Zniknięcie Poniedziałek, Paźdź 7 2013 

A gdyby by tak zniknąć, zapaść się pod ziemię? Zmienić miejsce pobytu, tożsamość, wygląd. Zacząć wszystko od nowa, ze starymi doświadczeniami i wiedzą z nich płynącą? Kto by nie chciał?…

Żadnych telefonów, żadnych listów poleconych, żadnych wiadomości na fb. Żadnych przypadkowych spotkań z nieprzypadkowymi osobami, żadnego pukania do drzwi. Czasami wyłączam wszystkie urządzenia elektroniczne i udaję, że nie istnieję. Przynajmniej dla innych. Ot, owijam się kocykiem, ciepła kawka z mlekiem, szkicownik lub książka. I ja. Tylko ja. I czasem wpada do głowy myśl, żeby się od wszystkiego odciąć raz na zawsze.

Przez lata wiążemy supełki. Nie każdy chce się od razu roplątywać. A później to już zwyczajnie się nie chce i nie widzi się takiej potrzeby. Ot, było, minęło, baj baj. A potem, jesiennym wieczorem, pomiędzy upierdliwym, acz słodkim, miauczeniem kota i wrzaskami bijących się koszatniczek o pierwsze miejsce w kółeczku nachodzą takie myśli- co by było, gdyby ciocia miała wąsy (acz są i takie, które mają). Takie trzaśnięcie w głowę poplątanym sznurem.

Jesienna chandra? Może, gdzieś pomiędzy bombardowaniem serotoniny w słoneczny dzień, zastrzykami adrenaliny na szczecińskich ulicach i ciszą nocną, która tak rzadko wita, gdy egzystuje się w centrum betonowej dżungli.

Jeździ się to tu, to tam, styka z różnymi środowiskami. Kółko wzajemnej adoracji na warszawskich salonach, słodko uśmiechający się celebryci do obiektywów aparatów, paparazzi bombardujący światłami, że padaczki idzie dostać. Siedzę, popijam Martini, obok mnie Mateusz Damięcki z dziewczyną i się pytają, jak się bawimy (notabene- pokaz mody Cold Love Mariusza Przybylskiego- długa historia, jak się tam znalazłam-  a potem siebie na zdjęciach z portalów plotkarskich). Rozglądam się dookoła, jeszcze do końca nie wiem, co tutaj robię, odpowiadam. Jednorazowe wejście może i przyjemne w taki światek, ale co za dużo, to i świnia nie zje. Szczerząca się do wszystkich panna, co z gołym tyłkiem gdzieś tam pozowała, połykająca wzrokiem każdego reportera jak panienka z agencji towarzyskiej męskie klejnoty i wymachująca torebką od Louis Vuitton. Ale to taka chwila, gdy wtapiasz się w towarzystwo i jesteś zupełnie inną osobą, nikt nie pyta cię o żadne egzystencjalne problemy. Chwila oderwania.

A gdyby tak oderwać się na zawsze? Wylecieć gdzieś do Australii, zaszyć się wśród wiecznie naprutych misiów koala, wdychać miłą woń eukaliptusa. I zacząć swoją historię od nowa. Bo czasu się nie cofnie, a nawet, gdyby się cofnęło, to i tak popełnimy dokładnie te same błędy co kiedyś. Bo cofamy się do pewnego etapu młodzieńczej głupoty i niepohamowanego apetytu na robienie gaf. Bo życie to nauka. A każde miejsce to szkoła. A ja już chcę skończyć ten etap edukacji…

Farmakon naszych czasów Niedziela, Wrz 15 2013 

Internet to taki trochę pająk. Wybiera dogodny kącik i tka tą swoją sieć. A potem już tylko czekać, aż jakaś mucha zwabiona byle odchodem tknie jedną z nici. I im bardziej będzie się starała wyplątać, m bardziej będzie się wierzgać, tym bardziej będzie zagłębiać się w kolejne warstwy tej swoistej tkaniny…

A tkanina to porządna, bowiem wytrzymałość jej pięć razy mocniejsza od stali. I potrafi rozciągnąć się o jakieś 40 procent bez rozerwania. Co z takowej tkaniny robimy? Maski, to po pierwsze. Bo Internet to swojego rodzaju teatr. Tutaj każdy coś gra. Każdy coś udaje. Każdy chce się pokazać. Tu objawia się maska ludzkiej natury: narcyzm, chęć zwrócenia na siebie uwagi. I nie ma co się burzyć- tacy już jesteśmy. Tylko gorzej z przyznaniem się do tego, a już zwłaszcza przed samym sobą.

I zasłony szyjemy. By jak najbardziej odizolować się od świata zewnętrznego. Czasem człek spojrzy gdzieś na zewnątrz, czasem kogoś podpatrzy, by zaraz wejść na odpowiedni spotted i spłodzić przykrą wiadomość. Bo jakim innym przymiotnikiem można to nazwać? Języka bozia nie dała? I choć czytam te wypociny, jak mam zły humor, żeby poprawić sobie nastrój, że inni mają jeszcze większe problemy ze sobą, to jednak mam chwile refleksji i współczucia, jak bardzo można się czuć wyobcowanym we współczesnym świecie. I nagle zanika gdzieś moja alienacja spowodowana przemieszczaniem się z miasta do miasta od jakichś 23 lat (albo i więcej…).

Ale tkaniny z tych sieci potrafią być niezwykle pożyteczne i piękne, wzorzyste. Bo gdzie indziej znajdziemy takie skupiska ludzi z pasją? I na dodatek otwarte i darmowe? Bo trzeba zaznaczyć, że Internet to skarbnica DARMOWEJ wiedzy. Gdyby nie ten cały przeklęty Internet, zapewne zniechęciłabym się po paru latach słuchania od niektórych osób o bezsensowności moich zainteresowań. A tak udało mi się znaleźć ludzi, od których nie dość, że czerpię motywację, to jeszcze wiedzę. Co nie zmienia faktu, że nadal kocham książki…

Czasami tkanina ma dziury. I przez te dziury czas przemieszcza się niespostrzeżenie. Dziurą jest facebook. A już zwłaszcza wszelkiego rodzaju kulki, które zamrażają moje szare komórki. Ale oprócz tych szarych komórek zamrażają także neurony, obniżają poziom kortyzolu i adrenaliny, także nie jest tak źle…

I na koniec jeszcze pomarudzę. Internet powinien być ograniczony. Gdy niedojrzała osoba zaplątuje się w sieć, nie wróży to niczego dobrego. A skąd to wiem? Ano, z autopsji. Niejedną głupotę zrobiłam, niejednokrotnie sprałam sobie mózg, niejedne poglądy, błędne, stereotypowe i krzywdzące przyjęłam. I dużo czasu zajęło mi wyplewienie tych chwastów z mojej głowy.

Także tego… Jak z winkiem- żadnych jaboli, tylko górno półkowe. A już najlepiej domowe (mniam). Wszystko jest dla ludzi- byle z umiarem. Pasje, wiedza, zainteresowania, rozrywka- jak najbardziej. Kontakty interpersonalne- niekoniecznie. Błogosławieństwo, gdy nie ma innej drogi konwersacji. Przekleństwo, gdy nie chce ruszyć się części ciała zawierającej kość ogonową i zwieracze…

Mikrus Piątek, Wrz 6 2013 

Biuro matrymonialne Auto Komis Gorzów Wlkp. Typowe swatanie. Już na mnie czekał, wykupiony z mym nazwiskiem. Cierpliwie stał pośród innych czekając, aż wejdę weń, włożę mu kluczyk do stacyjki, przekręcę nim nieco i wyruszę w świat daleki. No, z tym światem dalekim może i przesadziłam, ale kierunek dżungla (tudzież betonowa) wydaje się być określeniem aż nadto adekwatnym.

Wszystko, co ma swój początek, ma też swój koniec. I bywa, iż nawet związek idealny, z przyczyn od nas niezależnych, w jednej chwili ulega roztrząśnięciu na tysiąc kawałków. Jak światełka w moim Bąbelku, gdy durna baba wjechała mi pięć metrów przed maskę, wymuszając pierwszeństwo i jeszcze, zamiast ratować sytuację, dać gazu i zwiać, to stanęła w poprzek drogi. Dwa i pół miesiąca żyłam okryta żałobą. I żal ten wzrastał we mnie  każdego dnia. Nie dość, że nie miałam mojego Ukochanego Autka, to na dodatek uśmiechać się zwykłam niezwykle szeroko, by ktoś podwiózł mój tyłek szanowny tam, gdzie piechotą dojść nie mogłam (a niby do lata można dojść tym sposobem…).

Żal powoli mijał. Dalej zżerała mnie tęsknota i łza w oku kręciła się, jak ja niegdyś kierownicą mojego Bąbla. Aż tu pewnego (niezbyt pięknego w aspekcie atmosferycznym) dnia zadzwonił telefon: Znaleźliśmy dla ciebie samochód idealny! Sceptycznie nastawiona, bucząc jakieś acha pod nosem, przyjęłam do wiadomości. I nawet, gdy transakcja została dokonana, jeszcze tego nie czułam. Jeszcze go nie widziałam przecież. Tylko kilka zdjęć, a w zdjęciach nie zwykłam się zakochiwać (chyba, że są na nich koty).

Ale pierwsze spotkanie. Oko w lampy… Toż to miłość od pierwszego wejrzenia! Mój. Naprawdę MÓJ. Cudowny, srebrny, zadbany i czyściutki. Mój Nissan Micra. Moje nowe cudowne autko! Weszłam do niego, poczułam jego wygodne siedzenia, obmacałam drążek od skrzyni biegów, przesunęłam palcami po kierownicy, wepchałam łapy do wszystkich schowków i poprzyciskałam co się dało. MÓJ. MÓJ UKOCHANY…

Wspomnieć jeszcze należy o lęku, który zagnieździł się we mnie od czasu wypadku. Przedsmak wygranej poczułam wraz z potem nie do końca dbających o higienę pasażerów autobusu. Jechałam nim pierwszy raz od kilku lat. I OSTATNI. Serio. Wygraną poczułam po piętnastu minutach pierwszej jazdy. Wprawdzie wyjeżdżając z Gorzowa obawiałam się, iż nie doczyszczę tapicerki, bo po prostu coś na niej zostawię śmierdzącego po pierwszej jeździe, jednak mimo dwóch baranów, co mi pierwszeństwo wymusili ( i których Mikrusek nie omieszkał swym sygnałem dźwiękowym uraczyć), wszystko jak ręką odjął.

Mikruś to zgrywus. Już po pierwszej trasie odczułam jego poczucie humoru na moich zatokach. Zgotował mi chłodną, mrożącą krew w żyłach jazdę, czyli klimatyzacja w pełni sprawna- zdychałam prawie tydzień. Drugi psikus był znacznie bardziej bolesny- ja miałam zatkane zatoki, on zaś pompkę od spryskiwacza. I menda tak głęboko miała ją schowaną, że trzeba było ściągać nadkole i zderzak. A że zeszło nam to do zmroku, to stwierdziłam, że mój blaszaczek tak ładnie świeci oczkami, że włączę mu światła. Jego blask mnie kompletnie oślepił i wchodząc do kanału… nie zauważyłam schodka. I w tenże  sposób, niczym wytrawny weteran wojenny, na kampanię wrześniową wkroczyłam kuśtykając, ze skręconą kostką.

Kocham mojego Mikruska, mimo jego niewybrednych żartów.

Znaki, przypadki, wpadki i wypadki Czwartek, Maj 16 2013 

Są znaki, których nie sposób przeoczyć. Oczywiście wszystko można zwalić na przypadek, Bogu ducha winny los, partactwo hydraulika i inne, zgoła odległe czynniki. No i jeszcze prawo Eddiego czy Murphiego. Bo jak już kupka na wierzch wyjdzie, to i inne smrody wonią swą niezbyt delikatnie o istnieniu swym znać dadzą…

Zaczęło się tragicznie. Bo jakim epitetem określić odejście na zawsze bliskiej Osoby? Tylko tragicznym. Pomimo spokoju na zimnej twarzy, pomimo ciszy, którą zostawił, odszedł. Odszedł człowiek, na zawsze. Bliski. Bardzo, bardzo bliski. Akurat pakowałam ostatnie rzeczy do auta, by przewieźć je na nowe mieszkanie, akurat sprzątałam ostatnie brudy na starym. Akurat wtedy. Siadłam ze ścierką w ręku i ryczałam jak durna. Czyjeś życie się skończyło. Część mojej historii się skończyła… W pamiętny Wielki Piątek (kolejny przypadek?).

Nowe mieszkanie. Ładne, żadnych problemów z sąsiadami (?!). Tylko… A tu pralka się zepsuła. A tu okno rozregulowane. A to młynek w kiblu coś zatrzeszczał. Ok., poprzedni mieszkańcy zdemolowali, nie zrzucę tutaj winy na nic innego niż przypadek. No i ciężko, żebym w takim momencie była w pełnej regulacji.

A tu bach! Kanaliza wybiła. Oj, naprzeklinałam się niczym szewc podczas pasji swojej szewskiej. Następnego dnia szanowni, nieco upośledzeni, jak się okazało, państwo, u których wynajmowałam wcześniej mieszkanie, okazali się zwykłymi oszustami. Ale to się przełknąć jeszcze jakoś da. Ale nie da się już przełknąć świństwa osoby, której uratowało się życie, której non stop się pomagało, bez względu na to, w jakie problemy się pakowała (kat, komornik, rozwodnik z przeszłością i inne, nie mniej barwne). Rzekoma przyjaciółka okazała się zwykłą, pazerną na cudze pieniądze świnią, do tego mało rozumną.

Sytuacja z wybuchową kanalizacją względnie opanowana. Jakoś zaczyna się wszystko układać. Aż tu pewnego dnia, wybija ze zdwojoną siłą. Dosłownie parę minut później dostaję wiadomość na facebooku. Treść jakże patetyczna, jakże wzruszająca. I jakże (przepraszam) kurewsko nasycona manipulacją. Zachowując oryginalną pisownię, poprzez kopiuj- wklej, brzmi ona następująco:

Hej Agatko, pomijając czasy przeszłe, które nas wiele nauczyły. Z głębi serca przepraszając za słabość odczuwania i brak zaufania, które spowodował błędy, chciałbym Ciebie poprosić o przebaczenie. Głęboko wierzę, że Twoja osobowość w końcu eksplodowała pełnią wiary w siebie i niezależności w działaniu i myśleniu. Byłaś wspaniałą kobietą, jednak oboje byliśmy niedojrzali, ale mam nadzieję, że poprzez nienawiść do mnie której doświadczyłaś stałaś się dużo, dużo silniejsza. Z całego serca życzę Tobie wszystkiego dobrego.

Pierwsze: nie wierzę, kpina jakaś. Reakcja? No chyba cię pojebało, weź spierdalaj. Blokuję. Osobnik, który zjechał mi psychikę na długie lata, coś, co przyczyniło się do śmierci mojej najbliższej osoby (a w każdym bądź razie przyspieszyło jej drogę na tamten świat), coś, co próbowało mnie skłócić z kochanymi rodzicami, bratem i resztą rodziny, coś, co próbowało mnie zniszczyć, próbuje szukać punktu zaczepienia, dosłownie, jak kiedyś, pięć, sześć lat wcześniej. Nie wierzę w tą bezczelność. Nie ogarniam, jak można po takich rzeczach, czynach mieć czelność, by próbować nawiązać kontakt. Wiele jestem w stanie wybaczyć. Ale NIGDY krzywdy moich bliskich. NIGDY. Sorry Winnetou, dziewiętnastu lat już nie mam. Już tak durna nie jestem. Ciśnienie w górę, coś na uspokojenie i wyżywanie się na wszystkim wokół.

Z kanalizacją dalej problem, powoli, systematycznie ryzykując kretem, zaczyna wracać do normy. Ale jeszcze pewnie trochę potrwa…

Podwójne dno Niedziela, Kwi 14 2013 

Dna można dotknąć, można się na nie stoczyć, lub systematycznie iść. Można je osiągnąć, zostać tam i szukać drugiego dna- bo czasami dno bywa podwójne. Lec rzekł bowiem, iż kiedy znalazł się na dnie, usłyszał pukanie od dołu. A i nurka niejednego Rugie dno pochłonęło…

Depresja to powierzchnia położona poniżej poziomu morza. Tak mnie przynajmniej na geografii w szkole kiedyś uczono. Podchodziliśmy do mapy przy tablicy i prezentowaliśmy nasze, niejednokrotnie, intelektualne dno, wpadając przy tym w stany depresyjne.

Dno bywa bagniste, zamulone. Stąd wszak człowiek, który dotknął, nie wnikam już czym, dna omawianego, bywa nieźle przymulony i przeciążony życiem. Abstrahując już od odmiennego ciśnienia, niż na terenach wyżej położonych, na stan taki, psycho – fizyczny, składa się również znacznie zmieniona gęstość powietrza. Atmosfera zwiększa swoją objętość na centymetr sześcienny, a jakby tego jeszcze było mało, na dnie zbierają się wszelakie gazy cięższe od powietrza, włączając w to wszelkie pierdy i pierdoły, które poniżej pewnego poziomu stają się nadto uciążliwe.

Można podcinać sobie gałąź, na której się siedzi. Można też samemu wykopywać sobie dół. Masochista taki, częstokroć świadomość jego bywa ograniczona przez różnorakie czynniki zewnętrzne i wewnętrzne, lubi sobie jeszcze dokopać narzędziem, które służy mu poniekąd do owego kopania, a także dosypać się materiałem, w którym zwykł dziurę wiercić.

Można również długo stać na skraju takiego doła. Zastój w jednej pozycji powoduje zesztywnienie postaci, przez co łatwo takiego delikwenta, poprzez lekkie tknięcie popchać w dół. Desperat sam w nie skacze.

Dół ma znaczenie symboliczne, także w wierze zdominowanej przez piękny nasz kontynent (i nie tylko). Religioznawcą nie jestem, leniem za to, któremu nie chce się zagłębiać w tajniki odmóżdżających wyznań, wszak zdaję się, że na dole przesiaduje niejaki diabeł i smaży złe dusze.

Długotrwałe przebywanie w dole grozi dalszym zapadaniem się powierzchni, jak i tworzeniem się osypów. Przydatna będzie jakaś pomocna dłoń lub konsultacja ze specjalistą.

Tyle na ten temat, choć mogłoby być zdecydowanie więcej, ale mi też zdarza się mieć doła i właśnie takowego mam, więc z dołu dziękuję…

Gówniarz Niedziela, Lu 10 2013 

Chociaż udaje, że gówno go wszystko obchodzi, gówno wie, łyka byle gówno i o byle gówno się obraża. Gówniana sprawa, gdyż w każdym z nas jest jakaś część gówniarza…

Babcia, pamięci świętej, moja, powiadała: nie czepiaj gówna, bo gówno śmierdzi. Każdy śmierdzi. I nie chodzi o bakterie uwalniające z siebie zapaszek z miejsc, gdzie gruczoły potowe pracują nad wyraz intensywnie. Każdy czasem ma humorek, roztaczający ciężką do zniesienia aurę, zatruwającą powietrze. I każdy przechodzi okres, w którym cisza przed burzą dominuje na co dzień (kobiety do starości, niestety… ale tylko w określonych odstępach czasowych, w miarę łatwych do przewidzenia).

Gówniarz gówno wie i niestety, łatwowierny niezwykle jest. Nie sprawdzi faktów dokonanych, bazuje na wyobrażeniach swych, zrodzonych i stworzonych na podstawie gestu, żartu, czy autonomicznego zachowania, zupełnie o kant dupy rozbić powiązanego z daną korelacją. Gówniarz, opierając się na kilku słowach i zachowaniach, kompletnie ignorując pozostałe zaistniałe sytuacje, stworzy obraz daleki od dzieł Rafaela Santi, barwny niczym twórczość Van Gogha i uparcie się go trzyma.

Gówniarz lubi gierki i zabawy. W końcu domena to jego dojrzałości. A raczej kwaskowatości. Nie są to gierki wszak nieszkodliwe dla otoczenia, typu Diablo, The Sims i inne. Gra nie wydaje też żadnych dźwięków, nie licząc może cichego szlochania. To gra na emocjach. Czyichś emocjach. Paradoksalnie, gra destrukcyjna dla obu stron, bowiem trąci to sportem i odbijaniem piłeczki.

Gówniarz stara się ominąć gówno, które zrobił. Jakkolwiek zawsze na podeszwie się ono znajdzie. I zawzięcie, jako własność, nosić będzie, starając się, aby Boże broń nie odpadło. I o ile to obuwie codzienne, w miarę upływu czasu i poruszania się naprzód, gówienko schodzić będzie. Gorzej, jeśli to okazjonalne… Założył na randkę pantofelki, wdepnął w co nieco, i na każdej randce kadzi… Pewnie za którymś razem trafi na trawkę, albo przywita do czyjegoś domu i będzie musiał buciki wytrzeć, ale nigdy nie wiadomo…

Gówniarz nie wybacza. W zasadzie jak ma wybaczać coś, co nigdy się nie wydarzyło- poza jego wyobraźnią. Bo ten co z gównianego wieku wyrósł wie, że błędy domeną ludzkości są, a ponadto, doskonale szkolą i hartują charakter. Dorosły wie, że jeśli ktoś rani, to dlatego, że nie jest świadomy. Że nie wie. Że nie zdaje sobie z czegoś sprawy. Jest mu przykro, że ktoś zadał mu ból. Ale żyje dalej. I nie jęczy na facebooku, że Alzheimera nie ma i Jezusem nie jest. Nie, nie zapomina, ale w pewnym momencie ma to tam, skąd gówno wychodzi. I rozumie. Nawet jeśli nie ma co rozumieć . Nie smrodzi komuś, nie ma takiej potrzeby. A już tym bardziej, nie sra komuś w życie.

Z górki na pazurki Niedziela, Gru 23 2012 

Każda jazda wiąże się z jakimś ryzykiem. Droga, na której się skupię, winna być dobrze nawilżona i śliska, aczkolwiek bezpieczna. A w warunkach wyżej wymienionych, należy zachować szczególną uwagę i zasadę ograniczonego zaufania… Droga nigdy nie jest pewna, nawet jeśli jest prosta i bez większych dziur, czy też kolein. Ale za prostym odcinkiem zawsze jest jakiś zakręt, może wyjechać jakiś intelektualnie upośledzony kierowca z otępiałą uwagą, bądź też wyskoczyć niespodziewane zwierzątko…

Najbezpieczniej jechać na ręcznym. Wbrew nazwie, bez hamowania, wymaga wzmożonego wysiłku i w wyprawie brać może udział tylko kierowca, obecność pasażera nie jest konieczna. Niekoniecznie występuje pisk (opon), zatrzymanie i ulga- zawsze (no, zazwyczaj). Trochę trzeba się napracować, ale efekty są widoczne już po paru minutach.

W przypadku, kiedy kierowca nie jest sam, a zwłaszcza, jeśli bierze pasażera na gapę, powinno się zadbać o odpowiednią wulkanizację. I nie chodzi tylko o to, czy są to opony letnie, czy zimowe. Przede wszystkim muszą być pewne i z pewnego źródła, bez dziur (które cyrklem zrobiła pani w kiosku), przetrzymywane w odpowiednim miejscu i temperaturze, nieprzeterminowane. Ogumienie jest istotne, gdy nie zna się do końca pasażera (kierowcy). Albo, gdy któreś ma coś na sumieniu. Proces wulkanizacji w bieżącym przypadku jest JEDNORAZOWY.  Nie odwracamy gumki na lewą stronę i nie używamy jej ponownie. Przerażające w dzisiejszych czasach jest przekonanie, że skoro kobieta zabezpiecza się tabletkami antykoncepcyjnymi, to nie trzeba gumki. Trzeba. Jak się kogoś niedostatecznie zna, TRZEBA. No, chyba, że chcemy być nosicielami chorób wenerycznych czy jakichś (ś)wirusów. Droga wolna. Inspekcja Dróg i Transportu na fotelu ginekologicznym będzie miała robotę, a koncerny farmakologiczne klienta. No, i nie wiadomo, jak później z potomkami będzie, jak się nie myśli zawczasu.

W przypadku stałego związku warto pomyśleć nad zmianą paliwa na bardziej ekologiczny. Instalacja przebiega pod nadzorem lekarza, jest w miarę bezpieczna i przebiega bez komplikacji. Ryzyko zawsze jakieś jest, tak jak w przypadku instalacji gazowej, może nastąpić awaria, a w przypadku zagalopowania się i sklerotycznych skłonności, organizm może przejść na tryb normalny i wypadek gotowy. Na szczęście, rzadko się to zdarza.

Można zastosować smary. Ale takie specjalne, co zabijają takie małe żyjątka z ogonkami. Na pewno jest to metoda lepsza, aniżeli przewidywanie pogody, dnia i godziny. Majowie pomylili się co do 21 grudnia 2012 roku. Kobieta zazwyczaj myli się częściej i nieprzewidywalna jest, jak pogoda (nie to, żeby mężczyźni nie byli… ;)).

Można jeszcze wbudować sobie ogranicznik prędkości. Robi się to chirurgicznie, zazwyczaj jest to odwracalne i nie ma jakichś specjalnych skutków ubocznych (poza trwałą bezpłodnością- ale: jest zabawa, jest ryzyko).

No i zostaje jeszcze ostre hamowanie. Ale to bardzo niebezpieczne. Pamiętajmy, że nawierzchnia jest mokra i śliska, a i czas hamowania wydłużony. Oby nie doszło do kraksy…

Zdrowych i wesołych świąt Bożego Narodzenia, bezpiecznych wypraw do rodziny, pozbycia się wszelkich animozji- czas na to jest idealny. Pamiętajmy- życie jest tylko jedno, jest nam dane, to najpiękniejszy prezent, nie skopmy go jakimiś żalami, abominacjami, porażkami i czym tylko. W życiu trzeba DOŚWIADCZAĆ. Ale przede wszystkim trzeba kochać i wybaczać, nawet idiotom (tylko po prostu ich unikać). Bez chamstwa, bez plot, bez pomówień. Szczęśliwości!

SITKO

Sztuczny miód Niedziela, Gru 9 2012 

Jest słodki. Przesłodzony aż. Klei się niemiłosiernie. I wygląda jak miód. Ale nie jest prawdziwy. To sztuczny miód.

Naturalny miód powstaje z nektaru. Dojrzewa w organizmie pszczoły, by następnie wydostać się na zewnątrz na plastry. Nikt nikogo nie pogania, wszystko dojrzewa w swoim czasie. Nikt nikogo nie zasypuje sztucznie wyhodowanymi kwiatkami, kusząc nienaturalnie intensywnym, genetycznie podpędzonym kolorem, bądź też uzyskanym przez sztuczny barwnik dolany do wody, w której stały ścięte już kwiaty. To nie swatanie przez starsze pokolenie. Pszczoła sama sobie wybiera najbardziej nęcący kwiatuszek. A i kwiatuszek wydaje sam z siebie woń przyciągającą odpowiednią pszczółkę. Naturalny miód jest zdrowy, choć nie posiada niewiadomo jakich właściwości odżywczych. Ale jest źródłem łatwo wchłaniających się cukrów prostych, które zdrowo osładzają życie. Miodek w pierwszej kolejności, ze względu na swą konsystencję, przepływa sobie dorodnie, potem krystalizuje się w jedną całość. Miody są różne, w zależności o surowca.

Inaczej sprawa wygląda ze sztucznym miodem. Tu pszczółka do miodu nie przyleci. To się klei raczej jak… mucha do ludzkich fekaliów. Na pierwszy rzut oka wygląda całkiem, całkiem. Naturalnie, rzec by można. I w smaku nawet podobny… Chyba, że się go przedawkuje, a to następuje niezwykle szybko.  Cukry proste? Hm, tak. Ale poprzez rozpad cukrów złożonych. A to już skomplikowane. Wszystko, co złożone, jest skomplikowane. Potem trudno to rozłożyć, o ile w ogóle się, oczywiście, da. Z założenia najpierw się komplikuje, żeby potem odkomplikować. Można zaangażować także pszczółki do roboty. Ale składniki już są- cukier i woda. I po co? A potem żyj z takim sztucznym czymś.

Sztuczny miód szybko się przejada. Szybko konsument wyczuwa nienaturalność. I w równie ekspresowym tempie nie ma ochoty mieć nic wspólnego z podróbką… Od chemikaliów i mutacji to tylko choróbska.

Bo najlepiej iść z naturą, poprzez piękny proces i rozkoszować się naturalną słodyczą. Chyba wiadomo, o czym mówię. Nic na siłę, co ma być, to będzie. Kogo mamy spotkać, tego spotkamy. Żadnych związków, żadnych przyjaciół i więzi na siłę… W skrajnych przypadkach, nawet, jeśli są więzi krwi… Ahoj!

Z zasypanego śniegiem Szczecina pisało SITKO! 🙂

(Po)wołanie Środa, List 21 2012 

(Po)wołanie

Malować może każdy. Fotografować może każdy. Śpiewać i każdy może (jedni lepiej, ja może trochę gorzej…). Pisać każdy może. I biegać. Ale nie każdy może być malarzem. Nie każdy może być fotografem. Nie każdy może być śpiewakiem. Ani pisarzem, dziennikarzem, ani biegaczem…

Tak jak jedna wódka przyjaciół nie czyni (a beczka soli, jak przysłowie głosi), tak najdroższe farby olejne, pędzle z końskiego włosia i podobrazie z najwyższej jakości płótna malarzem nie czyni. Lustrzanka za osiem tysięcy i powstająca na baczność niczym żołnierz na apelu męska część ciała w spodniach na widok modelki, fotografem nie czyni. Śpiewakiem nie uczyni mega mikrofon i głośniki Yamahy-srachy do odsłuchu. Trzeba mieć to COŚ. Coś więcej, aniżeli warsztat, który jest niezwykle ważny. Coś więcej, aniżeli pociąg (i każdy inny środek komunikacji). Talent. Trzeba mieć talent. Wyczucie i smak.

Gniot na płótnie się nie utrzyma.  Rodzaj sztuki, na który większość jednak jest wyczulonych, nawet ci mniej wrażliwi na estetykę. I ze śpiewaniem bez głosu też nie przejdzie. A z fałszem tym bardziej. Zeżrą cię jak sępy padlinę, gdy na jutjubie fałsz swój opublikujesz. Ludzie wyczuwają fałsze, fałszerstwa i oszustwa. Ale odkąd aparat cackiem dostępnym dla arystokratów już nie jest, w Internecie, dwoi się i troi od pseudofotografów, którzy po prostu dobijają osoby o jakiejś mniej lub więcej fachowej wiedzy o sztuce. Nie sprzęt się tutaj liczy, ani znajomość programów graficznych. Tu liczy się oko. A nie obiektyw horrendalnie drogiej lustrzanki (wolę kurcze swoim seicakiem popierdzielać, notabene, sportstingiem i hybryda dziewięćsetki i tysiąc sto, aniżeli ośmieszać się na forum badziewiem z dobrego sprzętu). Biedna studentka jestem (no, ok., rodzice hojnie mnie sponsorują, za co  będę im do końca życia wdzięczna- serio, każdemu życzę takich kochanych i wyrozumiałych parentsów, chociaż zrozumiałam to po latach 🙂 ).

Czym różni się artysta od pseudoartysty? Ano, na początku artysta przede wszystkim pracuje. Mit o osobach uzdolnionych, zadufanych w sobie, właśnie zostaje obalony. Osoba, która jest wybitna, potrafi krytycznym okiem spojrzeć, ocenić, nie zawsze pozytywnie, ale zawsze konstruktywnie. Prawdziwy artysta, czy to malarz, czy fotograf, pisarz czy architekt, nigdy nie będzie zachwycony do poziomu „och, ach jestem wspaniały” nad swoim dziełem. Zawsze będzie coś, co go będzie drażnić, choćby pasowało do całości (jeszcze nie zrobiłam projektu, z którego byłabym całkiem zadowolona, choćby był to projekt na piątkę, a i takie się zdarzały, jak jakimś cudem przezwyciężyłam niechęć do systemu edukacji i oddałam w terminie; i nigdy takowego nie zrobię. Zawsze coś wynajdę). Pseudoartysta zaś, przekonany wszem i wobec o swoim talencie, nadzwyczajnych umiejętnościach, kosztach włożonych w narzędzie, wyżej będzie srał, aniżeli swój odbyt miał (wiem, kolokwialne, ale cóż, prawdziwe i dobitne- odbytnie?). Nic, że ortografia, gramatyka, stylistyka, interpunkcja, leksyka i inne będą padać jak deszcz w lesie tropikalnym. Nic, że nie ma nic do powiedzenia w innych sprawach. Nic, że z rowka między pośladkami swe opinie brać będzie jak owsik do otworu gębowego. Nie. On jest ARTYSTĄ.

I tu jedno ale: artysta to człowiek renesansu. Inteligentny. Konstruktywny. Nieco niezrównoważony emocjonalnie (często i to bardzo), acz przyznaje się do tego. I nie robi z tego halo. Nie udaje świętoszka, potrafi wyrazić swoje opinie, a nie łgać w oczy otwarte, jaki to on święty (i pier… nieustawny w życiu codziennym). Mówi jedno, choćby irracjonalne i dokładnie to samo robi. Pseudoartysta robi to drugie. Nie wiadomo co.

I na deser o przyjaciołach. Przyjaciel doceni, gdy podasz mu rękę. Nie będzie ciągnął za resztę ciała w stronę doła, by wydoić jak krowę na pastwisku i zakopać jak morderca zwłoki. Przyjaciel to także nie osoba, z którą raz wódki się napijesz i będzie cacy. Nie, z nim beczkę soli zjeść trzeba. Znać go długo trzeba. A nie „jeb!” w drzwi, na „proszę” nie poczeka (choć oddajesz się być może intymnym uniesieniom z ukochanym), choć widziałeś/aś go razy parę (ale raz wypito) i stoi w progu, i pieprzy, i soli nie na temat. Nie. I nie doprowadzi cię do stanu, gdzie musisz zaczerpnąć pomocy farmakologicznej (choć za godzinę musisz wsiąść za kółko i przebijać się przez pierniczony, zakorkowany Szczecin, gdzie jeżdżą jak w każdym wielkim mieście- czyli wiadomo jak). NIE.

Sztuka wyrywania Sobota, List 3 2012 

Zrywa się kwiatki, zrywa się jesienią wiatr, który zrywa liście, które tworzą nawierzchnię nieprzyjazną postaci w butach na cienkim podwyższeniu, zwaną szpilką bądź obcasem. Zrywa się też więzi- emocjonalne i cielesne. A wyrywa się zęby. I wbrew pozorom, ma to więcej ze sobą wspólnego, aniżeli by się wydawać mogło.

Najłatwiej jest z mleczakami. Takie pierwsze ząbki, wiadomo, kiedyś wypadną i wyrosną w tym miejscu nowe, silniejsze i większe. Takie pierwsze miłostki z piaskownicy- wyrosły wprawdzie w wielkim bólu, przedzierając się bezlitośnie przez dziąsło, ale nikt o tym tak naprawdę nie pamięta (poza rodzicielką, która przez kolejne noce wpychała w buzię gryzaczka, z każdą kolejną nocą coraz bardziej przypominającą upiór z wigilii Wszystkich Świętych). Ładnie wyglądały, u niektórych było za słodko i się podpsuły, ale ostatecznie same zmuszały do pierwszych samodzielnych decyzji- zrobienia pętelki jak z szubienicy z nitki, zaciśnięcia wokół szyi delikwenta i- tu dwa są sposoby- przyczepienia końcówki do klamki i trzaśnięcia drzwiami, bądź też mężnego pociągnięcia sznurka jak spłuczki w starym stylu.

Stałe zęby sprawiają już nieco więcej problemów. Można oczywiście zrzucić winę na nie same, ale- jak zawsze w przypadkach, gdy coś się psuje- wina leży po obu stronach. Nie wnikając w sprawy win i innych alkoholi, ząb zaczyna się psuć. Najpierw coś boli. Apap, Ibuprom, Ketonal (artykuł ten zawiera bowiem lokowanie produktów). Niby ból uśmierzony, niby wszystko jest na dobrej drodze. Ale to tylko pozory. Jak już się zaczęło psuć, to się nie odpsuje. Zaczyna coś śmierdzieć. I wtedy podejmujemy pierwsze kroki w kierunku uzdrowienia związku (dziąsło- ząb).

Leczenie. Idziemy do specjalisty, co zna się na tych sprawach. Szuka problemu, bowiem nie zawsze on jest widoczny- czasem próchno widać już na wstępie, czasem jest ukryte gdzieś głębiej, pod szkliwem. Bądź co bądź, wygrzebać to musi, oczyścić atmosferę i założyć plombę. Ołowianą, co widać będzie za każdym razem, jak się spojrzy (ale trwała jaka za to- co nas nie zabije, to wzmocni przecież!), albo taką białą, światło utwardzalną. Wygląda całkiem zacnie, kryzys więc wyleczony i zamaskowany. Acz mankament ma jeden- lubi wypadać i czuć dziurę, pustkę i niesmak. A gdy rana jest otwarta, łatwo takową zainfekować. O wtedy się zaczyna…

Wyrywanie. Ostateczność, gdy już śmierdzi i gnije. Na ogół czynność ta następuje po znieczuleniu, rzadko kiedy na żywca czy innego browara. Ukłucie w bok (dziąsła w tym przypadku) i człowiek w sterylnym fartuchu o osobowości o tyle znanej, ile anonimowej, przystępuje do makabrycznego zabiegu. Wyrywanie jest ostatecznością. Przeważnie wcześniej nasza twarda część w ustach jest zatruwana, martwa, ale JEST.

Najgorzej, jeśli usuwany jest ząb przedni. Brak jest widoczny dla każdego, protezka, implant- nieuniknione. Trzeba szukać zastępstwa. Nie dość, że komfortu brak, to jeszcze estetyka dyskusyjna. W przypadku wyrwanego kła następuje dodatkowa komplikacja- ani nic ugryźć, ani nic nadgryźć, a zgryzota zostaje. Najlżej, jeśli chodzi o tylne. Owszem, czuć, ale przynajmniej nie widać i nie ma konieczności uzupełniania ubytku- można z tym wszakże żyć. Nie za wygodnie, ale przynajmniej spokojnie.

Najciekawsze są przypadki tak powszechnie zwanych ósemek. Oznaka dojrzałości i mądrości (w końcu to ona im patronuje). Co ciekawe, wymagają najwięcej pielęgnacji u większości ludzi, gdyż zwykły się psuć jako pierwsze. Niektórym nigdy nie wyrastają. Niby są potrzebne. Ostatecznie można bez nich się obyć- nie odczuwając przy tym jakichkolwiek dysfunkcji. Wyrywanie takiego delikwenta może skończyć się zwichnięciem szczęki i innymi powikłaniami. Te usuwać najlepiej pod wpływem głupiego Jasia i chirurgicznie na dodatek, za pośrednictwem adwokata.

Należy pamiętać, iż w dzisiejszych czasach zawsze można znaleźć substytut dla ubytku. Protezy- wymienne, wyglądające jak naturalne, bardziej trwałe- implanty, przykręcane bezpośrednio do kości szczęki- nic nie widać, nic nie słychać, choć to jednak zastępstwo… 😉

Zrozum babę, chłopie ;) Czwartek, Sier 23 2012 

Czyli jak zrozumieć kobietę 😉

Zrozumienie kobiety jest znacznie prostsze, aniżeli zdawać by się mogło. Wcale, a w ogóle, nic a nic, nie jesteśmy jakoś szczególnie skomplikowane. A że diabeł kryje się w szczegółach, na owych się w poniższym tekście skupię.

HUMORKI I WAHANIA EMOCJONALNE

Hasło jak najbardziej niezrozumiałe dla przedstawicieli płci męskiej. A proste do zrozumienia jak budowa cepa. Dzierżak, ten dłuższy kij, to nasz cykl miesięczny, zaś bijak to dominujący aktualnie hormon. Bijemy nadmiarem estrogenów. Biją one i nas, głównie po głowie, po naszych przednich zderzakach i brzuchu. A chodźcie sobie z takimi mega bolesnymi zakwasami przez tydzień czy dwa. Albo właściwie połamani jak przy grypie i gorączce. Też marudzicie, nieprawdaż? Tylko grypa jest sezonowa, a na PMS mamy sezon comiesięczny. Nasze cudowne genetycznie mutowane jedzonko wcale nie pomaga, wręcz przeciwnie- ok. 10 do 15 % kobiet cierpi na PCO, często bardzo późno diagnozowane, bo szanowni lekarze wszelkie anomalia uważają za jak najbardziej normalne u młodych kobiet. A potem dopiero jest kuku.

Powiadają ponadto, by nie wchodzić pod szpilki kobiecie z okresem, bo mężczyzna sam może krwawić. Takie to dziwne? A wyobraźcie sobie kopniaki po klejnotach przez klika dni. To tak obrazowo.

HISTERIA ZŁAMANEGO PAZNOKCIA

Syndrom ten kiedyś bardzo długo tłumaczyłam kumplowi przy piwie. W skrócie chodzi o to, że przez powiedzmy 2-3 tygodnie robimy wszystko jak najdelikatniej, opuszkami palców, pilnujemy się jak pies ogrodnika jabłek, ścieramy pilniczkiem jak gryzoń ząbki na gałązkach (lub kablach, jak w przypadku moich koszatniczek), jedna mała chwila nieuwagi… i po całym wysiłku. Paznokieć hodowany przez kilkanaście dni nie odrośnie dnia następnego. Takie są prawa natury i smutna rzeczywistość.

FOCHY

Tu będzie ciężko jak z cegłówkami na plecach (a nosiło się na materiałoznawstwo w technikum w celu ulizania pewnej części ciała nauczycielce ;)). Ciężko mi coś powiedzieć na ten temat, bo ostatniego foszka puściłam ponad rok temu i właściwie nie wiem, dlaczego 😉

PAMIĘTLIWOŚĆ

Kluczem do zapamiętywania jest emocjonalność. Jeśli podchodzi się do czegoś z pasją, wiedzę chłonie się jak gąbkę. Jeśli ktoś zalezie za skórę, emocje nie są słabsze, aniżeli przy pasji. A winę za to ponosi nasza…

EMOCJONALNOŚĆ

Bowiem kobieta to stworzenie niezwykle uczuciowe i emocjonalne. Pretensje do Mamusi Natury. Bo my musimy martwić się o potomstwo (a jak go nie mamy, to podświadomie się do tego przygotowujemy), o jego przetrwanie w miejskiej/ wiejskiej dżungli, pośród cwanych małp, przypakowanych goryli, żerujących hien i ścigających się szczurów. My się lubimy opiekować, tak już jesteśmy skonstruowane. Co nie oznacza, oczywiście, że nie lubimy, kiedy ktoś i o nas dba. Bo to powinno działać w dwie strony, taka homeostaza.

FEMINIZM

Taka fanaberia dojrzewających i zakompleksionych, usiłujących za cenę wszelaką udowodnić swą pozorną wyższość, jeszcze bardziej uwidaczniając swą niższość. A wszystkiemu winne są…

KOMPLEKSY

Ale na ten temat nie ma co się nadto rozpisywać, bowiem, Panowie drodzy, znacie to doskonale z autopsji i możecie twardo w zaparte się wypierać, ale zbyt wielu z Was puściło już mi parę z buźki na te tematy 😉

PLOTKI

I tu nie ma co się zagłębiać- jakoś tak się składa w całość, jak się z Wami pogada. O najlepszych i najsmaczniejszych, tudzież najpikantniejszych kąskach z życia znajomych, jakoś zawsze od Was się dowiaduję 😀 Wszelako natura Człowieka już tak działa, że lubi czasem poobrabiać części poniżej kręgosłupa, tudzież kość ogonową jako jego zakończenie i okolice zwieraczy innego Homo Sapiens 😉

ZAKUPY

A to akurat zrozumiałam stosunkowo niedawno. Ale tego zachwytu, samozadowolenia w nowej kiecce po prostu nie da się opisać. No nie da, sorki 😉 Babska próżność, ot co, chyba tak będzie najkrócej.

ECRU, LATTE I INNE DZIWNE KOLORY

Za to proszę winić czasy prehistoryczne, jak mężczyźni musieli zauważyć zwierzynę zza krzaków, a kobiety doprawiały ją różniastymi, wielobarwnymi przyprawami. Tak nam zostało.

„DOMYŚL SIĘ”

Tutaj bardzo przepraszam, ale do dzisiaj nie mogę się domyśleć, o co w tym chodzi…

ZAMIŁOWANIE DO PEDANTYZMU

A do tego jeszcze nie dorosłam. I chyba z moją artystyczną duszą nigdy nie dorosnę 😛 Ale żeby nie było- wyszorowałam dzisiaj Bąbelka (moje autko), odkurzyłam w nim (koszatniczki mi sajgon zrobiły, po ostatniej prawie 300- kilometrowej- w dwie strony- wycieczce z klatką z tyłu), i przeczyściłam plaką kokpit. Niefortunnie spadł deszcz, a jakże, a ja już zdążyłam zostawić puszkę po energetyku na półeczce…

To tyle na dzisiaj 😉

Dziurka od klucza Poniedziałek, List 14 2011 

…bo w życiu tak jest, że jeśli nie zamkniesz za sobą jednych drzwi, to nie otworzysz następnych. Możesz oglądać inny świat, świat, który może być twoją nową rzeczywistością, jedynie przez dziurkę od klucza. Co więc powstrzymuje od zamknięcia za sobą tej ruchomej przegrody? Dlaczego tak trudno jest zostawić coś, co sprawia ból, co nijak nam nie odpowiada? Zaraz, a kto powiedział, że coś nie pasuje? Jesteśmy pokoleniem masochistów.

Od dziecka uczą nas bycia nieszczęśliwym. I chociaż podstawowe doktryny nie zmieniają się od lat, stając się wręcz mantrami, to jednak szczęście, do którego dąży człowiek, zdaje się być nie tyle nieosiągalne, co po prostu niemile widziane. Paradoks? Przecież sens życia polega na tym, by być szczęśliwym- a na to każdy ma indywidualny sposób. No właśnie- wielu z nas jest jego świadomych, a jednak, bardziej lub mniej, unika drogi samospełnienia.

Żyjemy w czasach, gdzie życie goni do przodu i nie ogląda się na pojedyncze jednostki. Najłatwiej zwalić winę na dzisiejsze czasy. Ale czy wieki temu było lepiej? Nie było telefonii komórkowej, nie było komputerów, Internetu, powszechnego obowiązku edukacji. Panowała ciemnota, najwięcej do powiedzenia miał kościół (nie to, żebym się czepiała) i przynależąca jemu inkwizycja (jeszcze król, królowa… małpa miała większe prawo głosu, niż wdowa- ale to takie wtrącenie). Kobiety szczęśliwe, wolne, popadały w zniewolenie i lądowały z kamieniem u nogi na dnie rzeki (jeśli były czarownicami, to by wypłynęły; kiedy nie wypływały, świadczyło to o ich niewinności i zbawieniu), albo płonęły na stosie. Za znachorstwo (parzenie melisy, bongo- bongo i te sprawy…), za nierząd (ludzki popęd seksualny- przeto podstawowe potrzeby człowieka od wieków uznawane są jako grzech nieczystości…), za wróżby, jasnowidztwo (ciemne chmury, będzie deszcz). Zasady wciąż te same, chociaż ubrane w inne słowa i insze czyny.

Młodzież się rozhulała. Jasne, kilkadziesiąt lat wstecz wcale nie było seksu przedmałżeńskiego, zdrad i dzieci z łoża antagonistycznego do prawego. Tylko wtedy nazywano (niczemu winne) dziecko bękartem. Dzisiaj panuje teoretyczna tolerancja. Teoretyczna- bo w praktyce każdy wie, jak jest (i niech zabije mózg swój dechami- niech tylko odwróci swoją szanowną banię).

Wszyscy zaczynamy i kończymy w ten sam sposób. Zaczynami od kosmicznego wystrzału małej komórki z ogonkiem od osobnika homo sapiens z ogonkiem, bierzemy udział w pierwszym wyścigu, wżeramy się w taką dużą kuleczkę z kolejnym materiałem genetycznym. Kończymy oddając ostatni oddech. Co jest później- nie wiem. Ja wierzę w reinkarnację. Inni przyjmują filozofię nieba i ziemi. Dla innych nie ma nic. To nieistotne- wszyscy umieramy. I tak, na pewno na łożu śmierci będziemy wspominać godziny tej cudownej harówki, podkładania sobie wzajemnie świń i innych zwierzątek mających w zwyczaju głośno mlaskać przy dużej misce i robić bardzo śmierdzącą kupkę. Na pewno będziemy z satysfakcją wspominać, ile to razy nawzajem uprzykrzyliśmy sobie życie, przeglądać wyciągi z konta i starać się za wszelką cenę jeszcze je jakoś pomnożyć. Nie? No niemożliwe.

Nie chodzi o to, żeby żyć w biedzie. To nie jest szczęście. Ascetyzm był modny w średniowieczu. Sama pracuję, chociaż jeszcze jestem na etapie edukacji. Robię to, co lubię i w czym się widzę przez następne długie lata- bo projektowanie to w dużej mierze sens mojego życia. Ale czy będę wspominać projekty i ich realizacje, umierając? Nie sądzę. Stawiam na ludzi w jakiś sposób mi bliski i bliższy. Stawiam na wspomnienia z nimi. Stawiam na te wszystkie wspaniałe chwile, które RAZEM przeżyliśmy, i które RAZEM przeżyjemy. Jeśli komuś kiedyś dam życie- pewnie będzie to najważniejsza taka osoba, której będę chciała wszystko przekazać. Żeby rozwijać się dalej. Bo rozwijać się, mieć kogo kochać, szaleć, żyć z pasją- to jest szczęście. Ale być szczęśliwym, to nie tylko biegać z głową pośród obłoków, bo w końcu może jakiś piorun trzasnąć- to stąpać twardo po ziemi i skakać jak najbliżej słońca…

Puszczanie latawców Środa, Paźdź 26 2011 

Puszczają się nerwy, puszczają się bąki i fruną w przestworza nad wyimaginowaną łąką pod ciepłą kołderką w romantyczne zimowe wieczory. Puszczają się panny, puszczają się bańki i zniekształcają eliptycznie (a czasem nawet epileptycznie) widok. Puszczają w telewizji, w radio- medialna prostytucja. Puszcza się latawce, by wirowały wśród podmuchów wiatru (jakież to poetyckie i romantyczne). Puszcza Notecka (pierwsza, która do głowy mi przyszła). I Bukowa, w Szczecinie (łaaadniutka, polecam na wycieczkę- jedno z niewielu miejsc uroczych w tym mieście). Puszczają się ptaki kolorowe, pawie oka, z sałatki jajecznej, chipsów i innych przekąsek, zazwyczaj o kwaśnym zapachu i zabarwieniu jego woni alkoholem…

A życie to podpuszczanie. Diabelskie kuszenie, jak faceta obcisłymi rajstopkami.  Chwila nieuwagi, salsa hormonów i (nie)szczęście gotowe. Łyk adrenaliny- byleby poszedł układem pokarmowym, a nie gdzieś w okolicy tchawicy zbłądził, bo w płucach to gorsze od asfaltu z dymu tytoniowego (btw. wolę nie znać stanu swoich płuc…).

Co za dużo, to i świnia nie zje. A nie daj Siło, w którą święcie wierzysz (nie daj Energio- bowiem entuzjastka fizyki kwantowej ze mnie), organizm nie przyzwyczajony do tego typu substancji. Jak nie pawik, to zabawa z rozstrojem żołądka. I później albo uraz, albo kolejne, mniej lub bardziej (bo jednak zawsze), destrukcyjne uzależnienie.

Puszczanie nie jest wcale takie złe, jak fonetyka jego wskazuje. Synonim puszczalstwa, zwany popularnie odpuszczaniem, wywołuje nad wymiar miłe skojarzenia. Grzechy, na przykład. Można je odPUŚCIĆ  (choć zwolennikiem zwierzania się jakiemuś facetowi za dziwną kratką w pojemniku, który konstrukcyjnie przypomina mi szalet polowy, nie jestem- ale to już tylko moje zdanie- nikomu go nie narzucam). Jak coś nie wychodzi, to lepiej sobie odPUŚCIĆ. A jak się wolno (lub szybko- co kto lubi) puści, to może samo wróci, albo się inne rozwiązanie pojawi.

Zazwyczaj do czynności puszczenia popycha siła i opór. Tak, tak. Żeby coś (o)puścić, należy najpierw kurczowo trzymać (a później skąd reumatyzm i skoliozy… zwłaszcza te psychiczne). Żeby coś dopuścić (do siebie), najpierw trzeba trzymać się (kurczowo) z daleka od danej informacji. Można też sobie też wszystko, ale to kompletnie WSZYSTKO odpuścić i się nieźle zapuścić (w maliny, przykładowo- smaczne kąski, ale jak się kolce w nieodpowiednie części ciała wbiją, to już nie jest tak słodko i uroczo).

Tak więc, moi Drodzy, puszczajmy, odpuszczajmy, dopuszczajmy do siebie, prawdę przede wszystkim, nie zapuszczając się za bardzo przy tym, wpuszczajmy nowości do drzwi zacnej naszej egzystencji, a gdy miejsce odpowiednie się znajdzie, zapuszczajmy lekko korzenie (lekko- żeby potem nie bolało jak na fotelu stomatologicznym- wprawdzie nigdy tego nie doświadczyłam, ale się nasłuchałam 😉 ).

To tak na chwilę obecną, bo zapuściłam się w projektach, papierach, pracy, uczelni, urokach, zauroczeniach (?) i innych sprawach przyziemnych 😉

Gniazdko Czwartek, Wrz 22 2011 

Ze znalezieniem idealnego mieszkania jest jak z szukaniem partnera idealnego. Najpierw człowiek wynajmuje jakieś lokum, dorabia się (doświadczeń, przede wszystkim), bierze kredyt (tudzież głównie zaufanie) i kupuje gniazdko…

Pewnych decyzji pochopnie się nie podejmuje. Najlepiej zwiedzić pewną ilość obiektów kubaturowych, nim zdecyduje się którekolwiek nająć. Najem wiąże się przeto z jakąś umową, kosztami, czynszami i eksploatacją (jak również z ewentualnymi szkodami). Lepiej zawczasu się upewnić, czy tynk z sufitu rano nie znajdzie się na naszym zacnym licu i czy hydraulika spełni swe przeznaczenie.

Czasami cena jest na tyle korzystna, że człowiek nie patrzy aż tak bardzo na estetykę i inne warunki. A tu ogrzewanie pada, elektryka ze zmęczenia siada i… ładuje taki homo sapiens więcej, aniżeli to wszystko warte. No, ale umowa podpisana została. A wypowiedzenie nie tak od razu- później najemca może przez czas jakiś, niekoniecznie bliżej określony, ścigać jak wiedźma na miotle.

Bywa i tak, iż wszystko wygląda zgoła idealnie, czynsz znośny, warunki niczego sobie, już zdecydowany człek cyrograf z wynajmującym podpisać. I tu nagle bach! Niespodziewane koszty… A to tyle za to, a to kaucja, a to pośrednikowi biura matrymonialnego… Nie te progi, potknęło się człowieczątko. I dalej szuka…

Trafia się okazja. Kręci się nosem, marudzi, ale w końcu umowę podpisuje…. I nagle się- jakże niespodziewanie- okazuje, że mieszka się całkiem sympatycznie. I w pewnym momencie nawet wyprowadzać się nie chce… Bach! Kredyt- a w niektórych przypadkach i kapitał już zebrany, mieszkanko kupione. Jest już własne gniazdko…

Są i takie przypadki, gdzie mieszkanko z pokolenia na pokolenie przechodzi, swą historię ma. Od dziecka wie się, że nigdzie indziej mieszkać się nie będzie. I częstokroć scenariusz okazuje się kluczowym elementem przedstawienia, którego się nie zmienia i nie dubluje. Ale nawet jeśli, nie ma to jak wyjechać, pozwiedzać i wrócić… No, ale ile ludzi, tyle siedzeń, a opinia jak siedzenie- własną każdy ma.

Co nagle, to po diable- każda decyzja winna być dokładnie przemyślana. Chyba, że ktoś z natury powsinoga i na zasadzie chybił-trafił działa… Ale w miłość od pierwszego wejrzenia to ja nigdy nie uwierzę 😛

Prawdy Niedziela, Sier 28 2011 

Powiadają, iż prawda jest goła część ciała, na której zwykł człek siadać i nic więc dziwnego, iż wielu ludzi ją tak szerokim łukiem omija przez wrodzoną pruderię. Sama prawda wszak porównywana jest, podobnie jak i opinia, do tej samej części ciała, złożonej z pośladków- nic więc dziwnego, że ile ludzi tyle prawd, gdyż każdy ma własną…

Witamy w rzeczywistości XXI wieku, gdzie prawda rozsiewana jest z prędkością porównywalną do tej świetlnej, głównie poprzez impulsy elektryczne. Witamy w rzeczywistości, gdzie fałsz jest jedną z dróg łatwiejszych i częściej obieranych, gdzie ludzie nie oszukują tyle innych, co samych siebie.

Prawda jest wyrazista i jasna, jej blask bije po oczach, otwiera powieki jak poranne promienie słoneczne. A my wolimy spać, sen jest naszą rzeczywistością, nielogiczną, nierealną, ale bezpieczną- bo tutaj nic nie dzieję się naPRAWDĘ. Tutaj działa wyobraźnia, świadomość wypierana jest przez podświadome pragnienia, bądź też bolączki.

Karol Bunsch rzekł, iż prawdą jest to, w co wierzymy. Ile ludzi, tyle wierzeń. Siejemy różnorakie formy okultyzmu i stajemy się guru kłamstwa dla samego siebie.

Kłamstwo jest wygodne, pozwala żyć z dala o szarej realności, odcina od PRAWDziwych problemów. Kłamstwo posiada wiele aspektów: niedopowiedzenie, półprawda, oczernianie… Ale zawsze jest bronią tchórzy (Josemaria Escriva de Balaguer). Łatwiej jest zwalić winę, że ktoś się nie domyślił czyjejś prawdy, gdy ten swą półprawdę przez nie do końca powiedziane zachowanie próbował ujawnić. Na dobrą wróżkę czy jasnowidza ciężko trafić, jednakże większość ludzi oczekuje dopracowanej do perfekcji zdolności telepatii od towarzyszy swojego gatunku.

Kłamca kłamie.  A największą karą dla kłamcy nie jest to, że ktoś mu nie uwierzy, ale to, że on sam nie potrafi uwierzyć nikomu. (George Bernard Shaw). Bo jak można wierzyć  w prawdę, jeśli praktycznie neguje się swą własną prawdziwość? Nie wszystko jest widoczne dla oczu, a jednak wiele aspektów życia jest prawdziwych, emocje, na przykład. To, że ich nie widać, nie znaczy, że nie istnieją. A jednak siła ich rażenia potrafi przewrócić czyjś świat do góry nogami…

Bilet na życie Czwartek, Sier 11 2011 

Wsiąść do pociągu, ale nie byle jakiego. I o bilet zadbać, bo ulgi się z wiekiem kończą, a podatki rosną proporcjonalnie do gabarytów organizmu. Jeszcze się zaopatrzyć w jakiś Aviomarin, czy inny Lokomotiv, bo puszczenie kolorowego ptaszka z objęć żołądka i dwunastnicy niewykluczone. Życie czasem dowali na dokładkę małe co nieco i cofnie w którymś momencie. Albo przesłodzi. Albo dosoli… A z barami w pociągach to różnie bywa…

Dzisiaj pociąg do instynktu macierzyńskiego to niczym PKP, coraz bardziej opóźniony. Z przyczyn społecznych, biologicznych, psychologicznych i urojonych. Różnie bywa, jakkolwiek prędzej czy później, na ogół robi się wolne miejsce w przedziale. Czasami podróżna przygoda, innym razem jakieś dwie, mniej lub bardziej, dusze zagubione, postanawiają z przyczyn niekoniecznie zrozumiałych jechać na jednym wozie, do końca podróży zwanej życiem (niestety,  coraz częściej czysto teoretycznie- obserwowany jest wzrost przypadków wykopania z tej taczki, na zasadzie baba z wozu, koniom lżej).

Spodziewanie, czy niespodziewanie- wsiada się na jakiejś stacji do któregoś z tych przedziałów. Szlachetnie urodzeni do klasy pierwszej, już na starcie mają lepiej. Na ogół jednak przeważa druga klasa, pechowcom zostają wagony towarowe. A właśnie- zdarza się, że jakieś bydło się wymknie i przypadkiem zawita do naszego przedziału. I niech nikt mi kitu nie wciska, że podziału na klasy nie ma. Co, oczywiście, nie oznacza, iż klasy w dalszej podróży zmienić nie można. W końcu i tak trzeba będzie jechać- chyba, że w akacie desperacji wyskoczy się przez okno, to i zabawy koniec.

W ramach dorastania, oprócz oczywiście zmian ulgowych w cenach biletów, czeka na nas zmiana personelu, i to niejednokrotna. Będzie tak, że ktoś wsiądzie, czy to proszony, czy nie i albo czas nam umili, albo cierpiący na chorobę lokomocyjną, zapaskudzi nam przedział i sobie pójdzie- a Ty potem sprzątaj te kolorowe, upłynnione substancje. Zdarzyć się wszak także może- że to my będziemy przekomarzać się po ciasnych korytarzach w poszukiwaniu jakiegoś (chociaż częściowo) wolnego przedziału. Generalnie idea jest taka, żeby najlepiej znaleźć sobie całkowity wolny i tam począć wić gniazdko. Przewietrzyć, utrzymywać w czystości. Jednak ostrożnie z otwieraniem okna, przewiać może. Zamknięte też być nie może- atmosfera może się zagęścić i zacząć dusić. Często przedział jest dziedziczony, niczym pałac Buckingham (taka mała prywatyzacja…).

Niektórzy całe życie szukają swojego przedziału. Wędrują po klasach, mijają ludzi. Czasami wydaje się, że znaleźli miejsce idealne. Czasami nie stać ich na bilet zapewniający miejsce w wyższej numerycznie (i standardowo) klasie- bywa, iż przez jakiś czas jadą na gapę. I albo zwieją w odpowiednim czasie, albo trafią nieszczęśliwie na jakiegoś konduktora- służbistę. Czasami jednak stwierdzają, że nie jest to do końca to, czego szukali. I szukają dalej- aż w końcu podróż dobiega kresu…

Pociąg ma w zwyczaju się zatrzymywać na jakichś stacjach i- niestety, siłą rzeczy- ktoś zawsze na takiej wysiądzie, gdyż podróż jego dobiegła już końca. Zostaje puste miejsce, czekające na odpowiednią osobę- ale już zawsze będzie się pamiętało, że ktoś kiedyś na tym siedzeniu siedział…

Szczegółowy diabeł Poniedziałek, Lip 4 2011 

Diabeł tkwi w szczegółach. Jak się człowiek spieszy, nie w głowie mu detale i się diabeł cieszy, bo co nagle, to po diable. A gdzie ten nie może, to babę pośle…

Najlepiej taką, której ktoś rogi przyprawił i skrzydła podciął, w związku z czym jako środek lokomocji naziemnej zwykła używać narzędzie do zamiatania. Jak diabeł ogonem nie zamiecie, to sfrustrowana kura domowa zrobi to miotłą. Efekt ten sam- nieskazitelny porządek i brak połowy wyposażenia o drobnej frakcji.

Diabeł też się czasem męczy i w objęcia Morfeusza się układa. W niektórych miejscach zdradza objawy narkolepsji i nagminnie życzy dobrej nocy. Diabeł lubi, gdy toczy się jakaś akcja. Dlań największa to atrakcja.

Diabeł z zasady nie dba o higienę osobistą. Jego środowisko naturalne obfituje w złoża materiałów trwale wgryzających się w pory naskórka i brak życiodajnego płynu, tlenkiem wodoru zwanego. A nie daj Boże skapnie nań kropla wody. I to jeszcze tej z nieba, uświęconej. Trauma to dlań powszechna i powszednia, unikać zwykł kontaktu z roztworem tym płynnym w myśl zasady częste mycie skraca życie.

Diabeł lubi działać w grupie. Najlepiej pośród swoich. Patron spraw beznadziejnych i postaci niereformowalnych- te już tylko diabli pod swe przykurczone skrzydła biorą. A diabli to wiedzą i czyhają na niewinne dusze…

Diabeł zwykł, z racji diabelskiej swej natury, mieszać i kotłować. Gdy zaś zakręci zadkiem swym za bardzo i nie może się wykręcić, wtem wysyła w swym imieniu adwokata, niech ten się tłumaczy i miesza dalej. A diabeł w nim siedzi i pęta mu w głowie.

Diabeł zawsze służy radą. Jego doradztwo jest poniekąd bardzo rozpowszechnione. Wielokrotnie zagubiona dusza odsyłana jest do diabła. A ten z wielką chęcią bierze pod opiekę i stosuje odpowiednie środki wychowawcze.

Diabeł lubuje się poniekąd w różnorakich gierkach interpersonalnych. Jest wytrawnym kusicielem, niczym femme fatale. To szepnie miłe słówko do ucha, to błyśnie okiem, to da posmakować swej eteryczności. Trochę podwinie ogon, lecz nie na tyle, by obnażyć swą tajemnicę. Nie, co najwyżej uchyli jej rąbka, jak kobita swej spódnicy. Diabeł kusi, aż podkusi i do haniebnego dla człeka działania zmusi.

Kobiecą przykrywką jest makijaż- nie taka ona straszna, gdy już szpachlę na twarz swą nałoży. Diabeł jako motyw przewodni w sztuce jawi się jako szkaradne, nieforemne coś. Jednak, gdy przychodzi co do czego- nie taki on straszny, jak się go maluje – i w tym wszak bies jest pogrzebany. A że ekshumacja wyzwala niesmak moralny, stereotyp równie głęboko zakorzeniony, jak poziom piekiełka 😉

Losowe kowalstwo artystyczne Niedziela, Lip 3 2011 

Jak już kuć żelazo, to gdy gorące. Jak stal hartować, to najpierw konkretnie ją podgrzać, utrzymywać w temperaturze maksymalnej, a następnie schłodzić w szybkości szybszej niż krytyczna, by się nie ausenit nie rozwalił na struktury perlityczne. Jak hartować psychikę, to najpierw porządnie wkurzyć, utrzymywać w stanie marudzenia, potem wylać wiadro lodowatej wody na gorący łeb…

Człowiek rodzi się silny jak żelazo. Zaczyna się kucie. Nieumiejętne podgrzewanie prowadzi do rozwolnienia i upłynnienia materiału. Na pomoc przychodzi węgiel. O jego właściwościach zatrzymujących przekonał się każdy, komu dane było przeżyć upłynnienie treści pokarmowych. Trochę karbonu, na popitkę zimna woda i następuje twardnienie materiału. Powstały wyrób zaliczamy do pierwszej prymitywnej stali, która posłuży na budowę nerwów. I nie jest to, bynajmniej, kowalstwo artystyczne…

Sam stop żelaza z węglem nie gwarantuje wysokiej wytrzymałości. Wtem na pomoc przychodzą dodatkowe pierwiastki. Nieumiejętne dozowanie nieadekwatnych do sytuacji substancji zwiększa prawdopodobieństwo wadliwości materiału i skazy na psychice.

Stal o odpowiednich już właściwościach należy zahartować. W tym celu należy ją podgrzać do temperatury odpowiadającej jej klasie. Zmiany są bolesne, acz nieuniknione. Szybkość chłodzenia gorącej stali winna być większa od tak zwanej szybkości krytycznej. Węgiel nie ulega dyfuzji, dzięki czemu stal zachowuje swą nieskazitelną trwałość.

Proces hartowania winien być powtarzany aż do uzyskania oczekiwanych właściwości technicznych. Przy odpowiedniej wytrwałości otrzymuje się gładką, nieskazitelną stal, odporną na wszelakie tarcia, ścierania, docierania, marudzenia i manipulacje. Mistrzostwem będzie samurajska precyzja, byleby nie made In China 2011. Trzeba być kowalem swego losu.

.

.

Czas pędzi nieubłaganie

Szybko kolejny rok minie

Sitko jeszcze troszkę pozostanie

 W nieszczęsnym tym Szczecinie…

Parcie przy zaparciu Sobota, Lip 2 2011 

Zaczyna się niewinnie. Taka mała presja, goni- jak nie czas, to gdzieś, w każdym bądź razie uparcie w jakimś celu. Liczy się szybkość, im większego człek rozpędu nabierze, tym większe ryzyko bolesnego zaparcia… I zaczyna się zabawa z siłą tarcia…

„Jeżeli ciało bez żadnej przeszkody porusza się na płaszczyźnie poziomej, to ze wszystkiego, co poprzednio obszernie zostało wyłożone, wynika, że ten ruch jest jednostajny i nieustannie trwający” (Galileo Galilei). Sęk w tym, iż ciało ludzkie to wznosi się na szczyty, to zalicza glebę, albo zakopuje się po uszy w jakimś dole. Zalicza wyżyny i niziny, sięga gór, popada w depresje – a równiny epizodyczne i na dodatek siła tarcia spowalnia jego pęd (acz nikt wszakże nie powiedział, iż samo tarcie nieprzyjemnym być musi ;)). W tym rozbudowanym ciele zasada bezwładności nie obowiązuje, tu zawsze działa jakaś siła- jak nie wyższa, to ta z półki i pobudek niższych…

Stało się. Ciało, dotąd poruszające się płynnie jak kupka niemowlaka w jego malutkich flakach, napotkało na przeszkodę. Nie aż tak istotne jej gabaryty- zatkało się i nawet kret, ani inny ssak nie pomoże. Zaparcie w natarciu.

Najpierw spokojnie, by sytuację opanować. Głęboki wdech, mocne parcie i… od nowa. Aż do skutku, aż wyrzuci się z siebie ciało obce. Długotrwałe zaparcie prowadzi zazwyczaj do wyparcia w głębsze partie. A wtedy to się dopiero zaczyna heca.

Szukamy wygodnego miejsca, by się oprzeć. Bez podpierania ściany, pokusa zbyt silna, przegroda nie wytrzyma.  Natarcie na przeszkodę zaczynamy od natarcia miejsca narażonego jakimś środkiem przeciwbólowym (przezorny zawsze ubezpieczony, jak rzekła to podobno pewna blondynka… nakładając prezerwatywę na świeczkę). Zakładając, iż moment bezwładności jest proporcjonalny do przeszkody, a tak opiewa nam wspaniała, a jakże, mechanika techniczna (ble), potrzeba mocnego bodźca fizycznego, by wprawić wspomniane ciało obce w ruch. Nie można wszakże założyć także, iż tor ruchu  będzie prosty i przejrzysty, siła tarcia służyć będzie do przetarcia szlaków.

Gdy już przeszkoda zostanie usunięta (pomijając aspekty i szczegóły , bowiem te do najprzyjemniejszych nie należą), pozostaje podetrzeć miejsce ewakuacji, usunąć niepożądany obiekt, dokładnie wytrzeć miejsce jego tymczasowego spoczynku. Jak już to się przejdzie, to docieranie (się) nie powinno już być większym problemem…

Rozbitek Sobota, Lip 2 2011 

Skrzydła są dla ptasich móżdżków, skrzela dla milczących ryb i szczątkowo kumatych żab. Homo sapiens, choć stworzenie to lądowe, z naturą igrać zwykł i przeciwstawiać się jej prawom. To rozwinąć skrzydła by się chciało, to w wodę głęboką na główkę skoczyć…

Mama Natura nie dała, to człowiek sobie skonstruował. I wzbić się na wyżyny może i w popłynąć po szerokiej wodzie… Byleby się odpowiednio przygotował. Najpierw basen, potem rzeczka, w końcu morze i ocean. Ale egzystencja nie taka znowu przewidywalna i bywa, iż z klifu rzucić się w głębiny musi.

Zakładając, że nie palnie się gdzieś w którąś z czaszki kość, czeka go niesamowita przygoda w obcym dlań środowisku. I albo spocznie, niczym wrak okrętu, na dnie i plankton go pokryje, by w końcu z nim się zespolić i pożywką być dla tubylców, albo pozna brutalne oblicze innego świata i woda w końcu go wypluje niczym stworzenie, lamą nazywane, swe produkty wzmożonej pracy ślinianek w zaciekawionego turystę, na nieznaną dotąd mu wyspę. Pole do popisu, szelf kontynentalny całkiem przyjemny do nurkowania. I ciśnienie nie podskoczy, nie przytłoczy za bardzo, i do powierzchni blisko. Absurdalnie, gdy znajdzie się od razu w równinie abisalnej. Stamtąd to już blisko do rowu, a jak tam się tyłek zaklinuje, a dodatkowego wsparcia tlenowego nie ma pod ręką, to następują komplikacje, serca palipatacje i urazy psychiczne. A i fizycznie zmiany nieodwracalne. Lecz powróciwszy do wersji bardziej realnej…

Trochę jak dzikus w zaroślach, wodorosty w każdym otworze- na dzień dobry posilić się tym może. Na początku lepiej, by unikał tego co się rusza, nie wiadomo, gdzie to się szlajało i czy czegoś nie złapało. Z dala od ryb grubych. Znaczy się obserwacja z odległości, potem można się przyczepić do ogonowej kości… yyy… płetwy i popłynąć hen w dal. Drobne podchody, wnikliwe badania fauny i flory, wciąga w końcu jak wir oceaniczny. Krajobraz wprawdzie obcy, niebezpieczny, ale przeto jaki śliczny! Czysta egzotyka, wręcz erotyka i ezoteryka…

Acz w ciągu dalszym, jakby na to nie patrzeć, środowisko to obce i tymczasowe. Trzeba wypłynąć na powierzchnię, zaczerpnąć powietrza, zaspokoić potrzebę pęcherzyków płucnych. Oskrzela nigdy nie zamienią się w skrzela i do żywych gatunku swojego winno się powrócić, bo obraz coraz ciemniejszy, mniej wyraźny, a w głowie decybele wyimaginowane, szumy jakieś komunikacyjne, gorsze niż opóźnienia PKP.

Fail. Start był wprawdzie niezły, ale przygotowania brak kompletny. Ani butli, ani płetw. I budzi się, Robinson Cruzoe XXI wieku na obczyźnie. Tyłek zmoczył, grunt, że na twardym już i nie utonął jednak. W głowie szum, w oczach świetliki, a w ustach Sahara, jakby się nie starał. Kac moralny- nie ma co, początek idealny. Byleby jakiś Piętaszek się w porę zjawił i nie chciał rozbitka skonsumować niczym taki jeden, co grasował ogniś w Szczecinie. Zregenerować siły musi, nim na wody szerokie wypłynie.

Byleby odpowiedni szaman się po drodze napomknął. Byleby jakoś zespolił tę sience i tę fiction w jedno. Hydrofobia, wszakże silnie już zakorzeniona, na zawsze pozostawi jakiś uraz psychiczny. Ale są i tacy, co adrenaliny będą szukać mokrymi palcami w gniazdku elektrycznym.  Dla nich paniczny lęk stanie się dodatkowym asumptem do podjęcia kolejnych ryzykownych kroków.

Szaman swoje, Kruzoe swoje. I hop, na główkę! Płyyyynieeee! I w głębie się zanurza, cząsteczkami tlenku wodoru pod postacią ciekłą odurza. I wnet zahacza o grzbiet tajemniczego oceanu. Wycieczka z motyką w życiodajny związek chemiczny. Poobijany, połamany- inaczej uroczy i śliczny siada na swej obolałej części ciała, gdzie umiejscowiona jest kość ogonowa i narzędzia wypróżniające przed mądrym szamanem.

Cierpliwy szaman zagłębia się w ocean jego wspomnień i niczym skałki wapienne, na których egzystują filtrujące bezkręgowce oddziela dobre od złego, bezlitośnie czyszcząc werbalnie i chemicznie gąbkowaty narząd w głowie. W międzyczasie Robinson twardo skrobie w drewnie swą łódkę, impregnuje materiał i zdobi go barwami mniej lub bardziej bojowymi.

Jeden falstart, już z płycizny. Byleby tylko nie osiąść na mieliźnie. A że homo sapiens  po szkodzie równie mądrych nie ma sobie, z pełnym ekwipunkiem rusza za linię horyzontu…

Pod warunkiem, że się nie zraził 😉

Rybka Sobota, Lip 2 2011 

Żywioł ich w formie tlenku wodoru, kształt opływowy współgra z siłą wyporu. I choć móżdżek mniejszy niż napowietrznych ich braci, uroku i namiastka inteligencji nie traci- i tu rybka! A i co tam, hipopotam-  w swym myśleniu, na mentalnym niedopowiedzeniu. Tu śródmóżdża i móżdżka dominacja- polowanie, jedzenie i prokreacja. W usta swe wydatne trochę wody zatknie i przez skrzela tlen filtruje- dzieciom i rybom zdania wszak konstytucyjnie brakuje…

Może być ze złota. Ale to raczej tombak na łuskach. I coś ma z osobowości tego puchatego i miauczącego, co na nią poluje w zaciszu domowego akwarium.  Z tą różnicą, że życzeń Twych do zatoki swej żylnej z przedsionkiem i komorą o zredukowanym stożku tętniczym, raczej sobie nie weźmie, bardziej wszak zajęta będzie zwiększaniem parcia swego osmotycznego i brudzenia szybek swojego półprywatnego azylu. Ten pierwszy, jak głodny bądź znudzony, przynajmniej udaje, że słucha…

Rybka, jak każde żywe stworzenie, czasem się obrazi, czasem coś może ją urazić. I stanie taka okoniem, trochę się naburmuszy, pomacha płetwą i więcej się nie ruszy. Trzeba się przeciwstawiać płotkom i innym podlotkom, tudzież durnym plotkom przepływającym i lekko muskającym jej opływowe ciało. Czasem by się tak wbrew nurtowi rzeki zatrzymać chciało…

Bywa, iż wśród ławicy małych, kostnoszkieletowych jakiś rekin zapoluje. Taaaaka gruba ryba, co połyka wszystko, co podpłynie jej pod żuchwę, tak od spodu usytuowaną, żeby hierarchia była zachowana. I chociaż wzrok wnet sokoli, nie ma boli- co podpłynie, to i zginie. Niekoniecznie z głodu, niekoniecznie z niższych partii piramidy potrzeb- czasem wyższe to pobudki, jak sport czy inny bzik. Porusza się tylko do przodu, jak na rekina przystało, nie ogląda się za siebie, nie skacze na boki.  Gruba ryba jest odporna, pancerz z łusek plakoidalnych niczym zbroja na średniowiecznym rycerzu lśni na jego wielkim ciele. Acz głupie cielę z niego nie jest- już w życiu prenatalnym pokonać inne rekinki musiał, by zjawić się w głębiach oceanu, w wodzie, jak na rybkę przystało. Rekin nigdy się nie zatrzymuje- zawsze brnie w kierunku wyznaczonym przez jego paszczę, by nie sięgnąć dna- Matka Natura niefortunnie zapomniała o wyposażeniu grubej ryby w pęcherz pławny, skazując ją na dożywotnią nadpobudliwość psychoruchową.  Gruba ryba kusi swymi atutami, smacznym mięskiem, zdrowym tranem- w końcu morza panem. Gorzej, jeśli rybak wprawiony- oto rekin załatwiony…

Żeby przetrwać ciężki, zimowy okres, rybka spać nie pójdzie. O nie, zniży swój poziom, prawie że do dna, tam najcieplejsza woda. I choć lód spowijać będzie taflę zbiornika, na dno zimno nie przenika, tam zawsze Celsjusz łaskawszy i cztery stopnie utrzymuje. Impreza na slumsach jeziora- rybka do tego skora.

Na zachętę mały pełzaczek, taki na haczyk robaczek. Manipulacja piramidą potrzeb. Trochę jak w Auschwitz, tylko praca w początkowym stadium bierna. Spławik w dół i przygoda się zaczyna- palnie wędkarz rybką, brzuch jej rozcina, patroszy, zeskrobuje łuski. I kolacja gotowa.

I zdrowa rybka na talerzu. Alfa i omega. Omega, to aż trzy, a w niej samej omegi dwie, o skrótach tajemniczych niczym ADHD, acz szkód nie wyrządzi, w przeciwieństwie do nadpobudliwości psychoruchowej, wręcz uspokoi i ukoi, gdyż mile przysadkę mózgową pieści i więcej serotoniny się w niej zmieści. Witaminy i minerały, nerwy ze stali, kości ze skały. I metabolizm szybszy, że z owych kości na ości degradować swe kształty można…

 

Być kobietą… Wtorek, Czer 21 2011 

Być kobiecą- poradnik dla przedstawicielek płci żeńskiej, których kobiecość mimo przedstawienia wizualnego, zostanie podważona.

  1. Zmieniaj zdanie co chwilę– kobieta nie może być konsekwentna. Nie może podjąć decyzji raz i trzymać się jej kurczowo niczym tynk dobrej jakości ściany. Ba! W zasadzie to kobieta nie powinna w ogóle podejmować jakichkolwiek decyzji- od tego jest mężczyzna. Kobieta nie może mieć swojego zdania.
  2. Nigdy nie mów, o co ci chodzi– a już nigdy, ale to przenigdy nie nazywaj swoich uczuć. Nie mów, że jesteś rozczarowana, odwróć się do samca o sto osiemdziesiąt stopni, zadrzyj głowę, żeby twe nozdrza skierowane były ku sklepieniu niebieskiemu. Mężczyzna musi się domyślać, przeto całe życie był wychowywany w duchu ezoteryki, wróżbiarstwo i jasnowidzenie winien mieć opanowane do perfekcji. Pamiętaj, on musi się domyślać.
  3. Wypytuj o jego byłe– a przy każdej odpowiedzi płacz i rób awantury. Pamiętaj, jego przeszłe związki są priorytetem, a ty powinnaś na każdym kroku porównywać się z jego była partnerką i oczekiwać zapewnień, że jesteś lepsza pod każdym względem od tamtej spasionej lafiryndy z cyckami wielkości wysuszonych rodzynek. Jeśli partner przejawi jakikolwiek objaw znudzenia/zniecierpliwienia/zniechęcenia, płacz, wrzesz i piszcz.
  4. Piszcz ile sił w płucach w celu okazania zachwytu– pamiętaj, im więcej decybeli, tym lepiej. Szybciej do niego dotrze twoja radość. Nigdy nie komunikuj werbalnie, że bardzo się cieszysz, że jesteś w stanie euforii (patrz punkt 2). Im głośiej, im cieniej, tym lepiej. Pisk winien przypominać tonacyjnie rozdeptywaną mysz, tylko- rzecz jesna- musi być głośniejszy. Ot, tak, by słyszalny był w promieniu jakichś pięciu kilometrów.
  5. Wyręczaj się– w każdej możliwej czynności. Pamiętaj, to działa na ich męskie ego. Kobieta nie powinna wpychać paznokci w gniazdko elektryczne- chyba nie chcesz połamać swojej naturalnej/plastikowej (przepraszam- akrylowej/ żelowej/ szklanej) powłoki ochronnej opuszka palca? Nie masz prawa rozróżniać klucza francuskiego od śrubokrętu, wbij to sobie do głowy. Nigdy samodzielnie nie parkuj kopertą, to takie niekobiece. Pamiętaj, jesteś słabą istotką, która nie ma prawa być samodzielna.
  6. Kupuj, kupuj i jeszcze raz kupuj!– bowiem czasownik ten doskonale określa kobiecość! I nie, nie w Castoramie, nie w Empiku. Pamiętaj, tylko Channel, Dior, D&G i tym podobne. Boże broń w sklepach innych, aniżeli Zara, H&M, Sephora i tym podobnych. Ach, i jeszcze jedno- płacisz kartą faceta, nigdy swoją. Pamiętaj, jesteś od niego całkowicie uzależniona.
  7. Musisz mieć pasję- ale niech do głowy ci nie przyjdzie, by to było malowanie, wyścigi, czy też – Boże broń- majsterkowanie. To może być malowanie paznokci, najlepiej, żeby ograniczało się do siedzenia u kosmetyczki- tak ładnie ta czynność wygląda, wydawanie ciężko zarobionych pieniędzy- ale nie przez ciebie, przez twojego partnera, kawka z sąsiadką (ale rozmawiacie tylko o pogodzie i o dzieciach).
  8. Zrozum swoją misję– kobieta przyszła na świat, by wydawać dzieci i gotować obiadki mężowi. Nie istnieje coś takiego jak podział obowiązków. I pamiętaj- poród to nic w porównaniu do kataru mężczyzny. On umiera, musisz nosek mu podetrzeć. Przez jego przyrodzenie nigdy nie przejdzie mały człowiek, on naprawdę nie musi zdawać sobie sprawy z takich błahostek.
  9. Histeryzuj– to takie kobiece. No i raz w miesiącu masz do tego naprawdę pełne prawo- możesz sobie powyzywać, powrzeszczeć, nic nie robić. Taki wielki dar od Matki Natury. Możesz przez te parę dni powykańczać wszystkich dookoła, bez jakichkolwiek wyrzutów sumienia.
  10. W łóżku leż jak kłoda– tak, by było po bożemu. Pamiętaj, kobieta to źródło grzechu, a jej ciało to dzieło szatana. Żeby ci do główki nie przyszło, niczym karaluch do akademika, byś lubiła seks. To dobre dla prostytutek, nie dla ciebie- kobiety z dobrego domu.

Hokus pokus i inne (roz)czarowania Wtorek, Czer 14 2011 

Hokus- pokus. A pokusa duża, jej z reguły poza wyjątkami oprzeć się nie tak znowu łatwo. Oczaruje, zaczaruje, w końcu rozczaruje. Z serii portrety psychologiczno- pamięciowe samców.

Samiec odbiera świat przede wszystkim za pomocą zmysłu wzroku. Byleby kolorowo, byleby pstrokato, często sztucznie i tandetnie- w końcu sztuka nowoczesna, w średniowiecze nie cofajmy się. A że sztuka na pograniczu często kiczu, męski smak nierzadko tę granicę, subtelna poniekąd, nie w stanie jest wyczuć.

Samica to poezja. I niekoniecznie chodzi o to, że nigdy nie wiadomo, o co jej chodzi. Nie, ona doskonale wie, czego oczekuje. Sęk w tym, że naiwna to z natury matki istota. Ona też patrzy, ale przede wszystkim słucha (acz wiadomo, że zdolności jej werbalne, znacznie przedstawicieli płci przeciwnej jej gatunku przewyższają). Prędzej czy później wierzy w słodkie niczym lukier, asymetrycznie z babki wielkanocnej spływający, słowa. Prędzej czy później wierzy w dojrzałość, którą werbalizm samca zdaje się być wzbogacony. I wierzy, że jego poglądy zgodne są z jego postępowaniem. Niestety.

Kobieta, chociaż częstokroć generalizuje, na każdego stara się spoglądać w innym kontekście. Przynajmniej, do pewnego czasu. Każdy jeden wydaje jej się inny. Przynajmniej z początku. Każdy jeden inaczej zauroczyć potrafi. Przynajmniej z początku. A po tym początku, o ile w rozwinięciu często też pozwala się oczarować, to na końcu zawsze, niefortunnie, wychodzi wspólny mianownik na zakończenie. Nawet jeśli z góry założyła, iż mężczyzna dzieckiem pozostanie do dni ostatnich egzystencji swej zacnej, to jednak pod kreską ułamkową zawsze się rozczarowanie w jednym z wyrazów działania znajdzie. Prędzej czy później i tak się okaże, że samcze stworzenie, które niegdyś tak działało na jej kobiecość, przejawia zachowania, na które zwykło narzekać, przypisując je byłej swej partnerce.

Powiadają, iż to samice wiele gadają. Powiadają, iż to samice eliptycznie okrążają temat. To bowiem samiec z natury głową i spodniami. To właśnie samiec silić się winien na konkrety. Niestety. Samcze konkrety i przejrzyste wizje, niczym schizofrenika, jak wyżej wymienionego są rzeczywiste. Owszem, istnieją. Owszem, zachwycają swym pięknem i nierealnością. A przychodzi co do czego, wizje i wyobrażenia pozostają nietknięte, realizmem nie splamione i bezpiecznie schowane w samczej głowie. I pamięci samicy, bo te jakże są pamiętliwe, przeto.

Samiec potrafi być nieprzewidywalny. Szkoda, że jest to przejściowe. Coś nowego, coś fascynującego i nagle znajduje się w wielkim worku z etykietką „wszyscy”.

Gryryryry…

Zawracanie Piątek, Czer 10 2011 

Odrobina poetyki i zabawy metaforą, tak przeze mnie uwielbianej, jak najbardziej w umiarkowanej dawce w codzienności, jakże szarej, wskazana, celem ubarwienia szarości i monotonii. Ale są sytuacje, gdzie krótko i treściwie coś przekazać można. Inaczej to wychodzi takie zawracanie na rondzie…

Mam bardzo brzydką manierę. Za kółkiem klnę jak szewc, który właśnie doznał uszkodzenia części dłoni w stopniu jakimkolwiek. Puszczę sobie konkretną wiązankę, jak mi ktoś się wpierniczy, porzucam sobie epitetami w eter i tak jakoś mi lżej na sercu, i jechać dalej mogę.

Z przyjaciółmi to jak w trasie. Nie trzeba się za bardzo hamować, o ile w ogóle jakiekolwiek zwolnienie się zdarza, jest prosto, choć wiatr często mocno wieje i kończyny kołyszą się niczym statek na morzu, jednak jedzie się przed siebie, bez większych przeszkód. A gdy nawet się na dziurę w nawierzchni natrafi, to i tak się jedzie dalej. Trochę jak Formuła 1, trochę jak przejażdżka dyliżansem. Acz to drugie to bardziej na spotkanie w charakterze matrymonialnym w wersji staroświeckiej- powolutku, do przodu, bez jakichś większych przygód i niespodzianek (no, chyba, że zaprzężony koń jakiś zmutowany owies wcześniej konsumował i zalegają weń gazy trawienne).

W oficjalnych konwersacjach to jak przy nieoznakowanych skrzyżowaniach- działać trzeba szybko, acz z namysłem, o kolizję wyjątkowo łatwo. I najlepiej, żeby była dodatkowa gałka oczna między pośladkami, nigdy nie wiadomo, czego można się spodziewać z której strony. Byleby jak najszybciej to opuścić i wyjechać na prostą.

W życiu są też zakręty i to niekiedy ostre jak brzytwa, która niegdyś tak szarmancko i dokładnie zarost męski usuwała. Noga z gazu, czasem lekko język przyhamować. Można oczywiście zaryzykować i przyspieszyć, ale częstokroć nie jest to warte ryzyka- zwłaszcza, jeśli nawierzchnia (i okolica) niepewna. Zresztą, w takich sytuacjach nigdy pewnym być nie można.

Jakże cudowną alternatywą zdają się być ronda. Tak fajnie się na nich kręci i zakręca, można się nieźle wykręcić i niepostrzeżenie zwiać. Unikając jakichkolwiek kolizji. Są jednak sprawy, które winno się załatwiać konkretnie. Są komunikaty werbalne, które zawiera się w słowach trzech, maksymalnie czterech (jeśli wliczy się podmiot, orzeczenie, dopełnienie i jakiś wykrzyknik, choć niekoniecznie, na końcu). Są jednak ludzie, którym poniekąd obce są krótkie, treściwe i ogólnie zrozumiałe dla populacji komunikaty. Dyplomatycznie zaciska się zęby, Bogu dzięki pasy zapięte (żeby w trakcie jazdy nie wyskoczyć przez okno) i… zawraca się na tym rondzie. I droga ta sama, tylko kierunek wsteczny. Gorzej, jeśli zawracającym jest pasażer, którego trzeba słuchać. Gorzej, jeśli za kierownicą jest Agata, która, nawet jeśli uda jej się zacisnąć zęby (a wysiłek to dlań niewiarygodny), zdradzi swe nieprzychylne nastawienie swą jawną mimiką. I później słyszy:

-Czy mi się wydaje, czy zdenerwowana jakaś jesteś?

-Nie- odpowiada z kąśliwym uśmieszkiem. –Wcale. Po prostu szlag mnie z twoim pieprzeniem o niczym  już trafia.

Kultura kulturą, ale moje nerwy, choć ze stali najwyższej klasy wytrzymałości od czasu dłuższego, to, niestety, wytrzymałość swą mają. A język i tak już przytemperowałam przez ostatnie 7 miesięcy, naprawdę… I- niestety- czasem, zwyczajnie, pieprzę kulturę jak warzywka z patelni… Tylko bez vegety.

Hamulce bezpieczeństwa Piątek, Maj 27 2011 

Rozpęd, gazu, prosta, ups… zakręt, wypadałoby nieco zwolnić, żeby w poślizg jakiś nie wpaść. I nie skręcać jak Agatka na kursie, niczym ciężarówką (swoją drogą, już wiem, skąd u mnie takie skłonności do ostrych zakrętów). Droga polna, trzeba zwolnić, nawet jeśli oś jej w linii prostej. Nie, nie ma żadnej przeszkody, trzeba po prostu pewien etap przejechać z nieco mniejszą prędkością.

Mężczyzna jest jak samochód, uwielbia rozpędzać swą prędkość i docierać jak najszybciej silnik. Spieszy się z komplementami, czasem i z pewnymi zachowaniami. We współczesnym świecie jest to jak najbardziej zrozumiałe. Wiele kobiet, zwłaszcza tych datowanych nieco później, jakoś nie przejawia posiadania hamulców bezpieczeństwa. Ale kobieta jest jak wino- nim porządnie dojrzeje i się sfermentuje, tudzież psychika jej się ukształtuje, bąbelki szybko uderzają jej do głowy… I stłuczka (z rzeczywistością) gotowa, a niekiedy katastrofalna w skutkach.

Szampan strzela niczym fajerwerk- jedna chwila i po wszystkim. Taka prosta, ślicznie położony asfalt i dziur żadnych. A potem niespodzianki- funduszy zabrakło na dalszą trasę. Gorzej(?) z winem- aby dostać się na ładną nawierzchnię bez niespodzianek, najpierw trzeba zaryzykować zerwanie podwozia na polnych kamieniach. Ale za to jaka nagroda po tej przeprawie! Oczywiście, bywa i tak, że nawierzchnia nadto wiele do życzenia nie pozostawia, tylko na początku drogi kręte niczym w Tatrach (co tam Tatry, wystarczy wybrać się do Zgorzelca przez Bolesławiec, gwarantuję przed samym celem kręte dróżki, co z nich wylecieć można). Jeśli listek zielony, niczym z pąka wiosennego wykluty, winien uwagę i roztropność zachować. A tym bardziej, gdy drogi jednak nie zna. Później już prosta (acz doradzam zachować szczególną ostrożność w stosunku do kierowców z rejestracją DZG, wręcz na miarę tych z ZS, a wręcz bardziej- od biedy rodowita zgorzeleczanka tak oto stała się przyszywaną szczecinianką). W przeciwieństwie do przeprawy- tutaj trzeba się nakombinować.

Droga może zachęcać- jednakże tempo nadawać będzie- nie wiadomo bowiem, co po niej jeździło, do jakiego punktu dojechało i jakiej głębokości koleiny zostawiło po sobie w pamiątce, i na jakiej długości trasy. Na pewno, skoro droga nie uczęszczana przez czas jakiś, do pewnego etapu nie udało się jednak nikomu dojechać, bowiem albo wypadł on z zakrętu, albo zawrócił, przerażony pozostałościami po jakimś mechanizmie wagi ciężkiej do przełknięcia.

Bywa, iż kierowca przecenia swe możliwości. Droga zachwyca, ot, wyzwanie. Pierwszy zakręt i już wymięka. Niby brnie dalej, jednakże z tempem takiego ładnego gada w skorupce dwuczęściowej, na plecach i brzuchu. W końcu poważnie zaczyna rozważać dalszy przejazd, jego słomiany zapał daje się we znaki. Ten błysk w oku kierowcy szalonego, te początkowe ambicje…. I nagle gumę złapał. Ale wulkanizacja po drodze, zawsze skorzystać z niej można.

Acz przypadek jeszcze jeden. Czasem droga przedwojenna, to i czołgi pamięta. To dopiero koleiny w pamięci. I tutaj nie kierowca, ale drogowiec potrzebny, który zerwie zeń nawierzchnię i położy nowiutki, świeżutki i równiutki asfalt. Potencjał to ma, teren wyrównany, tylko trzeba się troszkę napracować….

Panowie, kobieta to taka droga. Jak uda się wam przebrnąć przez koleiny i zakręty- nie zwalniajcie. Czasami po prostu ktoś przejechał jakimś kolosem, zanim mu się winieta nie skończyła/ wyleciał z zakrętu/ zawrócił i trzeba ten odcinek jakoś przebrnąć…

.


Zielone jabłuszko Wtorek, Maj 24 2011 

Jest ładne, jeszcze nie nadjedzone przez robaczki, wisi sobie na drzewku z dala od ziemnych szkodników i spraw. Cieszy oko. Ale kubki smakowe już nie. Ładne, ale cierpkie, że aż wykręca… Ale grunt, że nikt takiego nie tknie.

Współczesny człowiek to urodzony masochista. Lubi sobie ponarzekać, pozwalać winę na wszystkie czynniki zewnętrzne, tudzież zwłaszcza na te podobne doń anatomicznie. Uwielbia, niczym hiena cmentarna, grzebać w przeszłości i nią usprawiedliwiać swoje lenistwo i niegotowość do zmian. Zamiast jak grabarz zasypać to raz a porządnie, niech się rozkłada i nawozi ziemię, żeby coś na tych minerałach wyrosło, to drapie w ranę, by się, Siło Wyższa broń, przypadkiem nie zagoiła.

Homo sapiens pragnie szczęścia. O tak. Tylko jakoś niefortunnie nie zwraca nań uwagi, bardziej zmysł patrzenia jego przyciągają wszelkie przeciwności. Zielony, cierpki owoc spada z drzewa i gnije takie obite jabłuszko, zamiast dojrzewać w słońcu. Nie, bo liście zasłaniają, po co czekać na wiatr, który je przestawi. Może się nie zjawić. Lepiej spaść i gnić na potłuczonym zadku (a że przez nacisk będzie bardziej bolało, to już się pod uwagę nie weźmie), jednocześnie plując śliną o odczynie kwaśnym na te jabłuszka, co je słońce muska na drzewie.

Inni zawsze winni. A każdy taki sam, tylko nie ta jedna, jedyna konkretna jednostka, obdarzona nabrzmiałym, niczym gruczoł mleczny matki karmiącej, ego. Pół biedy, kiedy skórka twarda. A tu na miąszku ząbki można sobie połamać (abstrahując od wcześniejszego skurczu mięśni na twarzoczaszce), a przynajmniej szkliwo się rozpuści. Sam kwas. Sam się zakwasza i fermentuje. A z soczku winko, zamiast słodkie bądź wytrawne, od gustu w zależności, na starość, jabol nie do przełknięcia, wydzielający niemiłą woń siarki w promieniu kilometra.

Niedaleko pada jabłko od jabłoni, rośnie nam zgorzkniałe, leniwe i tchórzliwe nowe pokolenie. Nie dość, że sami nie przyzwalamy na własne szczęście, to jeszcze nie reagujemy na cudze nieszczęście, poddając się niczym marionetki głupim stereotypom i tym, co już dawno temu BYŁO i MINĘŁO siłą rzeczy i wszystkiego, co się rusza.

Szczęśliwa, bo komuś pomogłam- a co jest piękniejszego, aniżeli przyczynienie się do czyjegoś uśmiechu? A że afera… Nie pierwsza i nie ostatnia 😉 Tylko trochę szersza w pasie…


Hokus (życie pełne) Pokus 😛

Artysta vs. umysł ścisły part.1 Niedziela, Maj 22 2011 

Artysta vs. Umysł ścisły part. 1

Czyli jak to widzi osoba wrażliwa inaczej, a jak postać, dla której świat składa się z liczb…

Bałagan

Co rozumie umysł ścisły pod tym pojęciem: bajzel, przeszkoda, kurz.

Jak pojmuje to artysta: artystyczny nieład, chaos kontrolowany, ogromny potencjał twórczy. Zlepek barw i kształtów, fuzja kolorystyczna. Możliwość wynalezienia nowych zastosowań rzeczy zwykłych, podróż w nieznane, niczym ptak rozwijający skrzydła w przestworzach, w celu znalezienia jakiejś rzeczy. A że w nocy może zaboleć, jeśli krzesło okaże się przeszkodą- cóż, sztuka wymaga poświęceń.

Turkuć podjadek

Co rozumie umysł ścisły pod tym pojęciem: wstrętny szkodnik, niszczący uprawy.

Jak pojmuje to artysta: urocze, małe stworzonko rodem z Pszczółki Mai, błagające o empatię, delikatnie wymachując swoimi małymi łapkami, niczym bobas w kołysce. Te jego szczypczyki to jak paluszki niemowlaka, nieco niezdarne w ucieczkach przed polującym ogrodnikiem ze szczypcami. Kształt tułowia idealnie eliptyczny, barwa: siena palona, sepią zalatuje. Jakby się przyjrzeć ma całkiem inteligentne spojrzenie jak na stawonoga, gdyby nie fakt, że jak zaciśnie swe kleszczyki, to tężca można w prezencie odeń dostać, chciałoby się utulić.

Poezja

Co rozumie umysł ścisły pod tym pojęciem: zbiór wyrazów bez większego sensu, w większości przypadków rymowany. Ma początek, środek i koniec (trzeba było przez ten polski jakoś przebrnąć).

Jak pojmuje to artysta: utwór o głębszym niż Atlantyk przesłaniu, skłaniający do zadumy i roztrzepywania sensu życia. Wstęp do głębi ludzkiej psychiki, metafizyczne ujęcie człowieka/natury/czegokolwiek tam, o czym opowiada (acz i tu należy wyciszyć się i wytężyć koncentrację, artysta posiada bowiem indywidualne, niekoniecznie rozumiane dla reszty społeczeństwa, spojrzenie na świat- chłonie rzeczywistość każdym zakamarkiem swych zmysłów, toteż nie najłatwiej jest wyłapać, o co takiemu chodziło). Wyrażenie niewidzialnego, nienamacalnego, ale obecnego, transcendentnego elementu człowieka.

.

A tak a’propos facetów artystów: materiał na naprawdę przewspaniałych kolegów, przyjaciół etc. Ale jakoś tak nie jestem w stanie w którymkolwiek z nich ujrzeć mężczyzny i raczej nigdy mi się to nie uda. Facet- artysta to wspaniała… przyjaciółka, tyle, że z przyrodzeniem (gwoli ścisłości: z którego i tak się nie korzysta) 😉 To tak troszkę brutalnie na koniec 😉 Zresztą, wystarczy, że ja mam skrzywienie artystyczne i zdarza mi się stanowić zagrożenie dla samej siebie, to i moje podejście pozostawia wiele do życzenia… 😛

Pszczółka Piątek, Maj 20 2011 

Byle kwiatek ładny. Byle pobzykać na nim można było. Byle zapylić i… odlecieć, bo w sąsiedztwie inny, atrakcyjny kwiatuszek…

Ot, żeby posadzić swój pasiasty odwłok między rozchylone płatki korony kwiatka. Żeby żądło wbić. A że na żądle tym pyłki z innego jeszcze kwiatka, a potem roznosi zarazki. Rozkoszuje się tym słodkim smakiem i zapachem, zaspokaja swe podstawowe potrzeby, pieści zmysły. Do czasu, gdy na horyzoncie inny kwiatek się nie pojawi.

Pszczółka, pracowita, więc mowa tu o trutniu. O tym melomanie, co uwrażliwia na piękno śpiewu ptaków, o tym estecie, który lubuje się w chwil luksusie. O tym, co zapyli kwiatka i poleci dalej w  świat, przeczesując kolejne okazy na łące, w poszukiwaniu przygód. Aż w końcu spocznie na pięknej, mięsożernej roślince. I po takim trutniu, żądło zmoczył śliną jej.

Truteń charakteryzuje się lekko(myślno)ścią, na myśl przywodzącą adekwatny, jakże delikatny, trzepot małych jego skrzydełek. Szarmancko wznosi się nad źdźbłami trawki, niczym pod jej wpływem, szuka najbarwniejszych kwiatów. Najbardziej kuszące te poddane mutacjom genetycznym w laboratoriach. Bardziej wabią atrakcyjnym wyglądem, kuszą słodkim zapachem. I tak, rozmachem, stado trutni leci jak mucha do obiektu odpowiadającego jej preferencjom zapachowym.

Wymachuje żądłem swym zgodnie z kierunkami stron świata, a także w strony pośrednie, aż w końcu zahaczy nim o coś grubszego i staje się bezbronnym, niewinnym i zahukanym owadem.

Zawistne to stworzenie, poniekąd. On kwiatuszka tykać może, inny już wara od niego. Bo się rozprawi- jak nie z innym, to z kwiatuszkiem. Takie znakowanie terytorium, takie ja tu byłem, pyłek przenosiłem. I byłby nawet ogrodnika pies, tylko nie te rozmiary i anatomia, marny substytut.

Truteń do długowiecznych nie należny. W wielu przypadkach występuje okres trutniowy, potem z niego się wyrasta. Truteń na ogół młodzieńca czar rozprzestrzenia wokół swej persony. Acz i weteranów spotkać można.

.

Kwiatuszek, co zacisnął płatki i zęby 😛

Na złodzieju czapka gore. Z czystej ciekawości, który z panów teraz się mnie przyczepi 😛

Fatum Czwartek, Maj 19 2011 

Żaden wiatr nie jest dobry dla okrętu, który nie zna portu swego przeznaczenia, rzekł niegdyś Konfucjusz. Nie wnikam w jego umiejętności żeglarskie, ale facet chyba wiedział, co mówi…

Nieodzowny element każdego zjadacza chleba starożytnej Grecji, bez względu na jego środki umysłowe i finansowe. Wredne fatum, ciążące niczym sumienie standardowemu studentowi przed sesją, nieprzewidywalny niczym kobieta z zespołem napięcia przedmiesiączkowego los. Surrealizm dla szarej, naukowej rzeczywistości XXI wieku. Budzące niebywały respekt w zahukanych pogańskich społecznościach poprzez swoje znaczenie. Przeznaczenie. I kij w ucho nowej myśli (zakładając, że jest ona spersonifikowana), że najlepszym sposobem na przewidzenie przyszłości jest wymyślenie jej. O nie. Los bywa naprawdę kapryśny.

Objawom psychosomatycznym przeznaczenia sam Freud by nie podołał.

Osobowość despotyczna, choć istna anarchia. Kompleks wyższości, choćby z metra cięty z kapeluszem. Można się przeciwstawić, a jakże.

Zwroty. Zwroty akcji, obligacji, czasem zwroty jak u kwiczącego ssaka. Bo co za dużo, to i świnia nie zje. Bo co dasz, zwrócone ci zostanie i to jakże hojnie, bo i z nawiązką (plus kwasy trawienne).

Nerwica natręctw. Tak natrętnie będzie kamienie pod nogi rzucać i w oczy na przekór wiać, że w końcu wyjdzie na jego. Kompas i w innym kierunku wyruszyć wypada…

Sen schizofrenika. Czasem kolorystyka obrazów prosto z KrzykuVan Gogha.  Brak jakiejkolwiek logiki, choć ewidentne działanie przyczynowo- skutkowe.

Zaburzenia obsesyjno-kompulsywne. Obsesja przed czmychnięciem przed tym, co nieuniknione, popadając w skrajne zachowania. Spacer na linie nad przepaścią.

Hokus- pokus i astrologia. Typ spod ciemnej gwiazdy, choć pod tą szczęśliwą urodzony. Acz poród w pomieszczeniu bez zadaszenia do najbezpieczniejszych nie należy.

Uciekanie przed nim, to jak uciekanie przed własnym cieniem. To jest wykonalne. Można chodzić po omacku, zrezygnować z podstawowego zmysłu. Łatwiej jednak wdepnąć w jakieś niespodzianki o niemiłej woni. Jeszcze łatwiej ugrzęznąć. A człowiek światła potrzebuje, bo jak za dużo melatoniny, to poziom serotoniny spada. Zapaść życia radości.

Podpisano: marzący o stabilizacji, bezpieczeństwie i szczęściu chodzący KŁOPOT.

Ps: Drodzy, kochani bulimicy i anorektycy, którzy znaleźli w sobie tyle siły i odwagi, aby przyznać się, przede wszystkim przed samym sobą, do swojej choroby i podjąć leczenie. Niefortunnie dowiedziałam się, że stanowimy zagrożenie poprzez swoją rzekomą niepoczytalność. Nowinę tą, radosną, a jakże, przekazał mi osobnik z gatunku (teoretycznie) homo sapiens, który jest na tyle poczytalny i odważny, że bez żadnych skrupułów bije i szantażuje kobiety.

Ale niezwykle przyjemnie było zdobyć kilka dodatkowych informacji- że też przez kilkanaście lat zmagań z chorobą, nie dowiedziałam się, że przysługują mi kartki o ciepłym, słonecznym kolorze, a bulimia i anoreksja zahacza o psychopatię. Cholera, a ja całe życie myślałam, że to choroba samotności, przejść typu próba gwałtu, facet- kat, czy wieloletniego maltretowania psychicznego… Jakaż ludzka wyobraźnia jest urocza :] …

Bilard Wtorek, Maj 17 2011 

Nachylenie, cel pod odpowiednim kątem, zamach i bum! w kulę. A ta kula dalej w następną, następna w następną… aż w końcu któraś w dół wpadnie… Tak jakby efekt domina, acz ruchem jednostajnie opóźnionym. Albo się któraś w końcu się zatrzyma, albo ostatecznie jakaś padnie ofiarą.

Kijem ktoś palnął i reszta cierpieć na tym musi. Najbardziej narażone są osobniki znajdujące się najbliżej w czasoprzestrzeni. Nie w przestrzeni. Nie w czasie. W jednym i drugim jednocześnie. Bo jeśli dostatecznie długo taki osobnik kula się po tym stole bilardowym, obijając systematycznie o jego zabezpieczenia, to z każdym uderzeniem, zgodnie z prawami fizyki, wyładowuje swój potencjał. I tak jak w przypadku bil (nie)pożądanych- albo się zatrzyma, albo popadnie w doła.

Częstokroć ofiarami padają kule innego zawodnika. Wtedy to dopiero porażka, przekazać pałeczkę trzeba. Stopień prawdopodobieństwa, że znowu się oberwie, wysoki i zdradliwy jak północna ściana Matterhornu.

Czasem niefortunnie trafi w czarną kulę, przed wyczerpaniem swojego potencjału. Gra skończona, choć jeszcze by się z chęcią poturlało to . Ustawić na nowo, powyciągać, co powpadało i zmiana miotających.

A żeby było śmieszniej i zabawniej, największy ubaw mają ci, co im kije w rękach tkwią… Kula to tylko taki okrągły pionek, niech się turla… Byle nie przy nodze…

Następna strona »

%d blogerów lubi to: