Duży mały Sobota, Sier 27 2011 

Mały wciśnie się wszędzie. Małe jest sprytne i urocze. Ale żeby zostało zauważone, mu być ogólnie słyszalne, a więc (rozpaczliwie) krzykliwe.

Małe będzie próbowało wiele razy, skakało jak pchła na ssaczym futrze. I albo doskoczy, albo zmęczone sobie daruje. Małe musi podstawić sobie ciężki taboret, by do żarówki sięgnęło. Albo wejść dużemu na głowę i na karku siedzieć (stąd też większość kobiet niższych jest od mężczyzn).

Małe jest urocze: z założenia kruche, wyzwalające instynkt opiekuńczy. Jednocześnie jego powaga i ogólna aparycja jest proporcjonalna do wzrostu. Tak samo jak i szacunek, nawet jeśli pozorny.

Dużemu jest łatwiej dosięgnąć. Duży palnie raz, a porządnie. Zrobi trzy kroki, by przegonić pędzące małe, to przebierające nóżkami, uparcie do przodu. Duży może sobie pozwolić na spowolnione zachowania motoryczne, gdzie mały, dla równowagi, siódme i kolejne poty z siebie będzie ścierał na bieżąco.

Wielkość to siła. I Freud zdawał się na temat ten wypowiadać, w kontekście płci męskiej. Wielkość dla samców niewiarygodnie wielkie ma znaczenie. I choć liść klonu odszedł dawno już do lamusa, to jednak męska natura porównania między osobnikami wymusza.

Mężczyzna, z racji swej, przynajmniej teoretycznej, większej tężyzny fizycznej, winien być opiekunem kobiety. Tak nas ta baba wredna, Natura Matka, zaprogramowała. I winien samiczkę podsadzać, by ta nadmiernie skakać nie musiała i nadwyrężać mięśni swych. Czasem powinien także wziąć ją na barana i za osła robić, jak za mocno zacznie kopytkami wierzgać. Bo związek to sztuka kompromisu. Jak to Einstein mówił, że z żoną swą ustalił już w dniu ślubu podział w decyzjach: ona podejmowała te mniejsze, on zaś większymi zajmować się miał. Jednakże każda większa decyzja wymaga podjęcia szeregu mniejszych i Albertowi nie dane było dojść do słowa… Ale to taki mankament tych nas, mniejszych 😉

Piotruś Pan Sobota, Sier 20 2011 

Chłopiec, który nigdy nie dorośnie. Chłopiec, któremu wielkimi krokami trzydziestka już się zbliża, pierwsza łysinka zaczyna prześwitywać. A jednak chłopiec- Piotruś Pan.

Inteligentny. Albo inżynier, albo lekarza, albo aspirujący doktor mniej ambitnego kierunku. Tego mu odmówić nie można. Przy okazji zarozumiały i egoistyczny, że aż w pięty (tę Achillesową najbardziej) idzie. I podchodzisz do takiego jak do jajka, żeby nie urazić. Robisz pierwszy błąd.

Jest dużym chłopcem, jak twierdzi- zabawek nie potrzebuje. Ale chłopiec to tylko chłopiec- lubi się bawić i kłamać, w przeciwieństwie do mężczyzny (z którego już jakąś tam prawdę wydobyć może). A w ogóle- czyż to przypadek, iż Pinokio był tylko małym, drewnianym pajacykiem, któremu nie dane było doświadczyć okresu dojrzewania? Zabawki winny być ruchome, atrakcyjne, wyposażone narządy typowe dla ssaków z rodzaju żeńskiego.

Piotruś Pan jest uzależniony od rodziców. O ile będzie kochany, wtulał się w pierś Twą niczym dziecko i czuły do bólu, o tyle bądź przekonana, że po dłuższym czasowo pobycie z kochanymi rodzicami (od których- jak idzie w zaparte jak kupka przy zaparciu, jest niezależny). Żyje ich ambicjami i spotyka się tylko z takowymi płci pięknej przedstawicielkami, jakie zaakceptują jego rodziciele.

Piotruś Pan jest wybitnym egoistą. Zapamiętaj: będziesz tylko jego wypełniaczem czasu, który będzie wypełniał innymi zabawami i „koleżankami”. Cokolwiek zrobisz- z pewnością będzie źle. W każdej rzeczy zrobionej przez Ciebie, osiągniętej- zadowolony nigdy nie będzie (jego ambicje są równe jego wzrostowi, a możliwości przyrostowi wzrostu ciała o poranku, gdy maź między stawami jest rozłożona).

Piotruś Pan jest ponadto empatyczny- nie zrozumie, czemu się nie domyśliłaś, jednakże popłacze się, że  Ciebie zranił. Ale później będzie w najlepsze prowokował i obnosił się,  w jakim to wybornym towarzystwie obalał butelkę (mleka, na gg i facebooku).

Sezon na komary Czwartek, Maj 26 2011 

Biała flaga, słomiany to był zapał, a ogień tak ciężko przecież było wskrzesić…

Ogrodnik robi dziurkę w ziemi, wkłada tam nasienie (może lepiej użyć słowa nasionko…), zakopuje, o resztę dba natura (chyba, że jest to uprawa w warunkach domowych- trzeba podlewać). Czasem, co jedynie, jeśli jest to konieczne, dorzuci trochę kompostu o dyskusyjnej woni. Nigdy, ale to przenigdy, nie odkopuje ziemi, żeby sprawdzić, czy nasionko wykiełkowało. Gdyby jednak byłby to ogrodnik nadgorliwy, mógłby się nabawić wpierw konkretnej nerwicy natręctw, białej gorączki, apopleksji i szeregu innych zaburzeń w działaniu mechanizmu organizmu, w końcu, skwaszony jak kapusta na bożonarodzeniowy bigos, rzuciłby wszystko w kierunek bliżej i dalej nieokreślony, stwierdził, że wszystko i tak jest bez sensu i dalej użalałby się nad sobą. Oczywiście takie użalanie się byłoby jak najbardziej wygodne- przecież się starał, a i tak nic nie wyszło, przecież pracował nad potencjalną roślinką, a i tak nic nie urosło.

Po trudach porodowych, gdy z kloaki kwoki wydostaje się jajo, kura siada na swej zwapnionej komórce jajowej i siedzi na swym kuperku. Nie sprawdza co chwilę, czy coś tam się rozwija, nie rozbija skorupki, żeby sprawdzić, czy kurczak jest żywy. Zaciska dziób i siedzi (w międzyczasie sobie może pogdakać, jajko dalej pod cieplutkim kuperkiem). Kurczak sam przebije skorupkę i oto nowonarodzony przyszły pasztecik zaczyna swą egzystencję.

Kot, z natury czysty futrzak, przed załatwieniem grubszej potrzeby fizjologicznej kopie dołek w piasku, poczym wydala z siebie przetrawionego Whiskasa i zakopuje te (nie)codzienny skarb. Nie rozgrzebuje później w kuwecie w celu sprawdzenia stopnia rozpadu swoich ubocznych produktów kociej przemiany materii. Takiej kupki się nie rusza, bo i śmierdzieć zacznie niemiłosiernie- skoro już zostaje poddana procesowi rozpadu, różne się substancje ulatniają wraz z zapaszkami. Co natura dała, niechaj sama wchłonie.

Sezon na komary, krwiopijce wstrętne. A gdy ukąsi i kilka kropel krwi ssaczej zaciągnie, potem odurzony jak pijaczek spod monopolowego sobie odleci, zaczyna się zabawa. Można się podrapać, sęk w tym, że ulga będzie chwilowa, potem bardziej jeszcze zaswędzi. Efekt śnieżnej kuli- w końcu się rozdrapie do rany i zacznie boleć. Lepiej przecierpieć tych swędzących chwil kilka bądź też wspomóc się jakimś specyfikiem. Czas załatwi wszystko.

Czas leczy rany. Czas wybiela wspomnienia niczym ACE. Jak się ich nie będzie rozgrzebywać, jak nie będzie się w kółko o nich nawijać, rozmyślać, rozdrapywać starych ran, w końcu się zagoją, jak rozległe by nie były. Fakt, blizny pozostaną, ale już nie będą boleć. A jeśli oparzenia trzeciego stopnia, to są specjaliści, medykamenty, terapie… Z wszystkiego da się wygrzebać.

No i trzeba ryzykować- życie ucieka, nie ma na co czekać 😉 I tak wszyscy zejdziemy z tego świata, trzeba korzystać, póki się da, przełamywać strach, jak to mawiała moja Babcia…

Mężczyzna dojrzały Środa, Maj 25 2011 

Mężczyzna dojrzały- pojęcie nieco abstrakcyjne, archaizm, rzadko dziś występujący w naturze, a już tym bardziej na wolności. W jednym worku z dziobakami i pandą wielką- gatunek na wymarciu.

Samiec oznaczony pierwszą literą alfabetu greckiego. Przywódca stada (rodzinnego), ten co dba o podpałkę do ogniska domowego, o który dbać już winna samica. I choć prawa już dziś równe, a dymorfizm płciowy wśród zwierząt dwunożnych, prowadzących tryb życia naziemny i mających idealnie przeciwstawny i sprawny kciuk u dłoni, niezbyt duży, dojrzałość mężczyzny sprowadza się do połowów wśród archetypów.

Zacna, dojrzała głowa rodziny, niczym lew broni dobrego imienia swego stada. Zarówno potomkowie, jak i samica, która na świat je wydała w wyniku połączenia materiałów genetycznych, powinni czuć się bezpieczni i móc liczyć na partnera/ojca w sytuacjach przynajmniej stresujących.  Dojrzały samiec odwołuje się do przestarzałych dzisiaj już instytucji, takich jak małżeństwo, pielęgnuje tradycję i nie daje się zwieść kocim łapom, nawet jeśli na cztery zwykł zawsze spadać. Zaobrączkowany (choć nic z oznaczaniem ptaków wspólnego to nie ma), nie daje się zwieść swemu instynktowi łowieckiemu, którego źródło ma w okolicach rozporka.

Kompromisowy i zrównoważony- granat w grę nie wchodzi. Dom to nie pole bitwy, a kobieta to nie snajper, ani też obiekt treningowy. Akt małżeński to nie akt własności, tylko wierności i dojrzały mężczyzna powinien zdawać sobie z tego sprawę. Nie ucieka także w żadną dziurę, niczym turkuć podjadek przed ogrodnikiem, gdy zaczynają pojawiać się komplikacje, tylko niczym marynarz każdy węzeł zwiąże, jak i się z nim rozprawi. I tyle, jeśli chodzi o podobieństwo do marynarza- bowiem tylko w jednym porcie jest kobieta.

Mężczyzna dojrzały winien z pewnych nielotów płci swej brać przykład. Samce pingwinów opiekują się jajami, wysiadując je na swych stopach. Ich instynkt ojcowski jest silnie rozwinięty, niczym papier toaletowy podczas sensacji żołądkowych (choć niepoetyckie to porównanie, jednakże jakże adekwatne). Także w przypadku koników morskich, to samiec jaja w swej torbie przechowuje. W przypadku rodziny człowiekowatych natura już nie była tak łaskawa, jednakże nasz gatunek doskonale się dostosowuje- kobiecie wprawdzie naciąga się skóra przez kolejne 9 miesięcy wbrew jej woli, jednakże u większości mężczyzn z wiekiem występuje zjawisko trącące o równouprawnienie- im też brzuszek zwiększać rozmiary zaczyna (z tym, że jest to rozrost- przynajmniej po części- kontrolowany).

.

…i znowu wyjdzie, że się ze średniowiecznej choinki bożonarodzeniowej urwałam…

Po pierwszej Poniedziałek, Maj 9 2011 

Widok tej pierwszej- cieszy. Widok tej drugiej- pociesza. Ta druga- radość dla oka, radość dla każdej innej części ciała, ta pierwsza- radość dla ducha. Podróbka szczęścia z fabryki na Tajwanie, jak śpiewa Kasia Nosowska. Podpisano: jakoś tak niefortunnie, zawsze ta DRUGA…

Oryginał wartość swą ma. Te subtelne wykończenia niewidoczne dla oka, nosi się przyjemniej, chce się jak najczęściej w tym pojawiać. Substytut niby niczym się nie różni, tylko tej metki nie ma. No i jakość nie ta. Ułożyć może się też nie tak, jakby się chciało.

Ta pierwsza- ta, o której pisze się wiersze, mdłe piosnki, aspirująca na bohaterkę Harlequina (tak strzelam, nigdy tego nie czytałam…). Romantycznie, ujmująco, urzekająco. Ucieszy się na widok takiej.  Ufa. Umili w każdej chwili. Choć pół światu tego kwiatu, szukaj tego wyjątkowego. Jej nie wyrywa, bowiem wyrywa się tylko chwasty. Piękno jest na wolności, rozkwita… i kusi by je zapylić… nieważne, zagalopowałam się.

Podróbka na pocieszenie. Żadnych poufałości. Ot, żeby się pobawić, pocieszyć po ukochanej. Jest zawsze na potem. Zawsze po, nigdy przed, co najwyżej zamiast, gdy oryginał nieosiągalny- jak się nie ma co się lubi, to się lubi, co się ma. Ostatecznie jako symbol porażki. Posunie się całkiem daleko w swym egoizmie. Ten, nie ta druga

Ptasie radio Poniedziałek, Kwi 18 2011 

Proszę, niech każdy nastawi aparat,
Bo sfrunęły się ptaszki dla odbycia narad*

I tak jeden przy drugim w dziób sobie patrzy, a nuż coś wyhaczy, a nuż z dzioba robaka zaciągnie. Zamiast swym pokarmem się zajmować innemu w talerz niczym szpak  zadziwiony odwłoku widokiem się patrzy. Dziób wypolerowany, na pokaz, a niech inni patrzą i zazdroszczą. I wciska dzioba, gdzie nie powinien, a dziób ten upaprany niezidentyfikowaną bliżej substancją chemiczną, związkami bakterii i wirusów. Zasieje te zarazki, podleje, oliwy do ognia doleje, a potem wyrasta…

Na to wróbel zaterlikał:
„Cóż to znowu za muzyka?
Muszę zajrzeć do słownika,
By zrozumieć śpiew słowika.*

Wzburzenie i ogólne, obopólne wzburzenie. Bo jak to? Ktoś zdanie ma inne? Nie no, oczywiście, w wolnym kraju zwykliśmy egzystować. Acz najbezpieczniej dziób swój schować i nie wychylać łba ptasiego. Dlaczego? Bo bezpieczniej. W nikłym świetle demokracji z przepalonej żarówki, gdzie pod jej latarnią ciemno jak pomiędzy zwieraczami człowieka z nadwyżką melaniny, zdanie jest zakazane. A odważ się być inny. Taki ładny pokój z błękitnymi ścianami dostaniesz, gdzie klamki nie uświadczysz i taki milutki, puchaty kaftanik przy kaloryferze przywiązany.

Jak usłyszy to kukułka,
Wrzaśnie: „A to co za spółka?
Kuku-ryku? Kuku-ryku?
Nie pozwalam, rozbójniku!

I armia ojca o nazwisku nieco grzybiczym, o barwie rudej, jakże poetyckie, trącącej poezją śpiewaną. I brońmy zasad niczym krzyża, i złóżmy hołd w smoczej jamie. Nie, nie tolerujemy inności. To nie Amełyka, tutaj keep smiling znaczy: jesteś durniem, którego da się wykorzystać, a gdy się znudzisz/ będziesz już bezużyteczny mam cię w obszarze ciała z bakteriami e.coli. Tak, tak, życie jest piękne, można wszystko. Ale TY nie możesz.

Czajka woła: czyjaś ty, czyjaś?
Byłaś gdzie? Piłaś co? Piłaś, to wyłaź!
Przepióreczka: chodź tu! Pójdź tu!*

Gdzież ja się podziewałam przez ostatni tydzień? Jakże to tak? Wyłączyłam telefon, oj niedobra jestem, niedobra. Tak, siedziałam i knułam, jak tu komu namieszać. O tak, marzę o tym, każdego dnia zawracam sobie głowę jakimś burakiem i układam niczym puzzle plany pokrzyżowania komuś drogi. Przecież to taka rozrywka. I jakże ciekawe otoczenie, co się ze mną działo przez te kilka dni. Gdzież ja byłam? A wzięłam sobie szkicownik i poleciałam do Honolulu. A tak serio: a kogo to obchodzi? Ja nie wciskam nosa w czyjeś życie i nie życzę sobie tegoż. Jestem dorosła. Że śpię ze zgrają pluszowych misiów i sześcioma poduszkami? Moja sprawa. Nie daję zaproszenia do mojego życia, tutaj odbywa się prywatka, a nie jakaś impreza na cele charytatywne.

Nie dasz mi? Takiś ty? Wstydź się, wstydź się!”
I wszystkie ptaki zaczęły bić się.*

A ja tam byłam, Żywca z butelki piłam, fajkę popalałam i słodko z boku wszystkiemu się przyglądałam. Adios!

Wściek.

*fragmenty Ptasiego Radia, uwielbianego przeze mnie, gdy byłam dzieciakiem, Juliana Tuwima.

Perspektywy (1) Piątek, Lu 18 2011 

Perspektywa żabia

Perspektywa widziana oczami płaza, będącego wprawdzie dość wysokim ogniwem w teorii ewolucji, jednakże o stosunkowo niewielkich gabarytach fizycznych. Dla typowej żabki, czy rozlazłej ropuchy (określenie uzależnione od stanu cywilnego osobnika płci męskiej), wszystko jest wyolbrzymione, a źdźbła trawki nie pozwalają na rozszerzenie horyzontu. Sprawdzają się, co prawda, wszelkie wyskoki, jednakże i na żabkę siła grawitacji działa, toteż poszerzenie zasięgu wzroku jest tylko chwilowe i uzależnione od kondycji. Żaba winna zachowywać szczególną ostrożność, bowiem istnieje ryzyko, iż zostanie pomylona z innym rzeczownikiem i przypadkiem ktoś wdepnąć w nią może. Żaby mają stosunkowo długie języki i chociaż większość wody pobierają poprzez skórę, przybliżona odległość wód gruntowych może jednak być powodem zmoczenia odwłoku. Żaby zazwyczaj nie mierzą wysoko, w pełni wartościowe odżywczo są dla nich latające owady, lubujące się zazwyczaj w odchodach gatunków ewolucyjnie wyższych.

Perspektywa z lotu ptaka

Ptak to domena wolności, symbol wszechobecny, jak również w godle naszego kraju. Ptak na wszystko patrzy z góry. Ba, żeby tylko patrzał… On jeszcze ze swej kloaki wypuścić potrafi na głowy niżej usytuowanych od siebie… Widzi wszystkie ogóły, czasem zniża się, by dostrzec szczegóły. I wartki i szybki, silny jak orzeł, mądry jak sowa, ślepy czasem jak i kura. Ale nawet orzeł pomylony z kaczką być może i zostać ustrzelony. Rosołek z orzełka wprawdzie do najpopularniejszych nie należy, ale w takiej Azji zapewne stałby się przysmakiem (tam, zdaje się, kosztują wszystko, co się ogniś ruszało… albo rusza…). Ptak winien zachowywać szczególną ostrożność, zwłaszcza gdy wybiera miejsce do spoczynku oraz planuje potomstwo. Kable nie zawsze są dobrze zaizolowane i mogą posypać się piórka przed odlotem, a pisklęta mogą skończyć jako jajecznica, bądź pasztet.

Perspektywa kocia

Inna niż wszystkie, ruchoma przede wszystkim. Kot, indywidualista z natury, wykazuje się niezwykła ciekawością i skocznością. Jego punkt widzenia zależy od aktualnego punktu buszowania. Obejmuje perspektywę z lotu ptaka, gdy zachce mu się świeżego mięska, jak i żabią, płazią czy inną gadzią (nie zapomnę, jak kot mojej ś.p. Babci upolował jaszczurkę i zagonił do mojego kapcia, którego to na nogę włożyłam i spokojnie zeszłam po schodach, sądząc, że mam jakiś miękki kamyczek. Dopiero, gdy podniosłam domowe obuwie i przewróciłam, a upadająca jaszczurka poczęła popierdzielać po podłodze, mama ma wskoczyła z krzykiem na krzesło, a ja z babcią zaczęłyśmy się dusić ze śmiechu, zdałam sobie sprawę, że to coś jednak było żywe…). Najszersze pole widzenia ma oczywiście kociak, jak nie z gałązki, to przyklejone filigranowe futerko do tapety pod sufitem (a gdy kot mój, Garfield, podrósł, zaczęły się prace remontowe).

Sitko, czyli… Piątek, Lu 18 2011 

…autoportret literacki by Agata Sitko 😀

Oczka o różnorakiej frakcji, wiele odmian w jednym elemencie. Służy do filtrowania, czasami jako zamiennik patelni, żeby palnąć tym.

Ma lekkie kobiece, seksowne krągłości, z których jest niezwykle dumne, dziurki (najwięcej w uszach, bo 13 i czternasta w pępku), bogato zdobione, z metalu jakże najszlachetniejszego. Z założenia głupoty przelatują przez wyprofilowane otwory i zostają informacje priorytetowe.

Czasami się zapcha, wtedy należy porządnie potrząsnąć. Gdy przez nadto długi czas zalegają wymieszane substancje, należy się porządne, wielokrotne wstrząśnięcie, usunięcie całkowitej zawartości, tabletki żrące, w celu wyczyszczenia powierzchni i porządne lakierowanie na koniec. Śliczne, czyściutkie, twarde jak stal, jak i psychika Sitka, jest już nie do złamania. Na bieżąco oczyszcza się ze wszystkich spraw i zaciesza się ze swego stanu jakże idealnego.

Sitko selekcjonuje. Sitko patrzy, czy ma jakieś wartości. Mniejsze wady wypadają przez dziurki, większe, które się zatrzymują, lądują z resztą zawartości w kanalizacji i płyną wsiną w dal. Sitko nie pozwala sobie na jakiekolwiek obciążenia.

Sitko ma rączkę. Czasem daje się za nią trzymać, nigdy prowadzić. Często rączkę tę podaje i cieszy się niezwykle, gdy jest pomocna. Sitko już nie daje rączki w rączki niepożądane. Żeby ową rączkę chwycić, trzeba podejść, uśmiechnąć się, zażartować, pogadać, mrugnąć oczkiem i wykonać szereg innych czynności, by nastąpiła faza filtracji.

W tej chwili Sitko jest zupełnie wyczyszczone (zagadka czerwonego słoneczka i uśmieszku- pozdrawiam!). Nie zalegają w nim żadne żale, szlamy, brudy i inne nieczystości.

Sitko jest trochę jak bumerang, z tą różnicą, że raczej nie wraca. Ale lata przednio (zwłaszcza na miotle, w swoich pokręconych snach- ach, jakże pięknie byłoby, gdyby ten ostatni okazał się proroczy- bez mioty był ;)).

Wszelki jad, jako że w postaci płynnej występujący, przelatuje przez Sitko. Dodatkowo jest ono zaimpregnowane i w żaden sposób nie wpływa na jego nieskazitelną powierzchnię.

Sitko, jak to Sitko, ma swoje marzenia i do nich dąży. Lubi wspierać inne jednostki, samo uwielbia oddawać się swoim pasjom, marzy o domku, mężu, kotku i bobasie za lat ileś.

Sitko jest kobietą, wreszcie, będąc czyściutkie, to odkryło. Sitko zdaje sobie sprawę ze swoich atutów, nie ma kompleksów, lubi swoją buźkę, zgrabny tyłeczek i obfity, w dobrym smaku, biust, jak i zgrabne nóżki. Sitko lubi sobie od czasu do czasu zaszaleć, kupić ładną sukieneczkę, pomalować pazurki, ugotować obiadek, nawet posprzątać (acz za tym nie przepada). Acz lubi… prać 🙂 Uwielbia zapach świeżego prania 😉

Sitko to stworzonko niezwykle towarzyskie. Aj, jakże lubi wyjść, poznać nowe buźki, pośmiać się z nimi, spędzić trochę czasu z Sitkiem zaprzyjaźnionymi.

Sitko nie mści się. Sitko wzrusza ramionami i mówi sobie: cóż, widocznie tak miało być, trzeba iść naprzód! Bo Sitko wie, że czasu nie cofnie, ani tego, który już był, ani tego, który można stracić… Sitko zrozumiało to po kwocie prawie 2000 zł po pierwszych trzech miesiącach… i dużo jeszcze Sitko wyda, ale zdrowie i spokój ducha są bezcenne 😉 I Sitko wie, że  z  taką bombą pozytywnej energii w sobie, zwróci się to z nawiązką 😉

Nieoczywista oczywistość Poniedziałek, Lu 7 2011 

Zostałam zagięta, a moja psychika mocno nagięta. Wręcz przegięta… I tak oto dowiedziałam się, że jestem nieugięta w kwestiach dla mnie OCZYwistych. Wystarczy tylko otworzyć oczy…

Samodzielność jest w cenie. Tato mnie tego nauczył, jak i naprawiania gniazdek elektrycznych, majsterkowania i innych takich i owakich. Lubię to, acz zdaję sobie sprawę, iż to działka niekobieca. Owszem, nie kryję się z takowymi umiejętnościami, jakkolwiek było się w tej budowlance i wylądowało na polibudzie… I nie zaprzeczę również, że mam jakiś tam ubaw, że facet może tego nie potrafić, czy nie znać pojęcia kastra (nie, to nic wspólnego z kastracją nie ma…), acz traktuję to naprawdę mocno z przymrużeniem gałki ocznej. Niefortunnie jednak zapomniałam, że kobieta wyemancypowana neguje całkowicie swoją kobiecość.

Tak, moje starannie zrobione paznokcie to efekt uboczny. Tak jak i obiadki, które sobie gotuję (nie najczęściej, bo nie potrafię gotować dla jednej osoby, zawsze jakoś tak niefortunnie co najmniej o tą jedną porcję za dużo przyszykuję). I generalnie (konkretna i dosadna) liczba sukienek i spódnic w mojej szafie to również przypadek, nie mający logicznego wytłumaczenia. A tapetę co rano na twarz nakładam, bo to zabieg artystyczny, a ja szalona artystka przecież jestem. Oczywiście wstydzę się swojej kobiecości, a jakże, przecież upodobałam sobie tak męskie zajęcia (baba z kielnią?!). Nie wrzucam swoich półnagich fotek na portale społecznościowe (ba! Nawet nie jestem na żadnym z nich, już…), co z góry już oznacza, że jestem zakompleksiona. Nie mam potrzeby czytania ochów i achów pod swoimi zdjęciami, nie mam potrzeby zamykania się w świecie wirtualnym (aczkolwiek przyznaję- był taki głupi okres w moim życiu, że dałam się w to wciągnąć). Chamstwo ignoruję, zamiast cieszyć się, że facet się do mnie odezwał (co tam, że ignorancko, patrz i podziwiaj)… Boże, jestem naprawdę dziwna…

A najdziwniejsze we mnie jest to, że wierzę w uczucia i bezinteresowność. Że cieszy mnie uśmiech, mały kwiatek, czas spędzony z drugą osobą. A gdy mi na kimś zależy, to chcę przychylić mu nieba. I nagle BUM! Okazuje się, że w dobie galerianek i facebooka, jeśli się tym nie pochwalisz, jesteś aspołecznym, nieuleczalnym przypadkiem…

Wiek studencki Sobota, Lu 5 2011 


Jest, jest, wiek dwudziesty pierwszy. Ach, jakże technologia zachwyca. Jakże lekko życie płynie, wprost do obyczajów, które niczym pasek od spodni po sytym i obfitym posiłku uległy rozluźnieniu. Żeby tylko zdążyć go rozpiąć, nim rozwolnienie za szybko zwolni z obowiązków resztki przemiany materii i wyleje z swych wnętrzności…

Wyprawka studencka? Dla takiego żaka, co w dzień powszedni studiuje? Słoiki z domowym bigosikiem, grochówką i paczka prezerwatyw. Sześć na dziesięć studentek sypia ze swoimi kolegami, nie będąc z nimi w związku. Nie oceniam, nie popieram, nie potępiam. Sondy nie zawsze są super- hiper adekwatne do rzeczywistości, ale coś jest na rzeczowniku, a nawet pod nim i pod tekstem. I zdawać by się mogło, by życzenia na drodze dla kariery od rodziców poniekąd zatroskanych uciekającą w świat szeroki latoroślą brzmiały: Niech ci penis sztywnym będzie! Niech macica ci nie ciąży!

Jak świat długi, szeroki i głęboki (gabaryty jakże pożądane), akademik, dom studenta, domem uciech był od zawsze. Uciech mentalnych, umysłowych, poalkoholowych, jak i przyziemnych, mniej mistycznych, cielesnych. A na ogół po doznaniu objawienia różowych słoni, trąba w górę ze szczęścia się podnosi (słonik z trąbą w górze- czyż to nie międzynarodowy symbol powodzenia?).

To a’propos wybitnie porannego dobijania się do moich drzwi, jako że stałam się potencjalnym obiektem do przyjacielskiego, niezobowiązującego seksiku. Przysięgam, blond piosenkarką nie jestem i za argument bo mi się bzykać chciało, gdzie czasownik bzykać zmieniony zostaje na romantyczne i kulturalne kochać, następnym razem wygrzebię się z łóżka i najzwyczajniej w świecie- że tak niekulturalnie i kolokwialnie się wyrażę- przypierdolę. Nie, TO CIAŁO się nie marnuje, to ciało się SZANUJE. A poza tym niewyspanie powoduje u mnie zmiany na cerze i w humorze. Na niekorzystne. I paznokcie mi się łamią, a to jedna z największych kobiecych tragedii, o.

Lata dziewięćdziesiąte, Bon Prix szturmem zapycha rynek. Popyt na ciuszki z katalogów, podajesz wymiar, płacisz, dostajesz. Szał! Ciuchów i ciał! A tu wiek do przodu, kreska przy dwóch iksach. Zakupy w Internecie… I nie tylko zakupy. Wklejasz swoją fotkę, wypisujesz podstawowe informacje, preferencje, taki katalog twarzy, acz częściej ranking na najbardziej wywalone ssacze części ciała. I ślini się później coś w monitor, cieknie mu z ust na klawiaturę. Prąd popieści, jakże przyjemny seks cybernetyczny. Żeby tylko prąd mózgu nie poraził, bo się jeszcze zrazi i poza przestrzenią wirtualną funkcjonować nie będzie potrafił… Droga do impotencji egzystencjalno- emocjonalnej krótka. I oklapnięta, jak powieki poza monitorem, abstrahując już od wad zmysłu patrzenia…

 

Lanie wody Piątek, Sty 14 2011 

Sody trochę za dużo, zbyt zasadowo się zrobiło, bąbelki uderzyły w punkt najczulszy. Mózg z substancji nieco plazmatycznej przerodził się w związek wodoru i tlenu. I leje nim ten, kto głowy tej właścicielem, na prawo i lewo…

Lanie wody to niebezpieczna czynność. W końcu życiodajny płyn to substancja, która występuje w trzech stanach fizycznym. Mała kałuża szybko wyparuje i pójdzie w eter. W nieco większej można zwyczajnie popłynąć. Albo zmiesza się to z ziemią i jak prosiak w błotku taplać się przyjdzie. Gdy jej za dużo- nie sztuką jest się utopić, zwłaszcza, gdy jej poziom sięgnie jakiegoś wścibskiego nosa. A jak chwyci mróz, to i pośliznąć się można. Owszem, jakiś czas wiruje się taniec towarzyski, czy też indywidualny, jak w łyżwiarstwie figurowym, ale tutaj potrzebna jest kondycja. A lód twardy, przy upadku część z dziurą do wypróżniania organizmu potłuczona. Inne części częściowo, bądź też całościowo także. I stąpanie po takim lodzi to wyczyn dla zawodowców. Wbrew pozorom jest on niezwykle cienki, a jak wody za dużo pod nim, to kąpiel w przeręblu gwarantowana. Dla morsów i innych ssaków morskich- czemu nie. Homo sapiens bynajmniej takowym nie jest.

Czasem leje, jak ciepły letni deszcz. Jak krem nivea łagodzi podrażnienia i wygładza chropowatą rzeczywistość. Piękny, romantyczny, uroczy. Ale o-oł. Awaria. Brak ciepłej wody. Kubeł lodowatego płynu z zanieczyszczeniami prosto na głowę. Niezbyt rozkoszne to doznanie. Ale nie ma to jak zimny prysznic- cóż lepszego na orzeźwienie uśpionej słodkim kłamstwem czujności, jak nie roznegliżowana prawda?

To nie śmigus- dyngus. A ten z kolei prima aprilisem nie jest. Nikt nie leje tutaj poświęconą w Wielkanoc wodą. W wodzie tej bakterie, roztocza , zarazki i cała tablica Mendelejewa. Środki chemiczne mają na celu poprawienie walorów smakowych. Łatwo się tym zachłysnąć i rozkoszować smakiem przez dłuższą chwilę. Ulepszacze działają czasowo. A gdy się płyn ten dawkuje w nadmiarze, a w tym wszystko szkodzi, łatwo się zakrztusić i wypluć z siebie cały ten życiodajny inaczej roztwór. Konserwanty w pewnym momencie wywołują odruch wymiotny i/lub biegunkę. A zatrzymać te reakcje obronne organizmu jakoś by wypadało (z pomocą nadchodzi węgiel, by zamazać prawdę i zatrzymać się jej rozprzestrzenianie).

Łatwo się taką wodą zalać. W nieboszczyka, zombie i inne straszydło. W zasadzie wywołuje reakcje podobne jak alkohol, ma zbliżone działania. Najpierw amok, zamazany światopogląd, potem, w czasie suszy język suchy i boli, bardzo boli… Bo z głowy wypłynął ten mózg w formie płynnej…

.

Ludzie, dawajcie głupsze opisy na gg, dla mnie to inspiracja! 😀

 

Gdyby ciocia miała wąsy… Środa, Gru 29 2010 

Gdyby ciocia miała wąsy, to by wujkiem była…

Gdybanie- za to płaci się filozofom. W sumie przyjemna praca- zajmują się tym, co wszyscy i jeszcze na tym coś zarabiają. Niektórzy przechodzą do historii, niektórzy wpadają w histerię i inne zaburzenia psychiczne.

Gdybanie to rozpatrywanie możliwości, przed którymi się staje, bądź też stawało. Gdybaniu towarzyszą pytania pomocnicze, typu a co jeśli?: A jeśli się nie uda? A jeśli się uda? A gdyby potoczyło się inaczej? Co bym zrobił (a) w tej sytuacji teraz?

Gdybanie ma swoje racjonalne podstawy, jeśli odnosi się do czasu przyszłego. Ma na celu wizualizowanie sytuacji, rozpatrzenie wszelkich możliwych aspektów i konsekwencji. Gdybanie o przeszłości to zwyczajna głupota, która do niczego pozytywnego nie prowadzi. Człek nakręca się, nakręca, wpada w obsesję żalu popełnionych błędów i… w efekcie znów popełnia te same błędy. Nie dość, że nie idzie to przodu, jak natura przykazała, nie rozwija się, to wręcz pojawia się weń uwstecznienie.

Było, minęło. Widocznie tak miało się zdarzyć, widocznie tak miało zostać się potraktowanym. Ludzi się nie zmieni. Jedyną osobą, która może zmienić człowieka, jest on sam. I na tym polega życie- na życiu w punkcie czasoprzestrzeni, zwanym bliżej teraźniejszością, kukaniem w bliższą przyszłość i przede wszystkim na działaniu. Gdybanie nie jest żadną z tych czynności. Jest to na pewno jakieś zajęcie, jednak ma ono postać wirtualną.

Gdybanie jest pewnego rodzaju formą ochronną. Wywołuje je pewnego rodzaju lęk, żal i niepewność. Sama ta czynność na pewno nie zminimalizuje, a już tym bardziej nie wyeliminuje obaw. Wręcz je nasili, a nawet uczyni z nich formę dominującą nad egzystencją danej jednostki.

Kiedyś nie gdybałam- zaciskałam zęby i mimo kamieni we mnie lecących szłam do przodu. Do dzisiaj nie wiem, skąd miałam tyle siły. A gdy ten deszcz skalny ustał, zaczęłam się zastanawiać, dlaczego pewne wydarzenia przytrafiły się akurat mnie. Jak bym teraz się zachowała? Kim byłabym teraz? Jak wyglądałoby moje życie? Lęk przed jutrem, coraz większy strach przed ludźmi, wyzwaniami, które niegdyś były moim życiem… Miałam swoje gdybanie… Blizny zostaną na zawsze- bo to doświadczenia. Żaden cepan ani inna maść ich już nie wyeliminuje. Najważniejsze, że nie bolą, został już tylko ślad… Wracam do działania- wraca radość życia 🙂

Ekshumacja przeszłości Poniedziałek, Gru 13 2010 

Dzisiaj bardzo modne jest zwalanie przyczyn problemów na klapsy z dzieciństwa. Zły tatuś, wpieprzył dzieciakowi, bo ten mało się nie okaleczył przez swoją bezmyślność. A mówiło mu się. Zła mamusia, bo wydarła się na dziecko, że porządnie nabroiło. Tak jest najwygodniej- szukać przyczyn niepowodzeń w rodzinnym domu.

Czas. Czasoprzestrzeń. Czwarty wymiar. Pojęcia fascynujące mnie odkąd pamiętam. Człowiek ożywia wspomnienia, czuje, że coś wydarzyło się przed chwilą, chociaż miało miejsce ileś tam lat temu. To nieistotne- było. Czy 2 minuty temu, czy 2, czy też 20 lat temu- sięgając do pamięci nadaje tchnienie zdarzeniu, wskrzesza je. W jakimś filmie padła przepiękna wypowiedź, brzmiąca mniej- więcej: Jak przewidzieć przyszłość? Najlepiej ją sobie wymyślić. Tylko, jeśli człowiek myśli o przeszłości, a potem ze zdumieniem stwierdza, że pewne schematy się powielają, czas zatacza koło, to jak jego przyszłość jawić się ma w jasnych barwach? No, chyba, że ma same miłe wspomnienia. Ale ludzka natura jest nieco masochistyczna- głównie rozmyśla się nad tym, co zabolało. A potem zdziwienie potężne, że znowu wydarzyło się coś, co ubodło w psychikę.

Równie dobrze można stwierdzić, że przeszłość po prostu nie istnieje, jest wytworem wyobraźni. Skoro nie dzieje się tu i teraz, nie ma miejsca w chwili obecnej, to tego po prostu nie ma. Żyje wspomnienie- ale tylko wtedy, gdy mu się na to pozwoli, gdy je się ożywi.

Nieprzyjemne sytuacje, te, które najmocniej zabolały, człowiek wypiera. Tak twierdził Freud, tak twierdzą specjaliści od głowy dzisiaj. I faktycznie, homo sapiens ma w sobie taką skłonność, że chce na siłę o czymś zapomnieć i spycha to do podświadomości. A potem dziwi się, dlaczego w pewnych sytuacjach reaguje tak a nie inaczej. Odniosę się do swojego przykładu- dlaczego jestem sama i boję się facetów? Bo zepchnęłam tą pieprzoną próbę gwałtu na same dno swojego umysłu i przywaliłam toną informacji książkowych, żebym broń Boże się do tego nie dokopała. W końcu ktoś wziął łopatę i tam zaczął grzebać. A raczej ekshumować, bo zagrzebałam to parę ładnych lat temu.

Nawet jeśli człowiek zdaje sobie sprawę z czegoś, co rzeczywiście miało miejsce w jego przeszłości, a wyparł to, chociaż mimo wszystko o tym pamięta, to gdy będzie o tym opowiadał, będzie miał wrażenie, że owa sytuacja dotyczy jakby osoby postronnej, na pewno nie jego. A to również wyparcie… I potrzebne jest wsparcie…

%d blogerów lubi to: