Mikrus Piątek, Wrz 6 2013 

Biuro matrymonialne Auto Komis Gorzów Wlkp. Typowe swatanie. Już na mnie czekał, wykupiony z mym nazwiskiem. Cierpliwie stał pośród innych czekając, aż wejdę weń, włożę mu kluczyk do stacyjki, przekręcę nim nieco i wyruszę w świat daleki. No, z tym światem dalekim może i przesadziłam, ale kierunek dżungla (tudzież betonowa) wydaje się być określeniem aż nadto adekwatnym.

Wszystko, co ma swój początek, ma też swój koniec. I bywa, iż nawet związek idealny, z przyczyn od nas niezależnych, w jednej chwili ulega roztrząśnięciu na tysiąc kawałków. Jak światełka w moim Bąbelku, gdy durna baba wjechała mi pięć metrów przed maskę, wymuszając pierwszeństwo i jeszcze, zamiast ratować sytuację, dać gazu i zwiać, to stanęła w poprzek drogi. Dwa i pół miesiąca żyłam okryta żałobą. I żal ten wzrastał we mnie  każdego dnia. Nie dość, że nie miałam mojego Ukochanego Autka, to na dodatek uśmiechać się zwykłam niezwykle szeroko, by ktoś podwiózł mój tyłek szanowny tam, gdzie piechotą dojść nie mogłam (a niby do lata można dojść tym sposobem…).

Żal powoli mijał. Dalej zżerała mnie tęsknota i łza w oku kręciła się, jak ja niegdyś kierownicą mojego Bąbla. Aż tu pewnego (niezbyt pięknego w aspekcie atmosferycznym) dnia zadzwonił telefon: Znaleźliśmy dla ciebie samochód idealny! Sceptycznie nastawiona, bucząc jakieś acha pod nosem, przyjęłam do wiadomości. I nawet, gdy transakcja została dokonana, jeszcze tego nie czułam. Jeszcze go nie widziałam przecież. Tylko kilka zdjęć, a w zdjęciach nie zwykłam się zakochiwać (chyba, że są na nich koty).

Ale pierwsze spotkanie. Oko w lampy… Toż to miłość od pierwszego wejrzenia! Mój. Naprawdę MÓJ. Cudowny, srebrny, zadbany i czyściutki. Mój Nissan Micra. Moje nowe cudowne autko! Weszłam do niego, poczułam jego wygodne siedzenia, obmacałam drążek od skrzyni biegów, przesunęłam palcami po kierownicy, wepchałam łapy do wszystkich schowków i poprzyciskałam co się dało. MÓJ. MÓJ UKOCHANY…

Wspomnieć jeszcze należy o lęku, który zagnieździł się we mnie od czasu wypadku. Przedsmak wygranej poczułam wraz z potem nie do końca dbających o higienę pasażerów autobusu. Jechałam nim pierwszy raz od kilku lat. I OSTATNI. Serio. Wygraną poczułam po piętnastu minutach pierwszej jazdy. Wprawdzie wyjeżdżając z Gorzowa obawiałam się, iż nie doczyszczę tapicerki, bo po prostu coś na niej zostawię śmierdzącego po pierwszej jeździe, jednak mimo dwóch baranów, co mi pierwszeństwo wymusili ( i których Mikrusek nie omieszkał swym sygnałem dźwiękowym uraczyć), wszystko jak ręką odjął.

Mikruś to zgrywus. Już po pierwszej trasie odczułam jego poczucie humoru na moich zatokach. Zgotował mi chłodną, mrożącą krew w żyłach jazdę, czyli klimatyzacja w pełni sprawna- zdychałam prawie tydzień. Drugi psikus był znacznie bardziej bolesny- ja miałam zatkane zatoki, on zaś pompkę od spryskiwacza. I menda tak głęboko miała ją schowaną, że trzeba było ściągać nadkole i zderzak. A że zeszło nam to do zmroku, to stwierdziłam, że mój blaszaczek tak ładnie świeci oczkami, że włączę mu światła. Jego blask mnie kompletnie oślepił i wchodząc do kanału… nie zauważyłam schodka. I w tenże  sposób, niczym wytrawny weteran wojenny, na kampanię wrześniową wkroczyłam kuśtykając, ze skręconą kostką.

Kocham mojego Mikruska, mimo jego niewybrednych żartów.

*** [Dzień, który…] Czwartek, Lip 4 2013 

Dzień, który nigdy nie nadejdzie

Słowo, które nigdy nie zostanie wypowiedziane

Chociaż słońce nie jeden raz znów wzejdzie

Chociaż świat w pyle marzeń pozostanie

.

Pocałunek, który nigdy nie zostanie skradziony

Ciepło nigdy nie dotkniętej dłoni

Choć noc zawsze od światła będzie stronić

Choć lato znów nadejdzie, rozpylając ciepłe wonie

.

Spojrzenia, które nigdy się nie spotkają

Oddechy, których nigdy nie poczują dwa ciała

Chociaż gwiazdy wciąż spadają

Chociaż niektóre marzenia się spełniają

.

Twarze, które nigdy nie ujrzą już siebie nawzajem

Dłonie, które nigdy nie doznają już uścisku

Choć dwa serca biją jednostajem

Choć tak daleko, wciąż jednak blisko

Sztuczny miód Niedziela, Gru 9 2012 

Jest słodki. Przesłodzony aż. Klei się niemiłosiernie. I wygląda jak miód. Ale nie jest prawdziwy. To sztuczny miód.

Naturalny miód powstaje z nektaru. Dojrzewa w organizmie pszczoły, by następnie wydostać się na zewnątrz na plastry. Nikt nikogo nie pogania, wszystko dojrzewa w swoim czasie. Nikt nikogo nie zasypuje sztucznie wyhodowanymi kwiatkami, kusząc nienaturalnie intensywnym, genetycznie podpędzonym kolorem, bądź też uzyskanym przez sztuczny barwnik dolany do wody, w której stały ścięte już kwiaty. To nie swatanie przez starsze pokolenie. Pszczoła sama sobie wybiera najbardziej nęcący kwiatuszek. A i kwiatuszek wydaje sam z siebie woń przyciągającą odpowiednią pszczółkę. Naturalny miód jest zdrowy, choć nie posiada niewiadomo jakich właściwości odżywczych. Ale jest źródłem łatwo wchłaniających się cukrów prostych, które zdrowo osładzają życie. Miodek w pierwszej kolejności, ze względu na swą konsystencję, przepływa sobie dorodnie, potem krystalizuje się w jedną całość. Miody są różne, w zależności o surowca.

Inaczej sprawa wygląda ze sztucznym miodem. Tu pszczółka do miodu nie przyleci. To się klei raczej jak… mucha do ludzkich fekaliów. Na pierwszy rzut oka wygląda całkiem, całkiem. Naturalnie, rzec by można. I w smaku nawet podobny… Chyba, że się go przedawkuje, a to następuje niezwykle szybko.  Cukry proste? Hm, tak. Ale poprzez rozpad cukrów złożonych. A to już skomplikowane. Wszystko, co złożone, jest skomplikowane. Potem trudno to rozłożyć, o ile w ogóle się, oczywiście, da. Z założenia najpierw się komplikuje, żeby potem odkomplikować. Można zaangażować także pszczółki do roboty. Ale składniki już są- cukier i woda. I po co? A potem żyj z takim sztucznym czymś.

Sztuczny miód szybko się przejada. Szybko konsument wyczuwa nienaturalność. I w równie ekspresowym tempie nie ma ochoty mieć nic wspólnego z podróbką… Od chemikaliów i mutacji to tylko choróbska.

Bo najlepiej iść z naturą, poprzez piękny proces i rozkoszować się naturalną słodyczą. Chyba wiadomo, o czym mówię. Nic na siłę, co ma być, to będzie. Kogo mamy spotkać, tego spotkamy. Żadnych związków, żadnych przyjaciół i więzi na siłę… W skrajnych przypadkach, nawet, jeśli są więzi krwi… Ahoj!

Z zasypanego śniegiem Szczecina pisało SITKO! 🙂

Kiedy ogień gaśnie Sobota, List 3 2012 

Kiedy ogień gaśnie

Płomień jeszcze skrzy

Wczoraj pożar marzeń

Dzisiaj kurz

I pył

 

Kiedy ogień gaśnie

Chłód

Ręka drży

Wczoraj gorąc parzył

Dzisiaj dusi

Dym

 

Kiedy ogień gaśnie

Z nieba lekko mży

Wczoraj barw ognistych

Taniec

Przebudzenie

Cichy krzyk

.

.

.

Wygrzebane ze… szkicownika (chyba miałam wenę gdzieś w terenie…;))

Dziurka od klucza Poniedziałek, List 14 2011 

…bo w życiu tak jest, że jeśli nie zamkniesz za sobą jednych drzwi, to nie otworzysz następnych. Możesz oglądać inny świat, świat, który może być twoją nową rzeczywistością, jedynie przez dziurkę od klucza. Co więc powstrzymuje od zamknięcia za sobą tej ruchomej przegrody? Dlaczego tak trudno jest zostawić coś, co sprawia ból, co nijak nam nie odpowiada? Zaraz, a kto powiedział, że coś nie pasuje? Jesteśmy pokoleniem masochistów.

Od dziecka uczą nas bycia nieszczęśliwym. I chociaż podstawowe doktryny nie zmieniają się od lat, stając się wręcz mantrami, to jednak szczęście, do którego dąży człowiek, zdaje się być nie tyle nieosiągalne, co po prostu niemile widziane. Paradoks? Przecież sens życia polega na tym, by być szczęśliwym- a na to każdy ma indywidualny sposób. No właśnie- wielu z nas jest jego świadomych, a jednak, bardziej lub mniej, unika drogi samospełnienia.

Żyjemy w czasach, gdzie życie goni do przodu i nie ogląda się na pojedyncze jednostki. Najłatwiej zwalić winę na dzisiejsze czasy. Ale czy wieki temu było lepiej? Nie było telefonii komórkowej, nie było komputerów, Internetu, powszechnego obowiązku edukacji. Panowała ciemnota, najwięcej do powiedzenia miał kościół (nie to, żebym się czepiała) i przynależąca jemu inkwizycja (jeszcze król, królowa… małpa miała większe prawo głosu, niż wdowa- ale to takie wtrącenie). Kobiety szczęśliwe, wolne, popadały w zniewolenie i lądowały z kamieniem u nogi na dnie rzeki (jeśli były czarownicami, to by wypłynęły; kiedy nie wypływały, świadczyło to o ich niewinności i zbawieniu), albo płonęły na stosie. Za znachorstwo (parzenie melisy, bongo- bongo i te sprawy…), za nierząd (ludzki popęd seksualny- przeto podstawowe potrzeby człowieka od wieków uznawane są jako grzech nieczystości…), za wróżby, jasnowidztwo (ciemne chmury, będzie deszcz). Zasady wciąż te same, chociaż ubrane w inne słowa i insze czyny.

Młodzież się rozhulała. Jasne, kilkadziesiąt lat wstecz wcale nie było seksu przedmałżeńskiego, zdrad i dzieci z łoża antagonistycznego do prawego. Tylko wtedy nazywano (niczemu winne) dziecko bękartem. Dzisiaj panuje teoretyczna tolerancja. Teoretyczna- bo w praktyce każdy wie, jak jest (i niech zabije mózg swój dechami- niech tylko odwróci swoją szanowną banię).

Wszyscy zaczynamy i kończymy w ten sam sposób. Zaczynami od kosmicznego wystrzału małej komórki z ogonkiem od osobnika homo sapiens z ogonkiem, bierzemy udział w pierwszym wyścigu, wżeramy się w taką dużą kuleczkę z kolejnym materiałem genetycznym. Kończymy oddając ostatni oddech. Co jest później- nie wiem. Ja wierzę w reinkarnację. Inni przyjmują filozofię nieba i ziemi. Dla innych nie ma nic. To nieistotne- wszyscy umieramy. I tak, na pewno na łożu śmierci będziemy wspominać godziny tej cudownej harówki, podkładania sobie wzajemnie świń i innych zwierzątek mających w zwyczaju głośno mlaskać przy dużej misce i robić bardzo śmierdzącą kupkę. Na pewno będziemy z satysfakcją wspominać, ile to razy nawzajem uprzykrzyliśmy sobie życie, przeglądać wyciągi z konta i starać się za wszelką cenę jeszcze je jakoś pomnożyć. Nie? No niemożliwe.

Nie chodzi o to, żeby żyć w biedzie. To nie jest szczęście. Ascetyzm był modny w średniowieczu. Sama pracuję, chociaż jeszcze jestem na etapie edukacji. Robię to, co lubię i w czym się widzę przez następne długie lata- bo projektowanie to w dużej mierze sens mojego życia. Ale czy będę wspominać projekty i ich realizacje, umierając? Nie sądzę. Stawiam na ludzi w jakiś sposób mi bliski i bliższy. Stawiam na wspomnienia z nimi. Stawiam na te wszystkie wspaniałe chwile, które RAZEM przeżyliśmy, i które RAZEM przeżyjemy. Jeśli komuś kiedyś dam życie- pewnie będzie to najważniejsza taka osoba, której będę chciała wszystko przekazać. Żeby rozwijać się dalej. Bo rozwijać się, mieć kogo kochać, szaleć, żyć z pasją- to jest szczęście. Ale być szczęśliwym, to nie tylko biegać z głową pośród obłoków, bo w końcu może jakiś piorun trzasnąć- to stąpać twardo po ziemi i skakać jak najbliżej słońca…

Letnie kłamstwa Wtorek, Sier 16 2011 

Lata słodycz mknie ku końcu

Granatowe chmury przysłaniają nieba błękit

Zabierają blask promienny słońcu

Jesień idzie- już nie będzie letniej tęczy

.

I wnet w oczy zawiał wiatr

Po policzku łza już spływa

I pożółkły liść też spadł

I kolejna obietnica- też fałszywa

.

Kilka wspomnień na dobranoc

To kolejnej zimy cisza

Chce zapomnieć- lecz zostaną

W snach czasami je usłyszy

Drzewko Poniedziałek, Lip 4 2011 

Czyli zobrazowanie najbardziej psychodelicznego uczucia, jakie może doświadczyć człowiek. Płótno 50×60 cm, farby akrylowe


Miłość to uczucie głupie- zaczyna się na ustach, a kończy na dupie.

Miłość jest jak sraczka- przychodzi z nienacka.

;]

My (II) Poniedziałek, Lu 7 2011 

Leśne echo uniesie Nas

Znalazł Cię w słońcu bezlitosny czas

Błądziłam wśród drzew wysokich

Z ich liści deszcz na mnie kropił

Choć dawno już przeszły chmury

I przejaśnił się krajobraz ponury

To z koron przysłaniał mi cień

Skończyła się noc, zaczął się dzień

I przedarły liście strużki promieni

Nie ma już błota, nie ma kamieni

Na mojej ścieżce już tylko trawy źdźbła

Idę tu z Tobą, pogania nas wiatr

 

Letnie wspomnienia Czwartek, Lu 3 2011 

Lato odejdzie, wspomnienie zostanie

Przekwitną róże

I ciepły w deszczu taniec

Podczas sierpniowej burzy

Co jesień złocistą wróżył

Już tylko trwać będzie w mojej pamięci

Jak z uśmiechem objęci

Przemoknięci

Uciekaliśmy przez rwącymi niebo piorunami

I choć dni te są za nami

Powrócą słoneczne chwile

I gwiezdne ciepłe noce

Na łąkach pasiastych kolorowe motyle

Cieszyć znów będą oczy

Jeśli jesień nie rozdzieli

I zima śniegiem nie przykryje

Nie zaśniemy w jej chłodnej bieli

Jeśli lata wspomnienie w nas przeżyje

Pamiętaj mnie Czwartek, Lu 3 2011 

Pamiętaj mnie

Chociaż te kilka chwil

W których nieba uchylałam ci

I kradłam słońca promienie

By ogrzać cierpienie

I złagodzić ból

Na zawsze już będę tu

W Twoim wspomnieniu

Na zakończeniu

Drogi Twej

Nawet w uśpionym

Lecie minionym

W oczach jej

I w jej słowach

Cząstka się mnie chowa

Byś ją odnaleźć mógł

Pośród kilku słów

.

Pamiętaj mnie

Czasem Ci się przyśnię

Czasem gdy nadzieja zabłyśnie

Jak oczy me

Gdy wpatrywałam się

W Twój uśmiech

Będę przy twoim ramieniu

Czekać aż uśniesz

I pilnować sen

By nic złego nie przestraszyło w nim Cię

.

Pamiętaj mnie

I pomyśl czasami

Jak było między nami

Chociaż wymyśleliśmy się

Żyjąc złudzeniami

.

Pamiętaj mnie

Bo żyje w Twej wyobraźni

Bo aniołem być Twoim chcę

By było Ci raźniej

Gdy spadnie deszcz

.

Pamiętaj mnie

Bo wszystko Ci wybaczę

Nawet gdy czas zatacza

Kolejne koła

Wspomnienia przywołam

.

Pamiętaj mnie

Choć dawno już nie istnieję

Lecz gdy wiatr zawieje

I twarz Twoją muśnie

Czujność Twa uśnie

To moja ręka na Twym ramieniu

Stoję tuż obok

W tym nieznośnym milczeniu

 

Głos nadziei Czwartek, Lu 3 2011 

Strużka krwi

W czerwonym morzu nadziei

Gdy już pogrzebana wiara

Pośród poległych chwil

I szum nad nią kniei

Wiatr usilnie stara

Wydobyć z nich dźwięki

I wróży z trupiej ręki

Jak stara Cyganka

Oślepła od Słońca

Zmęczona od tańca

Śmierci pragnąca

 

Zrozumienie Środa, Lu 2 2011 

Znów wróciłeś do mych snów

Gdy zasypiam spacerujesz obok mnie

W myślach cichy szept niewypowiedzianych słów

Może kiedyś tak realne staną się

Jak poranny słońca blask

I promienie które każą wstać

Zacząć nowy dzień w świecie marzeń

Rzeczywistość z wyobrażeń

Cienkich nici w myśl wplecionych

Nie wiedziałam czego chce

I kolejne dni odsłony

Zwiastowały chmury cień

Pod moim niebem osobistym

Teraz już wiem

Myśli moje czyste

Znam już swoje pragnienia

Nie będę ich zmieniać

Choćby runąć znów miał świat

Choćby znów minęło parę lat

Przyjmę co mi życie da

 

Podarunek Poniedziałek, Sty 31 2011 

Dziki przyniósł mi Cię wiatr

W cichej pustce echo wniósł

O melodii Twego głosu

Jakby anioł z nieba spadł

Żeby w zagubieniu mógł

Na swych skrzydłach mnie unosić

I polecieć w lepszy świat

Gdzie nie sięga wzrok zawistny

Ani gorycz cudzych słów

W dłoni Twojej kwiat

A w nim czas jest przyszły

Który chcesz mi dać

 

Rozmowy w kuchni 1 Wtorek, Sty 18 2011 

Marta była jakby nieobecna. Owszem, kontaktowała bez żadnych przerw w dostawie prądu z mózgu, żadnych zakłóceń, skoków napięcia… Po prostu nie Marta. Nie żywe srebro, które błyskało co chwilę w innym miejscu i wydawało odgłosu stłuczenia jakiegoś przedmiotu. Zdystansowana, zrównoważona, trochę melancholijna.

Siedziała w kuchni i w skupieniu obierała zielone jabłko, przyglądając się owocowej serpentynie, która powstawała.

-Marta- zagadał Krzysiek, wchodząc do pomieszczenia. –Zaczynam się o ciebie obawiać.

Zatrzymała wbity nóż w miąższu, podniosła brązowe oczy.

-Ale o co chodzi?- spytała.

-Jesteś jakaś… – zaczął.- Jakaś taka…

-Jaka?- wtrąciła mu się w słowo.

-No nie wiem. Po prostu dziwna. –ocenił.- Jesteś za spokojna, jakby bez emocji.

Usiadł naprzeciwko niej, przy małym, nieco zdezolowanym stolikiem. Pierwszą czynnością, przy wprowadzeniu się do mieszkania, wszyscy jednogłośnie wyrzucili wszystkie te ohydne ceraty. Student może i nie za bogaty, ale w jakichś warunkach egzystować winien.

-Znasz to uczucie?- zamyśliła się na chwilę.- Zakochujesz się. Targają tobą wszystkie możliwe emocje. Gdy widzisz tę osobę, dzieje się z twoim ciałem coś dziwnego. Przechodzi ciepło po wszystkich narządach, serce bije ci szybciej, nogi i ręce drżą, nie jesteś w stanie z siebie wydusić słowa… Nic o niej nie wiesz, ba, nawet wcześniej ci się w ogóle nie podobała.

-Z autopsji nie- rzucił. –Ale jak na ciebie patrzałem, jak się męczyłaś…

-A później, gdy druga osoba to już wie- kontynuowała, -zaczyna traktować cię z góry. Pokazywać ci, że tobą włada, gra na twoich emocjach. Kochasz i zaczynasz nienawidzić. Ostentacyjnie zapomina o twoich urodzinach, choć ty o niej pamiętałeś w taki dzień. Ale każdej innej osobie życzy wszystkiego najlepszego. Dla każdego jest miła, dla ciebie chamska. A potem nic nie pamięta. Przy znajomych udaje, że cię nie zna, potrafi cię wyśmiać, gdy się do niej odezwiesz i dogryzać, że przecież to ty udajesz, że jej nie znasz. Pokazuje ci, że może mieć każdą, a gdy ta „każda” kopie ją w tyłek, wraca sobie jak gdyby nigdy nic i znowu zaczyna jakąś chorą gierkę.

-Marta, ja ci mówiłem, że Adam to kretyn.

Marta uśmiechnęła się lekko i zaczęła bawić skórką od jabłka. Jej wewnętrzna część zaczynała już powoli zmieniać kolor na ciemniejszy.

-W pewnym momencie kompletnie się załamujesz i pytasz się, o co jej chodzi. Wymija się, omija tematy. Wiesz jak to boli?

Krzysiek milczał, wpatrywał się w małą posturę z owocem.

-I wiesz co? Przychodzi taki dzień, że nic kompletnie nie czujesz. Patrzysz na to wszystko z dystansem. Ta osoba już nie jest taka idealna, jak ci się wydaje. Jej wszelkie bolesne teksty nie są ani raniące, ani śmieszne. Po prostu są. Jest ci to obojętne. Wreszcie dostrzegasz jej wady, ale jakoś nie wywołują już u ciebie żadnych emocji.

-Marcia, wiesz przecież, że jesteś zbyt wartościową dziewczyną…

Uśmiechnęła się, tym razem szerzej. Pomiędzy pełnymi ustami zalśniły równe zęby.

-Wiem- przytaknęła. –Wiem, Krzysiu. Nareszcie to zrozumiałam. I po prostu zobojętniałam. Po prostu ktoś, do kogoś kiedyś czułeś taką falę emocji, ktoś, przy kimś nie potrafiłeś się zdystansować, ktoś, przy kimś nie byłeś sobą, jest dla ciebie nagle zwykłym przechodniem, który po prostu gdzieś tam sobie idzie. I już nie obchodzi cię, gdzie i dokąd. Nie obchodzi cię, czyim tak naprawdę zdaniem się kieruje. Nie obchodzi cię jego niezrównoważenie i niezdecydowanie. Masz gdzieś jego problemy, nie chcesz już mu na siłę pomagać. Po prostu odnajdujesz siebie…

Och… O cholera… Piątek, Sty 14 2011 

Opowiadanie- wersja skrócona 😉

Uśmiech jego szelmowski. Postura jego poniekąd gigantyczna. W oczach mieniących się odcieniem błękitu paryskiego wybujałe rogi. Para z nosa, jak byk patrzy z ukosa, czerwona płachta. Ja. Nie, nie, nie na czerwono, bo to w stylu raczej nie moim codziennym, raczej odświętnym. A dzisiaj dzień do celebrowania żaden. I ja nie święta, bardziej szurnięta, acz pozory poważnej, zrównoważonej kobiety zachowywać się staram na każdym kroku.

Wzrok pod kątem ostrym. Pod nosem coś mamrocze, przymruża oczy. Poprawia jasną czuprynę. Z jednej strony mam ochotę zwyczajnie, kokieteryjnie podejść do niego i… palnąć mu w łeb. Żeby zatoczył jak nie koło, to przynajmniej coś o kształcie eliptycznym. Albo kopnąć go w miejsce nóg wyrastania, gdzie kręgosłup wieńczy się kością ogonową. Ale z drugiej… Rozpływam się jak mydło pod prysznicem. Cieplutkim prysznicem.

Kubeł zimnej wody, choć to nie lany poniedziałek. Albo awaria w dostawie energii. Nieistotne. Przechodzi, kąciki ust wędrują w stronę tych cholernie błękitnych oczu, udaje, że częściowo nie widzi. A częściowo zerka. Kij ci w ucho, myślę sobie.

Udaje niedostępnego. Przychodzi co do czego, gapi się jak cielę w malowane wrota. I to na fluoroscencyjne kolory, jakby przyzwyczajony do widoku miedzy neonów nigdy nie ujrzało. Jakieś tiki, zdecydowanie nerwowo- bojowe, trochę nieudolne. Jakiś tekst, wzięty od tyłu, bo do przodu ciężko to przypasować…

Rola moja. Odwrócić się na pięcie. Byleby na tym zakręcie równowagi nie stracić, co przy mojej koordynacji (psycho)ruchowej to i tak nie lada wyczyn (mnóstwo tego przyczyn, rozprawiać się nie będę). I nagle słyszę imię swe z ust jego pełnych:

-Matylda!

Udaję, że nie słyszę. W środku jelita mi się trzęsą, wątroba kołysze…  Ale muszę być twarda, wmawiam sobie. Zwieracze muszą trzymać, żeby się nic ze mnie nie wylało. Nie można być nadto wylewnym. Jeszcze jakiś przelew mi by do mózgu poszedł, nabrawszy zaskakującego tempa.

Gramy dalej. Czasami moimi kartami. Czasami jego. Wystają mu te papierki z mankietów. Nawet nie stara się ich jakoś specjalnie ukrywać. Każdy jego ruch jest do bólu przewidywalny, jak na samca przystało. Co więc w nim takiego wyjątkowego?…

Low, onli low Poniedziałek, Sty 3 2011 

„Miłość to uczucie głupie- zaczyna się na ustach, a kończy na dupie”.

Miłość uskrzydla. Lataaaaam… Bum! Ała. Boli miejsce, gdzie kończy się kręgosłup, ta zewnętrzna tylna część miednicy.

Oddech płytszy, puls przyspiesza, szereg reakcji psycho-chemicznych w organizmie. Wyluzuj. To tylko fenyloetyloamina. Wiesz, różnorodność genetyczna, feromony w pocie- dlatego akurat ten. No, tak mówią naukowcy.

Obsesja. Psychoza maniakalno depresyjna- ooo! Gapi się! Euforia. Pisk w mózgu. Nie, nie gapi się. Prozac proszę, mam depresję.

Schizofrenia. Wszędzie go widzisz. Wszędzie go słyszysz. Głosy w twojej głowie, omamy. Mięsień poprzecznie prążkowany serca ci KAŻE. Tak, to schizofrenia.

Osobowość borderline. Ty, zawsze roześmiana, zawsze wesoła, zawsze inteligentna. W jednej chwili głupiejesz, smutniejesz i jesteś swoim odbiciem w krzywym zwierciadle. Do psychiatry, won mi stąd.

Zaburzenia kompulsywne. Żyjesz miłością. Nic nie jesz- karmisz się szczęściem. Naraz chce ci się nim wymiotować. Anoreksja, bulimia- nieważne, do psychologa, jazda.

Bezsenność. Nie śpisz. Snujesz durne marzenia z nim związane. Rano dętka. Zombie z podpuchniętymi oczami.

Fobia. A co jeśli mnie odrzuci? Kurde… Zabiję się… Nie, nie zabiję się. Będzie mi smutno. Zrobie z siebie kretynkę… Lecz się, dziewczyno.

Nerwica natręctw. Jeśli zrobię tak, jego reakcja będzie taka. Nie, może postąpić właściwie w ten sposób… Albo nie. W inny. Albo… O rany…

Objaw błędnego koła. Jeśli się nie odezwę, on też się nie odezwie. Jeśli się nie odezwie, ja też się nie odezwę. Jeśli…

Zakupoholizm. Tak, w tej bluzeczce go uwiodę… Ale do tej bluzeczki przyda się ten naszyjnik… Ale zaraz, to już dokompletuję kolczyki… Hm… może jeszcze ta apaszka pod kolor? Ups… co się stało z moją wypłatą?

Pochwica… Ok., te zaburzenie psychiczne może sobie podarujmy…

Miłość to największe z nieszczęść. Miłość rani.

Miłość się kończy. Miłostki się kończą. Miłość umiera…

Guzik prawda. Miłość zawsze jest, była i będzie. Nigdy się nie kończy, przybiera tylko inną postać i uczy czegoś innego…

Kiedy spojrzysz w niebo Poniedziałek, Gru 27 2010 

Kiedy spojrzysz w niebo

Błękit jego zauroczy

Na obłoku białym anioł

Rzuci promień słońca w twoje oczy

.

Kiedy spojrzysz w niebo

Porwie wzrok twój ptaków klucz

Wiatr otuli twoje ciało

Żebyś ciepło moje poczuć mógł

Żeby boleć już przestało

.

Kiedy spojrzysz w niebo

I zobaczysz tęczy ślad

Kropla deszczu ci wyszepce

Że rozlałam kilka barw

Troski twoje zepchnę

Do kałuży wspomnień

Żeby wyschła w słońcu

Byś zapomniał

Lecz nie o mnie

Nie krzywdź mnie Poniedziałek, Gru 27 2010 

Nie krzywdź mnie

Bo za każdą z moich łez

Życie kiedyś zemści się

Ja upadnę

W twardą ziemię wbiję się

Lecz twój czyn też cię dopadnie

Będziesz cierpieć z każdym dniem

Coraz bardziej

I uparcie pchać do przodu

Głaz na twojej drodze

A na twojej nodze

Kula z moich smutków

Nie pozwoli dalej iść

Płaczę dziś

Jutro będę wstawać

Ból poczujesz ty

I nie z mojej winy

Jakby mogło ci się zdawać

Upadłego poślę ci anioła

Wykorzysta cię

I nie zdołasz

Spojrzeć w oczy jej

Wbije nóż w twe ramię

I uśmiechnie się

Złowieszczo

Dasz jej cząstkę swego świata

Swój plac zabaw

Karuzelę

Będzie mówić że cię kocha

Ściągnie z ciebie resztki sił

I nie mrugnie nawet okiem

Gdy przypomnisz jej jak wiele

Dałeś siebie

Cierp

Teraz cierp

Jak ja

Gdy zniszczyłeś mi

Mój świat

 

 

La bella vita! Poniedziałek, Gru 13 2010 

Kroczyć na cienkiej linie

Nad przepaścią życia

Z głową iść w chmurach

Słońcem się zachwycać

.

Wspinać się po stromych zboczach

Wbijać palce w ostre skały

Zachwycać się miastem po nocach

Przymykać oczy

By złego nie widziały

.

Kochać i szanować

Z wiatrem tańczyć walca

Na fundamentach marzeń budować

Z dziecka uśmiechem

I mądrością starca

.

Uczuć nie ukrywać

I nie szukać w nich logiki

W snach i na jawie bywać

Za głos gorącego serca

Wytrawny toast wznieść i wypić

 

Sen (III) Piątek, Gru 3 2010 

We wspomnieniach

Snach, marzeniach

Śnieg przykrywa świat

Czas zatrzymał się

Myśl wciąż trwa

Stoi w miejscu

Nie chce biec

.

W samotności

Śnie zimowym

Wiatr otula twarz

Cień radości

Zamarznięty chłód już spowił

I melodii brak

.

W ciszy

Zimnym ciele

Nikt nie słyszy

Nie ma wiele

Nie ma nic

Do skrycia

Ogień co się tlił

Gaśnie

Nie ma życia

Samotność o piątej nad ranem Piątek, Gru 3 2010 

 

W środku nocy

W środku zimy

Gdzieś przed siebie

W mróz pobiegnę

Zagubiona

W płatkach śniegu

Zamknę oczy

Nie chcę

By cię widziały

.

Z duszy krople

Biel rumienią

Świat pokrywającą

.

Niebo pęka

Dźwięk przeraża

Na łysych gałęziach

Marzeń wisielce

.

Wróciłeś

Żeby kruszyć

I tak już osłabioną

Duszę

.

.

.

 

Przeprosiny Środa, Gru 1 2010 

Dusza twa ze szkła

Kruszę ją jak lód

Odłamki rozpuszczają się w twych łzach

Ktoś przede mną już ją stłukł

Przecinają Cię na wskroś

Kiedy patrzysz w moje oczy

Ale inną w sercu noś

Choć to blask mój zauroczył

Tak bym Cię pokochać chciała

Jak gorąca jest twa krew

Lecz nie będę w miejscu stała

W inne strony serce rwie

.

 

Kąt-tak-takt Wtorek, List 30 2010 

Fundamenty są. Zaufanie jest. Zbudujmy dom. W domu musi być kanalizacja, żeby nagromadzone odchody ujście miały i nie zatruwały swym zapaszkiem atmosfery. No i elektryka oczywiście- żeby ciągle iskrzyło, odpowiednio zabezpieczona, by nie było zwarć…

Gołąbki, jakie to urocze. Takie młode, naiwne, gruchające. Ta pierwsza faza, kiedy fenyloetyloamina z najpoważniejszego logika, czy mniej poważnego magika robi kompletnego świra. Piękne. Na dachu, z widokiem rozpostartym na szeroki horyzont mają siebie w garści niczym wróble. Jak na gołębie przystało- na wszystko hm… wypuszczają ze swych ptasich kloak strawiony pokarm.

I gniazdko wić poczynają. Przytulne, przestronne, ciasne- w zależności od funduszy i założeń intercyzy, ale własne. Zaufanie to podstawa, taka fundamentowa ława. Od biedy stopa. Ciężka. I Achillesowa- bo jak się weń zrani, to boleć będzie przy najmniejszym bodźcu.

Ściany. Solidne, murowane. Żeby puścić tam przewody kominowe- gazowe (by się nie zatruć trującymi oparami), spalinowe (gdy zadyma jako taka wybuchnie) i wentylacyjne (na wypadek, gdyby któryś z gołąbków za dużo pary z Dziubka wypuścił). I żeby instalacje odpowiednio poprowadzić. Wod.-kan. Od biedy w stropach (żeby tylko później gadania nie było jedno do drugiego, że nierówno pod sufitem ma). Elektryka- koniecznie w tych ścianach.

Kable- miedziane, solidne. Żeby dobrze przenosiły impulsy elektryczne. I gniazdka, żeby zabezpieczyć przed wszelkimi kopniakami. Z takimi dziurkami, żeby móc bolce wsadzić i się połączyć. I jaką radość z tego czerpać… Światło zapłonęło w ciemną noc. Ups… Żarówka się przepaliła.

Kontakty. Koniecznie. Zabezpieczone, żadnych dziur tym razem. Trzeba utrzymywać elektrownię. A właściwie kontakt z nią. I byle bliższy kontakt, jakikolwiek próby rozebrania takowego kontaktu, dotknięcia wilgotną strukturą i może skończyć się tragicznie. I piórka się posypią po takich elektrowstrząsach.

Dach przecieka. Kapie, krople odbijają się o ptasi móżdżek. Drażni niemiłosiernie to echo. Jeszcze gołąbek nie zdaje sobie sprawy, że to jego ślepota taką pustkę wytworzyła. Dziobie w szybę. W drzwiach kraty. To nie gniazdko! To klatka!

Zadziobią się. Wyrwą z siebie cały puch! Zawieja z piór!

Gniazdko się rozpada. Ktoś z gniazdka wyfruwa. Cóż. Gniazdko trzeba zniszczyć. Przede wszystkim całą tą elektrykę. Najlepiej od razu dynamit pod to i w powietrze z dymem puścić. Po co kuć ściany, jeszcze coś będzie wystawać i kopać niespodziewanie…

To była wersja pesymistyczna. Optymistyczna obejmuje solidne gniazdo, złożenie jaj, wysiadywanie ich. Gołąbek przeistacza się w kurę. Domową kurę. Rosołek co niedziela na obiadek, żeby podgrzać rodzinne ognisko, czasem dorzucić koksu lub dolać oliwy. Codzienność. Młode odchować i pozwolić im wyfrunąć. A samemu, w duecie, doczekać opadnięcia piór.

Minione Piątek, List 26 2010 

Nie żałuję żadnej z chwil

Ogień w sercu wciąż się tli

W niespokojnym śnie

Pogrążałam się

Coraz głębiej

I w otchłani myśli ciemniej

Zanurzałam się w wspomnieniach

Z poprzedniego życia

Choć nie widzę cię

Choć marzenie już bezbarwne jest

Obraz zamazuje się i zmienia

Już niepamięć chwyta

W zimne dłonie

Umysł płonie

Ogień myśli konsumuje

Bez wyobrażenia z błędem

Świat na nowo dziś buduję

 

Nie wspominaj Poniedziałek, List 22 2010 

Nie myśl więcej o mych oczach

Nie spoglądaj nigdy w nie

I nie próbuj iść też za mną

Odejść już na zawsze chcę

.

Jeśli kiedyś cię obudzi

Głosu mego dźwięk

Niech twój umysł się nie trudzi

To był tylko sen

.

Nie dotykaj moich dłoni

Na nich noża blady ślad

I nie głaskaj po mej skroni

Jakbyś z nieba właśnie spadł

.

I nie próbuj mnie pokochać

Bo to wejście jest w mój świat

A ja siedzę w przodków prochach

Już na zawsze we mnie ich jest ślad

Scena czwarta Niedziela, Wrz 12 2010 

Akt pierwszy

Scena czwarta- Wolność

Samotnie. Sama. Cholera. Nie chce mi się nic. Dobra, ktoś tam drepcze po mojej głowie.

No ok., masz rację. Są przyjaciele.

Nie, to nie wolność, to niewola samotności.

Dobra, tu też masz rację.

Nie, ale w tym to nie. Jestem wolna. Nie, nie ograniczam sama siebie. Nikogo nie ma. Jest. Mentalnie, nie fizycznie. Co ty pieprzysz? Że jak zapomnę, to się ktoś zjawi? Nie, jest na odwrót. Jak się ktoś zjawi, to zapomnę. I nie wmawiaj mi, że jest inaczej.

No, może masz rację…

A pieprzyć to, na pewno masz rację!

Wolna! Wyrzuciłam ze swojej głowy!!!

O, ktoś puka. Nie, nie spodziewam się nikogo…

Naprawdę miałeś rację!

Tylko w wolności przychodzi miłość… Tak niespodziewanie…

Dziękuję…

Scena trzecia Sobota, Wrz 11 2010 

Akt pierwszy

Scena trzecia- Miłość

„Miłość to uczucie głupie- zaczyna się na ustach, a kończy na dupie”.

Miłość uskrzydla. Lataaaaam… Bum! Ała. Boli miejsce, gdzie kończy się kręgosłup, ta zewnętrzna tylna część miednicy.

Oddech płytszy, puls przyspiesza, szereg reakcji psycho-chemicznych w organizmie. Wyluzuj. To tylko fenyloetyloamina. Wiesz, różnorodność genetyczna, feromony w pocie- dlatego akurat ten. No, tak mówią naukowcy.

Obsesja. Psychoza maniakalno depresyjna- ooo! Gapi się! Euforia. Pisk w mózgu. Nie, nie gapi się. Prozac proszę, mam depresję.

Schizofrenia. Wszędzie go widzisz. Wszędzie go słyszysz. Głosy w twojej głowie, omamy. Mięsień poprzecznie prążkowany serca ci KAŻE. Tak, to schizofrenia.

Osobowość borderline. Ty, zawsze roześmiana, zawsze wesoła, zawsze inteligentna. W jednej chwili głupiejesz, smutniejesz i jesteś swoim odbiciem w krzywym zwierciadle. Do psychiatry, won mi stąd.

Zaburzenia kompulsywne. Żyjesz miłością. Nic nie jesz- karmisz się szczęściem. Naraz chce ci się nim wymiotować. Anoreksja, bulimia- nieważne, do psychologa, jazda.

Bezsenność. Nie śpisz. Snujesz durne marzenia z nim związane. Rano dętka. Zombie z podpuchniętymi oczami.

Fobia. A co jeśli mnie odrzuci? Kurde… Zabiję się… Nie, nie zabiję się. Będzie mi smutno. Zrobie z siebie kretynkę… Lecz się, dziewczyno.

Nerwica natręctw. Jeśli zrobię tak, jego reakcja będzie taka. Nie, może postąpić właściwie w ten sposób… Albo nie. W inny. Albo… O rany…

Objaw błędnego koła. Jeśli się nie odezwę, on też się nie odezwie. Jeśli się nie odezwie, ja też się nie odezwę. Jeśli…

Zakupoholizm. Tak, w tej bluzeczce go uwiodę… Ale do tej bluzeczki przyda się ten naszyjnik… Ale zaraz, to już dokompletuję kolczyki… Hm… może jeszcze ta apaszka pod kolor? Ups… co się stało z moją wypłatą?

Pochwica… Ok., te zaburzenie psychiczne może sobie podarujmy…

Miłość to największe z nieszczęść. Miłość rani.

Miłość się kończy. Miłostki się kończą. Miłość umiera…

Guzik prawda. Miłość zawsze jest, była i będzie. Nigdy się nie kończy, przybiera tylko inną postać i uczy czegoś innego…

W nim Środa, Lip 14 2010 

W nim myśl zaklęta

Tylko dla mnie

Do odczytania

W tym co pamięta

Z którym nie będzie

Rozstania

W nim ciche natchnienie

Gdy nadzieja ucieka

Łapie i przynosi

Delikatnie

Na rękach

W jego objęciach

Tego

Któremu zawdzięczam

Puste Sobota, Mar 6 2010 

Kilka pustych dni

Parę łez

I oczekiwanie

Martwe chwile

Cichy deszcz

Czarno-białe zasypianie

Kilka pustych lat

Pobrudzone szyby

Nie przebija przez nie

Słońca blask

Życia smak

Mdły i nieprawdziwy

Przyzwyczajenie Niedziela, Lip 5 2009 

Przyzwyczajenie

Poranne tchnienie
Wytrwały blask
Przebudzenie

Obok ciebie puste miejsce
Mnie już nie ujrzysz
Ciche będzie me odejście

Przyjdzie zapomnienie
Po kilku łzach
To nie była miłość
Zwykłe przyzwyczajenie

%d blogerów lubi to: