Był pierwszy, ale jak to w życiu bywa, z pierwszą miłością człowiek się rozstaje. Tolerancyjny, zawsze posłuszny, nawet, gdy nie dawał rady, ledwo zionął, był spragniony- nigdy nie odmówił mi posłuszeństwa. Moja pierwsza blaszana miłość. Mój Bąbelek. Moje kochane autko…

Tekst ten powstał, żeby uczcić pamięć Bąbelka, mojego kochanego maluszka. Był malutki, niezwykle zgrabny i posłuszny, w kolorze czerwonym, perła. Tak pięknie się mienił w słońcu (jak był czysty- to w sumie nie zdarzało się aż tak często). W sumie dalej Bąbelek jest, niestety czekając na rzeczoznawcę mobilnego, który „na 99% orzecze całkowitą szkodę”, choć już nie tak zgrabny, wstępnie z wgniecioną maską, błotnikiem i zderzakiem, rozwaloną lampą i chłodnicą. Szkoda. Tyle z nim przeżyłam.

Pierwszy raz tylko ja i on. Nigdy nie zaburczał, gdy klęłam jak szewc za kółkiem. Nigdy nie kazał mi się zamknąć, gdy śpiewałam. Ba, nawet radia nie kazał pogłośnić.

Serce jego, silnik, dostrajało się do mojego nastroju. Im więcej we mnie adrenaliny było, tym głośniej wył jak wilk do księżyca. To z nim pierwszy raz pocisnęłam, ile dała fabryka (aż mu żyłka pękła i musiałam impulsator mu wymienić- tak mu ze mną dobrze było na wysokich obrotach, że nie chciał mnie uświadamiać).

Bąbelek uwielbiał, gdy delikatnie jeździłam dłońmi po jego kółeczku, gdy chwytałam pewnie jego drążek i zmieniłam nim biegi. Uwielbiał mnie, a ja jego. I nawet, gdy skrzynia, od tego jego zgrabnego drążka odmówiła mi posłuszeństwa w trasie, to jednak pozwolił mi dojechać do Szczecina, by potem na awaryjkach, ostatnimi tchnieniami, przezeń przejechać.

Bąbluś był moim przyjacielem. Nigdy nie narzekał, zgrabnie trąbił i hamował. Nie obrażał się, gdy był zawalony papierami, projektami, puszkami po energetykach i paczkami po fajkach, czy gdy upaćkałam mu tapicerkę. A jakże szczęśliwy był, gdy tą muskałam rurą od odkurzacza.

Ten jeden, jedyny raz Bąbel nie wyrobił. Zapamiętam tę datę do końca życia- 11 czerwca 2013. Wracaliśmy z uczelni. Ja, Ola i Bąbelek, naturalnie. Po dwa pasy w jednym kierunku, oddzielone pasem zieleni. Ja na pierwszeństwie. Na skrzyżowaniu, na torach tramwajowych, widzę jakieś auto. Coś mnie dźgnęło. Zwolniłam, jechałam jakieś 40 km/h. I nagle, w ostatniej chwili, wyskakuje jakaś baba w tym aucie, ja po hamulcu, ona- zamiast gazu- hamulec i stoi w poprzek. A Bąbelek, na hamulcu, próbuje się bronić. Wykręcam lekko, bo ta stoi i gapi się jak szpak w dupę, za przeproszeniem. Jebut. Bąbelek skasowany. Pinda głupia w tym oplu tylko lekkie wgniecenie.

Formalności, ganiania i te de- szkoda mi nerwów, żeby pisać. Jeszcze tylko na policję się wybrać muszę, by wysępić nagranie z monitoringu z ostatnich chwil życia mojego Bąbla. Ale przynajmniej jego organy pójdą na przeszczep, a serduszko jego, silnik, będzie jeszcze przez lata wyło.

Cały czas mam wrażenie, że Bąbelek stoi pod kamienicą, że czeka, aż zejdę, włożę mu kluczyk do stacyjki i gdzieś pojedziemy sobie w trasę. Tylko ja i on…

Pamięci Bąbelka, Fiata Seicento,

Rest In Peace, 11.06.2013