrycznym.  Dla nich paniczny lęk stanie się dodatkowym asumptem do podjęcia kolejnych ryzykownych kroków.

Szaman swoje, Kruzoe swoje. I hop, na główkę! Płyyyynieeee! I w głębie się zanurza, cząsteczkami tlenku wodoru pod postacią ciekłą odurza. I wnet zahacza o grzbiet tajemniczego oceanu. Wycieczka z motyką w życiodajny związek chemiczny. Poobijany, połamany- inaczej uroczy i śliczny siada na swej obolałej części ciała, gdzie umiejscowiona jest kość ogonowa i narzędzia wypróżniające przed mądrym szamanem.

Cierpliwy szaman zagłębia się w ocean jego wspomnień i niczym skałki wapienne, na których egzystują filtrujące bezkręgowce oddziela dobre od złego, bezlitośnie czyszcząc werbalnie i chemicznie gąbkowaty narząd w głowie. W międzyczasie Robinson twardo skrobie w drewnie swą łódkę, impregnuje materiał i zdobi go barwami mniej lub bardziej bojowymi.

Jeden falstart, już z płycizny. Byleby tylko nie osiąść na mieliźnie. A że homo sapiens  po szkodzie równie mądrych nie ma sobie, z pełnym ekwipunkiem rusza za linię horyzontu…

Pod warunkiem, że się nie zraził 😉

Żeglarz Poniedziałek, Sty 10 2011 

Dryfujesz po mgle

Samotny żeglarz

Na tratwie z marzeń

Budować chcesz

Nową łajbę

Z nagich wyobrażeń

Już na horyzoncie statek

Widmo twoich wspomnień

Choćbyś zachłysnął się

Ich czarem

Nigdy nie zapomnisz

Choć widzisz go

I uśmiech na twarzy kapitana

Teraz jesteś rozbitkiem

W snach uwikłanym

To fala cię zniosła

Złudne uniesienie

Błądzisz po oceanie myśli

Między nadzieją

A zwątpieniem

%d blogerów lubi to: