Student potrafi… (1) Poniedziałek, Lu 7 2011 

Student co najmniej dwa razy do roku doznaje (nie)przyjemności analnej i utyka w czarnym odbycie, nie wiadomo w której części tej jelita i nie wiadomo także, z której strony zacisnęły się zwieracze. A że siedzi na części ciała, gdzie ów zatrzask się znajduje, zaciska zęby i pręży się jak na porodówce…

A’ propos tej porodówki, taka anegdotka, totalnie abstrahująca od tematu: akurat zajechaliśmy na budowę, szpital, oddział ginekologiczny: ja, brat, nasz kolega. Brat inżynier nadzoru, my (kochające się przeto budownictwo i architektura- btw. Od października łączę te dwie sprzeczne miłości w sobie) w sumie dla towarzystwa. I nowoczesny sprzęt porodowy.

-Nie no, Agata, z tym redbullem… Widać, że jesteście rodzeństwem. Też tak kopcisz jak on?

No też, ale to insza kwestia. Otóż kolega wyznaje, iż po napojach energetyzujących ma rozwolnienie, a zazwyczaj cierpi na zaparcia. Proponuję mu krzesełko porodowe, takie ładne, takie praktyczne… I gdybym nie zwiała, możliwe, że utknęłabym w wannie porodowej… To tyle na temat porodówek 😀

Moherowe berety nie umywają się do studenckiej poczty pantoflowej. Tutaj to nawet smoki i słonie (różowe) w opowieściach znaleźć można. I pieczara, w dół kopara, czarownice, wampiry. Wszystkie cuda i dziwy. Do tego jeszcze jakieś wyrwane z kontekstu zdjęcie, filmik i na festiwal do Cannes można wysyłać, acz zazwyczaj kończy się to na youtube.com, a dalej propaganda na sruku-fejzbuku (kuku!). To tak jak kiedyś wprawiałam do brata i z uśmiechem, zziajana, zdyszana, rzucam werbalne, pełne sarkazmu uwielbienie w stronę ówczesnego jego współlokatora:

-A ja słyszałam, że przed chwilą doznałeś spektakularnej ablucji wodą z klozetu!

Spojrzał się na mnie jak rzeźnik na kawałek wieprzowiny i wysyczał:

-Skąd to wiesz?

-Braciszek mi powiedział- ząbki uroczo suszę i mrugam powiekami, trzepocząc rzęsami.

-Ale zaraz… przecież dopiero co tu wparowałaś!

-Na gie-gie –odpowiadam zalotnie, obrotnie ironizując.

-Na pudelku to oznajmij- syczy do brata.

Najczęstsze wypadki, powodujące trwałe urazy w psychice i ciele mają miejsce właśnie w trakcie studiów, zazwyczaj. Opowieść nie moja, ale po prostu muszę to napisać, na FAKTACH AUTENTYCZNYCH.

Rzecz dzieje się w jednym ze szczecińskich akademików (nie powiem w którym, ale dla znających te okolice, duży budynek i nie polibudy). Na korytarzu ścieżka z krwi prowadząca w dół, do portierni. A tam dwóch studentów, jeden z zakrwawionym (scena jak z Udręczonych) ręcznikiem przy ustach. Koledzy wpadli na genialny, poniekąd, pomysł i użyczyli sobie wózka z Carrefoura. Jeden wsiadł, drugi wziął rozpęd, pchał go (wózek, nie kolegę) i wypuścił na schody. Żeby było już całkiem zabawnie i pikantnie, ów poszkodowany już po raz czwarty wybił sobie przednie jedynki. A że dentystka jego, wstawiając mu je po raz trzeci zapowiedziała, że czwarty raz ma gratis, toteż miał darmową rozrywkę dentystyczną. Oczywiście byli w stanie nietrzeźwym.

Akademiki to miejsca najdziwniejszych awarii i domy uciech, ale to akurat w następnych odcinkach. Uwielbiam minę pań z administracji, gdy tam się zjawiam. A na ogół tylko po to, aby zgłosić jakąś niedyspozycję elektryczną/ sanitarną/ jakąś inną.

-Dzień dobry- wparowałam razu pewnego,- chciałam tylko zgłosić że w XXXX [nr pokoju] spadł żyrandol.

-W XXXX spadł… co? – babka miała niewyraźną minę.

-No… żyrandol spadł.

-Jak to żyrandol spadł?

-No zwisał sobie z sufitu, teraz na podłodze leży.

Patrzy na mnie wzrokiem pełnym konsternacji.

-Na stoliku nie ma miejsca…

Innym razem:

-Dzień dobry, ja tylko chciałam zgłosić, że w boksie XXXX-XXXX wyleciała deska sedesowa przez okno zeszłej nocy i załatwić się trudno…

Na dzisiaj to tyle, biorę się za szukanie zwieraczy, bom w czarnej…

 

Och… O cholera! 2 Piątek, Sty 14 2011 

opowiadanko studenckie 😉

My, studenci. Puch wśród pierza dorosłych marny! Zbici w akademikowym pokoju, na stole trzy rodzaje chipsów z Biedronki, jakieś sałatki przygotowane przez rodzynki politechniki  w postaci płci pięknej (a w ostatnich czasach ciasto uczelni technicznych przyjmuje formę bakaliową), kilka butelek z napojami zawierającymi związki alkoholowe- ile to związków pod ich wpływem powstało! A później kace, moralne i fizyczne… Mamy imprezę!

Początki zawsze takie rozproszone, elementy niedopasowane, każdy inny, zdawałoby się, że tych puzzli nie da się poskładać. Ale trochę bąbelków, trochę dezynfekującego gardło napoju i od razu atmosfera się ociepla, jak środek fizyczny układu pokarmowego. Siedzimy, śmiejemy się, bawimy w najlepsze. Dobre złego początki, wstawiając wątek pesymistyczny…

Gdy anegdotom i dowcipom koniec przyświecał, a kolega Marek w kącie przy szafie już się rozmarza i poczyna odpływać na statku marzeń w krainę snu, odlatując na szerokich jego skrzydłach, postanawiamy w ramach otrzeźwienia naszych umysłów wybrać się w większe, bardziej anonimowe towarzystwo. W końcu jesteśmy przyszłą elitą intelektualną naszego wspaniałego narodu! Nawet Piłsudski tak się o nim wyrażał, przecież (abstrahując od tego, że ludzie to hm… w wersji dla dzieci takie panie, co sprzedają swe fizyczne atuty).

Ciągnąć Markowate zwłoki idziemy w kierunku nieco bliższych baletów. Nie za długa to droga, ale ciemno już i ślisko też. Nocne nie kursują z częstotliwością, jaką sobie życzymy, a taksówka pod koniec miesiąca to wydatek nie na studencką kieszeń. Podróżujemy naszym permanentnym, cielistym środkiem transportu.

Marek zatrzymuje się w połowie drogi. Szarych Szeregów, on sam szary i mało wyraźny, chociaż ciemność dookoła, a oświetlenie odlatarniane ma to do siebie, że przedstawia niedoskonałości w trochę wyidealizowanym świetle. Ale Marek to postać jak najbardziej specyficzna.

-Ty, Matylda- rzecze Ewka. –Podtrzymaj Markowi kudły, bo chyba coś się zadzieje…

-Niech to Krzysiek zrobi- wskazuję na kolegę.- Ja jestem za mała.

Istotnie, mój wzrost to metr pięćdziesiąt w kapeluszu i na szpilkach, a Marek to takie wyrośnięte stworzenie. W efekcie w towarzystwie jego zacnej osoby wyglądam trochę jak Flap przy Flipie.

Krzysiek podchodzi, łapie długie, ciemne, nieco pofalowane (jak ich właściciel) włosy. Marek chwyta się latarni, pochyla swe ciało… Tak, teraz właśnie rozumiem, dlaczego związek frazeologiczny puścić pawia został uformowany tak, a nie inaczej. Różnorodność barw na kontrastującym śniegu przypomina trochę witraż w oknie kościoła gotyckiego. Ma w sobie swój urok, gdy zapomni się, czym tak naprawdę to jest… Jak pawi ogon, są nawet oka (tak, staram się nie myśleć, że to połowicznie przetrawione składniki sałatki mojej roboty).

-Już?- troskliwie pyta Krzysiek.

Pada jeszcze kilka epitetów, nieistotne jakich. Marek powoli zaczyna wracać do swojej postaci. Idziemy dalej, nawet mu humor powraca. Co prawda, w żaden sposób i za daleko jakoś nie oddalił się, ale Marek w stanie półtrzeźwym taki zabawniejszy, aniżeli w stanie bardziej nietrzeźwym.

Panowie w niebieskich mundurach podjeżdżają niebieskim skunksem z białym paskiem. Wylegitymować chcą, bo tak nam niewyraźnie z oczu patrzy. Pierwszy ogień, pocisk- Mareczek!

-Dowodzik poprosimy.

Marek wkłada swe lekko zwiotczałe dłonie do kieszeni, wyciąga jakieś papierki, podaje policjantowi…

-Pan potrzyma- mówi, wkładając w dłonie jego kilka śmieci.

Ponownie nurkuje w zagłębieniach swych spodni. Podaje policjantowi wszystko, co ma, następnie sięga do kurtki. Wyciąga mały woreczek z wysuszoną zieleniną i dowód i daje panu stróżującemu…

Marek jedzie na komisariat. A my? My wracamy po przeszukiwaniach do akademika…

%d blogerów lubi to: