Mikrus Piątek, Wrz 6 2013 

Biuro matrymonialne Auto Komis Gorzów Wlkp. Typowe swatanie. Już na mnie czekał, wykupiony z mym nazwiskiem. Cierpliwie stał pośród innych czekając, aż wejdę weń, włożę mu kluczyk do stacyjki, przekręcę nim nieco i wyruszę w świat daleki. No, z tym światem dalekim może i przesadziłam, ale kierunek dżungla (tudzież betonowa) wydaje się być określeniem aż nadto adekwatnym.

Wszystko, co ma swój początek, ma też swój koniec. I bywa, iż nawet związek idealny, z przyczyn od nas niezależnych, w jednej chwili ulega roztrząśnięciu na tysiąc kawałków. Jak światełka w moim Bąbelku, gdy durna baba wjechała mi pięć metrów przed maskę, wymuszając pierwszeństwo i jeszcze, zamiast ratować sytuację, dać gazu i zwiać, to stanęła w poprzek drogi. Dwa i pół miesiąca żyłam okryta żałobą. I żal ten wzrastał we mnie  każdego dnia. Nie dość, że nie miałam mojego Ukochanego Autka, to na dodatek uśmiechać się zwykłam niezwykle szeroko, by ktoś podwiózł mój tyłek szanowny tam, gdzie piechotą dojść nie mogłam (a niby do lata można dojść tym sposobem…).

Żal powoli mijał. Dalej zżerała mnie tęsknota i łza w oku kręciła się, jak ja niegdyś kierownicą mojego Bąbla. Aż tu pewnego (niezbyt pięknego w aspekcie atmosferycznym) dnia zadzwonił telefon: Znaleźliśmy dla ciebie samochód idealny! Sceptycznie nastawiona, bucząc jakieś acha pod nosem, przyjęłam do wiadomości. I nawet, gdy transakcja została dokonana, jeszcze tego nie czułam. Jeszcze go nie widziałam przecież. Tylko kilka zdjęć, a w zdjęciach nie zwykłam się zakochiwać (chyba, że są na nich koty).

Ale pierwsze spotkanie. Oko w lampy… Toż to miłość od pierwszego wejrzenia! Mój. Naprawdę MÓJ. Cudowny, srebrny, zadbany i czyściutki. Mój Nissan Micra. Moje nowe cudowne autko! Weszłam do niego, poczułam jego wygodne siedzenia, obmacałam drążek od skrzyni biegów, przesunęłam palcami po kierownicy, wepchałam łapy do wszystkich schowków i poprzyciskałam co się dało. MÓJ. MÓJ UKOCHANY…

Wspomnieć jeszcze należy o lęku, który zagnieździł się we mnie od czasu wypadku. Przedsmak wygranej poczułam wraz z potem nie do końca dbających o higienę pasażerów autobusu. Jechałam nim pierwszy raz od kilku lat. I OSTATNI. Serio. Wygraną poczułam po piętnastu minutach pierwszej jazdy. Wprawdzie wyjeżdżając z Gorzowa obawiałam się, iż nie doczyszczę tapicerki, bo po prostu coś na niej zostawię śmierdzącego po pierwszej jeździe, jednak mimo dwóch baranów, co mi pierwszeństwo wymusili ( i których Mikrusek nie omieszkał swym sygnałem dźwiękowym uraczyć), wszystko jak ręką odjął.

Mikruś to zgrywus. Już po pierwszej trasie odczułam jego poczucie humoru na moich zatokach. Zgotował mi chłodną, mrożącą krew w żyłach jazdę, czyli klimatyzacja w pełni sprawna- zdychałam prawie tydzień. Drugi psikus był znacznie bardziej bolesny- ja miałam zatkane zatoki, on zaś pompkę od spryskiwacza. I menda tak głęboko miała ją schowaną, że trzeba było ściągać nadkole i zderzak. A że zeszło nam to do zmroku, to stwierdziłam, że mój blaszaczek tak ładnie świeci oczkami, że włączę mu światła. Jego blask mnie kompletnie oślepił i wchodząc do kanału… nie zauważyłam schodka. I w tenże  sposób, niczym wytrawny weteran wojenny, na kampanię wrześniową wkroczyłam kuśtykając, ze skręconą kostką.

Kocham mojego Mikruska, mimo jego niewybrednych żartów.

Ku pamięci Bąbelka… Środa, Czer 12 2013 

Był pierwszy, ale jak to w życiu bywa, z pierwszą miłością człowiek się rozstaje. Tolerancyjny, zawsze posłuszny, nawet, gdy nie dawał rady, ledwo zionął, był spragniony- nigdy nie odmówił mi posłuszeństwa. Moja pierwsza blaszana miłość. Mój Bąbelek. Moje kochane autko…

Tekst ten powstał, żeby uczcić pamięć Bąbelka, mojego kochanego maluszka. Był malutki, niezwykle zgrabny i posłuszny, w kolorze czerwonym, perła. Tak pięknie się mienił w słońcu (jak był czysty- to w sumie nie zdarzało się aż tak często). W sumie dalej Bąbelek jest, niestety czekając na rzeczoznawcę mobilnego, który „na 99% orzecze całkowitą szkodę”, choć już nie tak zgrabny, wstępnie z wgniecioną maską, błotnikiem i zderzakiem, rozwaloną lampą i chłodnicą. Szkoda. Tyle z nim przeżyłam.

Pierwszy raz tylko ja i on. Nigdy nie zaburczał, gdy klęłam jak szewc za kółkiem. Nigdy nie kazał mi się zamknąć, gdy śpiewałam. Ba, nawet radia nie kazał pogłośnić.

Serce jego, silnik, dostrajało się do mojego nastroju. Im więcej we mnie adrenaliny było, tym głośniej wył jak wilk do księżyca. To z nim pierwszy raz pocisnęłam, ile dała fabryka (aż mu żyłka pękła i musiałam impulsator mu wymienić- tak mu ze mną dobrze było na wysokich obrotach, że nie chciał mnie uświadamiać).

Bąbelek uwielbiał, gdy delikatnie jeździłam dłońmi po jego kółeczku, gdy chwytałam pewnie jego drążek i zmieniłam nim biegi. Uwielbiał mnie, a ja jego. I nawet, gdy skrzynia, od tego jego zgrabnego drążka odmówiła mi posłuszeństwa w trasie, to jednak pozwolił mi dojechać do Szczecina, by potem na awaryjkach, ostatnimi tchnieniami, przezeń przejechać.

Bąbluś był moim przyjacielem. Nigdy nie narzekał, zgrabnie trąbił i hamował. Nie obrażał się, gdy był zawalony papierami, projektami, puszkami po energetykach i paczkami po fajkach, czy gdy upaćkałam mu tapicerkę. A jakże szczęśliwy był, gdy tą muskałam rurą od odkurzacza.

Ten jeden, jedyny raz Bąbel nie wyrobił. Zapamiętam tę datę do końca życia- 11 czerwca 2013. Wracaliśmy z uczelni. Ja, Ola i Bąbelek, naturalnie. Po dwa pasy w jednym kierunku, oddzielone pasem zieleni. Ja na pierwszeństwie. Na skrzyżowaniu, na torach tramwajowych, widzę jakieś auto. Coś mnie dźgnęło. Zwolniłam, jechałam jakieś 40 km/h. I nagle, w ostatniej chwili, wyskakuje jakaś baba w tym aucie, ja po hamulcu, ona- zamiast gazu- hamulec i stoi w poprzek. A Bąbelek, na hamulcu, próbuje się bronić. Wykręcam lekko, bo ta stoi i gapi się jak szpak w dupę, za przeproszeniem. Jebut. Bąbelek skasowany. Pinda głupia w tym oplu tylko lekkie wgniecenie.

Formalności, ganiania i te de- szkoda mi nerwów, żeby pisać. Jeszcze tylko na policję się wybrać muszę, by wysępić nagranie z monitoringu z ostatnich chwil życia mojego Bąbla. Ale przynajmniej jego organy pójdą na przeszczep, a serduszko jego, silnik, będzie jeszcze przez lata wyło.

Cały czas mam wrażenie, że Bąbelek stoi pod kamienicą, że czeka, aż zejdę, włożę mu kluczyk do stacyjki i gdzieś pojedziemy sobie w trasę. Tylko ja i on…

Pamięci Bąbelka, Fiata Seicento,

Rest In Peace, 11.06.2013

Pajrat drogowy cz.3 Wtorek, Gru 14 2010 

Jedziesz, bo musisz. Bo życie cię zmusza. Ręczny zaciągnięty, ale ty twardo do przodu. Stan techniczny coraz gorszy. Jedziesz klekotem na resztach paliwa…

Benzyna zaczyna ci nagle śmierdzieć. Droga śliska jak cholera, kolców na oponach nie ma, a przydałyby się. Przyczepność- pożal się Boże. Ale jedziesz.

To nie adrenalina. To próba rozpędzenia się, chociaż hamulec trzyma. Chcesz osiągnąć większą prędkość. Ale coś się zablokowało. Chcesz zagadać, pogadać, wszystko naprawić. Ale do warsztatu daleko. Albo mechanika brak.

Płynu w spryskiwaczu już dawno zabrakło. Szyby tak zalane łzami, że nic nie widzisz, tylko jakieś zarysy. Jeździsz tam, gdzie nikogo nie ma- przynajmniej nie potrącisz. Odcinasz się od świata.

Oleju w silniku coraz mniej. Jak i w głowie- wszystko piszczy, skrzeczy.

Zakładają ci blokady na kołach. Twardo je rozwalasz i ruszasz dalej. Podróż coraz bardziej męczy, ale nie chcesz się zatrzymać. Tankować też nie chcesz. Sam zapach przyprawia cię o mdłości.

W końcu trafiasz na jakiegoś kierowcę z linką holowniczą. Pomaga ci dotrzeć do warsztatu. Mechanik kosztuje, ale zanim będziesz gotów przejść pomyślnie przegląd techniczny, dużo czasu upłynie.

Diagnoza nie zaskakuje… Oddajesz się w ręce mechanika od głowy i twardo szukasz po pokrywą komory silnikowej latających części, dotąd niewidocznych. Wygrzebujesz śrubkę, dokręcasz ją na swoje miejsce. Wygrzebujesz kolejną, zastanawiasz się, od czego ona jest i ją dokręcasz. Albo wymieniasz.

Zastanawiasz się, co się dzieje na twojej drodze. Jak tam inni podróżni. Chcesz spytać, ale nie chcesz nikogo zatrzymywać- każdy ma przecież swoją trasę, swoje cele. Nie chcesz nikomu wchodzić pod koła, przecież może potrącić i odtrącić, a ty tylko nabawisz się kolejnej kontuzji psychicznej. Cicho siedzisz i masz nadzieję, że to ciebie ktoś zatrzyma, chociaż na chwilę. Ale sam się boisz- już raz, albo i więcej razy przeżyłeś wypadek…

Pajrat drogowy Piątek, List 26 2010 

Siedzisko ustawione, lusterka przygotowane na obserwację z różnych stron, aby nic nie zaskoczyło w ostatnim momencie, pasy zabezpieczają skórzany worek z kośćmi i mięsem uformowany w homo sapiens. No to odpalamy, pierwszy bieg, ręczny w dół, rozejrzeć się i… WIO! W drogę!

Byle nie za szybko sprzęgło puścić. Falstart. Chciałoby się wszystko od razu. A tak dobrze to nie ma… Musi być jakaś asekuracja. Organizm jest naturalnie wyposażony w system immunologiczny. Jak samochód. W czasie gorączki nie da się ruszyć z kopyta, mechanizm się krztusi.

Drugi bieg. Można sobie na zabawę pozwolić. Mocny silnik i układ nerwowy przy okazji, depnięcie, tak do końca, na całego… noga z gazu… i dawaj do końca! Ten, co tak namiętnie gaz trzyma od samego początku znika w lusterku… Baj, baj, maszkaro! Jak tak będziesz cisnął, to ci pod górkę auto zdechnie.

Trzeba energooszczędnie. Żeby jak najmniej paliwa spalić. I regularnie się tankować (nie mylić z tankowaniem studenckim, tudzież wzmożonym w miejscach zamieszkania zbiorowego, jak akademiki). Bo nie daj boziu, pod górkę zabraknie… Oj, kiepska sprawa. Albo gdzieś na odludziu. Kanister i szukać najbliższej stacji i ukojenia.

Pod górkę, ciężko, ciężko… Ale daje radę. Najgorsze jest ruszanie. W sumie, osobiście takowe najbardziej lubię- tak spektakularnie wydrzeć z ręcznego. A potem już tylko z górki… Co najwyżej czasem po hamulcu, żeby gdzieś na czyimś tyłku nie skończyć, co wiążę się z poważnym ryzykiem katastrofy. Nie każde zbliżenie jest zdrowe…

Błotkiem rzucać ktoś w nas może. Kubeł zimnej wody wylać. No, ale od czego są wycieraczki? Ewentualnie trochę płynu do spryskiwaczy i już jasny widok mamy. A że sobie popluje… Jego problem. Myć trzeba, czasem po porostu częściej…

Jak ktoś zwalania przed nogami, wyprzedzić trzeba. Uwaga na wariatów z naprzeciwka- czołówka nic miłego. Niektórych ominąć szerokim łukiem. A z niektórymi tylko się mijamy, czasem tylko jakiś sygnał sobie dajemy, że może jakiś groźny piesek za rogiem albo inne niebezpieczeństwo. Totalnie neutralne relacje interpersonalne.

No i znaki. Gdzież byśmy bez nich zawędrowali? Cenne uwagi, czasami jak byk przed nosem. A byka się nie rozwściecza. Trzeba za znakami podążać. Czasem tak bywa, że ktoś usilnie daje znak, a kierowca swojego życia ślepy jak sowa w biały dzień… A potem ma. O.

Na zakrętach życiowych zaleca się zdjąć nogę z gazu- zbyt duże jest ryzyko wpadnięcia w poślizg. No, chyba, że ktoś lubi adrenalinę i jak najszybciej chce wyjechać na prostą 🙂

Przejazd na czerwonym świetle oczywiście daje moc adrenaliny, przekracza się ogólnie ustalone normy, ale skandal czasami potrafi zniszczyć życie. Ale bywa, że jakiś opóźniony baran stoi na zielonym. I blokuje resztę ruchu…

Cel- bo każdy go ma. Po dotarciu zaparkować, wyjść, pooddychać. Zachwycić się. Ustanowić sobie nowy cel. I w drogę…

A, i najważniejsze- przed jakąkolwiek jazdą trzeba się co nieco podszkolić. Zrobić sobie taki mały kurs. Jak to powiadają- trening czyni mistrza. A życie przeegzaminuje już samo…

 

%d blogerów lubi to: