Wiedźma Czwartek, Maj 26 2011 

Historia prawdziwa

.

Przyszła na świat pod koniec lat dwudziestych XX wieku, tam, gdzie Bug zawraca. O jej wczesnej młodości tyle wiadomo, że jako nastolatka straciła matkę, przerwała naukę po trzech klasach szkoły podstawowej. Miała rodzeństwo, nie wiadomo dokładnie, ile. Na pewno brata.

Okres przeobrażania się z larwy w rasową modliszkę, upływał na polowaniu na samców i wiecznych imprezach. Co niedzielę wybierała się na przechadzkę do kościoła w celu wyrwania kolejnej ofiary, która zaspokoiła by jej babską próżność na następny tydzień.

Jak sama siebie określała- była bardzo atrakcyjną dziołchą i miała pociąg do chłopaków, a oni do niej.

Na wsi, gdzieś za Bugiem, był chłopak imieniem Miśko. Jako, że dziewczęciem była niezwykle zaradnym i pracowitym, gdyż pomagała w gospodarstwie, pasła krowy i gotowała, rodzicielka wspomnianego Miśka upatrzyła sobie ją na stanowisko swej synowej.

Historia Miśka w niej zakochanego kumuluje się wokół świętej pamięci jej przyszłego męża.

Mąż wiedźmy był człowiekiem niezwykle utalentowanym, do tego samoukiem. Wspaniale rysował, grał na harmonii. Gdy wiedźma po raz pierwszy ujrzała wybranka swego, pomyślała tylko: Ale jakaś k**a będzie miała fajnego męża.

Ale po kolei. Jakże się zapoznali i wskrzeszali w sobie uczucie, płomienne tak, że mąż wiedźmy, choć nieraz chciał przez nią samobójstwo popełnić, był z nią aż do końca swych dni na Ziemi? Pewnego dnia zakochany Miśko rzekł doń:

-Chodź, pokażę ci, jaką fajną mam dziewczynę.

I tak oto ci dwoje zaczęli ze sobą kręcić.

Zauroczony w wiedźmie mężczyzna kupił swej lubej czerwone korale. Ta, uradowana jakże, natychmiast udekorowała nimi swą łabędzią szyję (ta łabędzia to bardziej dla dodania poetyczności…). Miśko, widząc je, wzburzył się i w przypływie zazdrości zerwał je. Mężczyzna zobaczywszy tę reakcję konkurenta popadł w szał i podbił Miśkowi oko.

Na weselu, kiedy doszło do posahu, Miśko podał rękę tylko wiedźmie, mężowi jej już nie…
Nieszczęśliwie zakochany chłopak chwycił karabin i wystrzelił kulę w powietrzu. Gości opanowała trwoga. A to tak na wiwat młodych…

Z podbojów miłosnych wiedźmy warty wspomnienia jest jeszcze Stanisław. Mężczyzna niezwykle pracowity i zaradny. Wiedźma, jak wspominała wielokrotnie, non stop go okłamywała, wmawiając mu, ze chce z nim być. Chciała- jednak tylko do kolejnej niedzieli, podczas której na horyzoncie pojawiały się inne eleganckie samce wychodzące z kościoła. A Stanisław miał też jeden mały defekt- jego słuch pozostawiał wiele do życzenia.

Trzy lata po hucznym weselu, na którym panna młoda w białą szatę ubrana rozdawała pod kościołem piernik z kosza, przyszło na świat ich pierwsze dziecko- córka. Dziecko było słabe, wcześniak, nie dawano jej szans na przeżycie. A jednak przeżyła. Parę lat później urodził się im syn. Nie minął okres czasu nadto długi, gdy wiedźma wybrała się do wróżki. Ta przepowiedziała jej, że przeżyje swe najstarsze dziecko i niedługo powije bliźnięta. Wiedźma puknęła się znacząco w głowę i wyszła. Nigdy nie wyjawiła szczegółów wróżby- niestety, córka jej była już na tyle duża, by zobaczyć, co wyprawia jej matka. Wiedźma była w ciąży, nosiła już w sobie bliźnięta. I nie były to dzieci jej męża…

Kilka miesięcy później pojawiła się dwójka identycznych dzieci, nie mających ani jednej cechy swego ojca. Nikt od pokoleń nie miał brązowych oczu, choć gen to dominujący, tak zadartego nosa, takiego kształtu ust.

Przyszedł czasu, gdy trzeba było emigrować na Zachód. Wiedźma zatrudniła się jako sprzątaczka, choć ręce dwie lewe miała i pracy nie nauczyła się nigdy- za co by się nie zabrała, wszystko partaczyła. Pomimo, iż czwórkę potomków już miała, najstarszą uczyniła ich niańką- i to właśnie córce zawsze się obrywało, nie rezygnowała z imprez hucznych, plot i uwodzenia mężczyzn. Uwielbiała plotki, za które to nie raz oberwała od swojego męża.

Mąż anielską cierpliwością się wykazywał. Raz, gdy nerwy już doszczętnie mu puściły, zamknął się na strychu, wziął karabin i chciał się zastrzelić. Dla żony jego każda była kobietą lekkich obyczajów (choć miała zwyczaj nazywać je nieco krótszym i bardziej dosadnym słowem). Najgorsza była oczywiście jej własna córka- zwłaszcza, gdy jako podlotek zaszła w ciążę i za mąż wyszła za kata, dziwkarza i pijaka w jednym. Ale to już inna opowieść.

Gdy mąż jej odszedł ze świata żywych, a było to w latach osiemdziesiątych wieku XX, wówczas wiedźma zaczęła spożywać nadmierne ilości alkoholu z pewnym mężczyzną, który wkrótce jej się oświadczył. Zaręczyny zostały odrzucone, jednakże kontakty dalej były utrzymywane.

Wiedźma nade wszystko umiłowała sobie swe najmłodsze, nie pochodzące z prawego wobec prawa i Kościoła dzieci. Te lewe. Gdy na świecie pojawiły się jej prawnuki (od córki), jej najstarsze dziecko, już po przejściach i rozwodzie, zachorowało. Diagnoza: nowotwór złośliwy. Po długiej walce i operacjach córka wiedźmy wreszcie wyszła ze szpitala. Wiedźma skwitowała tylko: „Żebyś k%^&o zdechła!” (bowiem, jak już wcześniej zostało wspomniane, wiedźma bardzo lubiła nadużywać owo określenie).

Chociaż dzieci jej rozeszły się po okolicy, a została z nią tylko córka i opiekowała się nią do końca swoich dni- to właśnie ona była głównym obiektem jej ataków. A już przeżyć Wiedźma nie mogła, gdy potomek jej płci żeńskiej związał się z pewnym mężczyzną (acz nadmienić na początku należy, że miała ona wyjątkowego pecha do mężczyzn do końca życia). Mężczyzna ów, z przeszłością bujną jak jego doszywana niczym guzik teściowa (gdyż tak go określała 10 lat później, choć małżeństwa nigdy nie było), zdążył już pochować jedną kobietę. Jego ówczesna miała być następną- ta, której wyrzekała rodzina (tudzież bracia), opiekowała się swą matką, choć sama niedomagała. Minęło dziesięć lat, nowotwór zaatakował ponownie, po osiemnastu latach i w innym już miejscu- stara przepowiednia wróżki się spełniła- wiedźma przeżyła swe najstarsze dziecko.

Wiedźmą opiekował się konkubent jej zmarłej córki. Ich relacje zaczęły się robić dość dwuznaczne. Wychodziła z jego pokoju w środku nocy, zawsze uśmiechnięta, ten podszczypywał ją za zadek. Zaczęła się walka o dom, o budynek który został zapisany prawnuczce wiedźmy. Mężczyzna stał się ukochanym wiedźmy- jakże się nią opiekował, dawał jej na życie (całe 200 polskich nowych złotych na miesiąc, za które mu gotowała i usługiwała, choć sama była po osiemdziesiątce już). Zbuntował wiedźmę, a ta innych przeciwko rodzinie młodszej córki jej zmarłej latorośli. Zarówno ona, jak również jej mąż i dzieci przyjeżdżały do wiedźmy, pomagały jej, dawały środki na życie, kupowały leki. Jej prawnuczce ludzie na wsi przestali się kłaniać na ulicy. Wkrótce po tym dowiedziała się, że jej prababka rozpowiada wszystkim, że jest czarownicą i nie chce jej tu widzieć. Mimo upływu lat dalej kochała ploty nade wszystko.

Historia kończy się w czasie Wielkiej Awantury, podczas której wszyscy zostają oskarżeni o próbę wykończenia biednej staruszki, która krzyczy do swej prawnuczki (która przyjechała z dokumentami o podpisanie umowy najmu, zaopatrzona w akty prawne, mające na celu wykluczenie zasiedzenia w złej mierze jej posiadłości przez konkubenta jej zmarłej babci, który już zdążył zdewastować dom): Obyście obydwie K$%^wy, ty i twoja po%^&Ana mamusia, zdechły!

Kontakt się urywa. Prawnuczka ma w wielkim poszanowaniu dom, który ma ochotę sprzedać za symboliczną złotówkę i pozbyć się problemu raz na zawsze. Po pewnym czasie Wiedźma się opamiętuje- dookoła ludzie znają już prawdę. Żali się, że nikt z tamtej strony nawet nie zadzwoni. Jedyne środki, jakie jej napływają z zewnątrz, to jakiś banknot od któregoś z bliźniaków. Po pewnym czasie dowiaduje się, że jej wnuczka jest pod opieką onkologiczną, a prawnuczka psychiatryczną, po załamaniu nerwowym. Prawdopodobnie dochodzi do niej, co zrobiła. Ale nikogo to już nie interesuje…

Ucieczka I Niedziela, Sty 30 2011 

Nie pamiętała, co się stało. Obudziła się w jakimś pomieszczeniu. Ściany były obdarte, na kawałkach gołych murów jakieś niewyraźne graffiti. Było strasznie zimno, ona siedziała bosa.

Wstała. Wyjrzała przez okno. Ościeżnica była obdarta, szyby mocno zabrudzone. Podeszła do drzwi, chwyciła za zardzewiałą klamkę. Zamknięte. Wyjęła wsuwkę ze swoich długich, rozczochranych blond włosów. Przyklęknęła przy drzwiach i zaczęła nią poruszać w zamku. Po kilu minutach udało się jej otworzyć.

Była w jakimś opuszczonym budynku. Na korytarzu strasznie śmierdziało, trochę stęchlizną, trochę moczem. W oddali przebiegł szczur. Szła ostrożnie przed siebie. Korytarz był długi i obskurny. Z sufitu wystawały kawałki desek. Doszła do końca korytarza, skręciła w lewo. Na wprost były schody, zabezpieczone kratą. Metal był mocno zardzewiały, a samo zabezpieczenie dość liche. Zeszła w dół, do piwnicy. Ta wydawała się nie mieć końca.

Kolebkowe, murowane sklepienie i małe okna wzbudzały tylko dodatkowo w niej grozę, ale nie poddawała się, szła przed siebie. Co chwilę drogę przebiegały jej szczury. W pewnym momencie natknęła się na wielkie, świecące oczy. W kącie siedział skulony pies. Był bardzo wychudzony i skomlał. Podeszła do niego. Jej błękitne oczy na chwilę znalazły się na tej samej wysokości, co wielkie psie gały. Pies zerwał się i uciekł. Wiedziała, że to jej jedyna szansa i nie może się wycofać.

Chwyciła kawałek deski. Rozejrzała się dookoła. Odsunęła lekko i z całej siły uderzyła nią w okno. W obawie, że ktoś mógł usłyszeć dźwięk tłuczonego szkła, czym prędzej podskoczyła i chwyciła za obramowanie. Kawałek wystającego szkła rozciął jej dłoń. Otwór był niewielki, ale ona sama była bardzo szczupła i zmieściła się w nim. Rozpaczliwie podciągała się, aż w końcu udało jej się przepchać.

Na zewnątrz było pełno śniegu. Krajobraz przeraził ją. Była w jakichś opuszczonych ruinach. Podniosła się, rozejrzała dookoła. Było ciemno. Wiedziała, że jest w jakiejś opuszczonej dzielnicy. Na śniegu widniały już czerwone plamy z kapiącej z jej rozciętej ręki krwi. Zerwała się i zaczęła biec przed siebie. Nie miała kompletnie pojęcia, czego może się spodziewać.

Dobiegła do płotu, zaczęła słyszeć jakieś niskie ludzkie głosy. Płot był betonowy, na górze miał resztki kolczastego drutu. Wiedziała, że musi zaryzykować, od tego zależy jej życie. Pomimo odmarzniętych już stóp, rozpaczliwie zaczęła się wspinać po obiekcie. Wkładała dłonie w szczeliny między kamiennymi płytami. Po drugiej stronie były krzaki.

-Ucieka!- usłyszała męski krzyk.

Zamknęła oczy i skoczyła.

Ciąg dalszy nastąpi…

Kot Wtorek, Sty 18 2011 

Siedziała na łóżku pośród sterty porozrzucanych kartek. Na jednej z nich lekko kreśliła ołówkiem zarys jesiennego krajobrazu. Usiadł obok niej i zaczął się wpatrywać w kolejne kreski. Gdy jej ręka tak tańczyła częściowo podparta o ten mały patyczek z grafitem w środku, położył łapkę na skrawku szkicu. Jakby chciał zaznaczyć swoją obecność.

Popatrzyła na niego. Wesoło potrząsnął główką, poruszał uchem. Hej, nie martw się, zawsze masz mnie, mówiły jego wielkie, jasnozielone oczy. Uśmiechnęła się, podrapała go po karku. Zaczął z siebie wydobywać kojący, warczący dźwięk, wyprostował łapy i otarł mordką jej dłoń.

Lubiła się budzić obok niego. Zazwyczaj spał obok zwinięty w kulkę. Najpierw otwierał jedno oko i się wpatrywał, potem szedł za nią do kuchni i towarzyszył przy porannej kawie. Nie wyciągał się jak normalny kot, napinając grzbiet do góry- z wielką gracją, przy każdym kroku, wyciągał kolejną łapkę i prostował ją w powietrzu. Ten widok każdego poranka wywoływał na jej twarzy uśmiech.

Nie był jej- to ona była jego. Wiedziała, że chociaż ma różne nastroje, to i tak jej nigdy nie zostawi. Ludzie przychodzili i odchodzili- on był zawsze przy niej. Wiedziała, że gdy będzie jej smutno, przyjdzie, usiądzie obok i pocieszy. Że gdy będzie się cieszyć, on wesoło będzie skakał i biegał po mieszkaniu. A gdy ułoży się do snu, przyjdzie i wtuli swoje pręgowane futerko w jej ciało.

On rozumiał jej pasje, nigdy jakoś specjalnie się w nie nie wtrącał. Siadał obok, gdy malowała i przyglądał się, jak snuje pędzlem przy płótnie. Nawet czasami pomagał, wkładając łapkę w farbę rozprowadzoną na palecie. Gdy pisała, wiernie jej towarzyszył i kibicował. Gdy projektowała, siedział na biurku obok klawiatury, w końcu zasypiał. Ale był przy niej i to się liczyło.

Był niezwykłym indywidualistą, ale przede wszystkim wierną osobowością. Koty nie są fałszywe, koty po prostu mają swój charakter i wyczuwają ludzi. I chociaż czasami się obrażają, to zawsze wybaczają, jeśli poszło o drobnostkę. Chodzą własnymi drogami, ale tak naprawdę lubią mieć jakiegoś towarzysza, do którego będzie można zamiauknąć, gdy milczenie zacznie ciążyć.

Czuła się dla niego ważna. Cieszyła się, gdy okazywał swoją wdzięczność za pełną miseczkę, gdy koił jej smutek cichym mruczeniem i gdy swoim psoceniem przerywał melancholię.  Nie oceniał ani jej, ani jej postępowania. Po prostu był obok. Była z nim powiązana tak silną więzią emocjonalną, jak z żadnym człowiekiem. Ale w końcu on nie był człowiekiem- był tylko i aż kotem…

Rozmowy w kuchni 1 Wtorek, Sty 18 2011 

Marta była jakby nieobecna. Owszem, kontaktowała bez żadnych przerw w dostawie prądu z mózgu, żadnych zakłóceń, skoków napięcia… Po prostu nie Marta. Nie żywe srebro, które błyskało co chwilę w innym miejscu i wydawało odgłosu stłuczenia jakiegoś przedmiotu. Zdystansowana, zrównoważona, trochę melancholijna.

Siedziała w kuchni i w skupieniu obierała zielone jabłko, przyglądając się owocowej serpentynie, która powstawała.

-Marta- zagadał Krzysiek, wchodząc do pomieszczenia. –Zaczynam się o ciebie obawiać.

Zatrzymała wbity nóż w miąższu, podniosła brązowe oczy.

-Ale o co chodzi?- spytała.

-Jesteś jakaś… – zaczął.- Jakaś taka…

-Jaka?- wtrąciła mu się w słowo.

-No nie wiem. Po prostu dziwna. –ocenił.- Jesteś za spokojna, jakby bez emocji.

Usiadł naprzeciwko niej, przy małym, nieco zdezolowanym stolikiem. Pierwszą czynnością, przy wprowadzeniu się do mieszkania, wszyscy jednogłośnie wyrzucili wszystkie te ohydne ceraty. Student może i nie za bogaty, ale w jakichś warunkach egzystować winien.

-Znasz to uczucie?- zamyśliła się na chwilę.- Zakochujesz się. Targają tobą wszystkie możliwe emocje. Gdy widzisz tę osobę, dzieje się z twoim ciałem coś dziwnego. Przechodzi ciepło po wszystkich narządach, serce bije ci szybciej, nogi i ręce drżą, nie jesteś w stanie z siebie wydusić słowa… Nic o niej nie wiesz, ba, nawet wcześniej ci się w ogóle nie podobała.

-Z autopsji nie- rzucił. –Ale jak na ciebie patrzałem, jak się męczyłaś…

-A później, gdy druga osoba to już wie- kontynuowała, -zaczyna traktować cię z góry. Pokazywać ci, że tobą włada, gra na twoich emocjach. Kochasz i zaczynasz nienawidzić. Ostentacyjnie zapomina o twoich urodzinach, choć ty o niej pamiętałeś w taki dzień. Ale każdej innej osobie życzy wszystkiego najlepszego. Dla każdego jest miła, dla ciebie chamska. A potem nic nie pamięta. Przy znajomych udaje, że cię nie zna, potrafi cię wyśmiać, gdy się do niej odezwiesz i dogryzać, że przecież to ty udajesz, że jej nie znasz. Pokazuje ci, że może mieć każdą, a gdy ta „każda” kopie ją w tyłek, wraca sobie jak gdyby nigdy nic i znowu zaczyna jakąś chorą gierkę.

-Marta, ja ci mówiłem, że Adam to kretyn.

Marta uśmiechnęła się lekko i zaczęła bawić skórką od jabłka. Jej wewnętrzna część zaczynała już powoli zmieniać kolor na ciemniejszy.

-W pewnym momencie kompletnie się załamujesz i pytasz się, o co jej chodzi. Wymija się, omija tematy. Wiesz jak to boli?

Krzysiek milczał, wpatrywał się w małą posturę z owocem.

-I wiesz co? Przychodzi taki dzień, że nic kompletnie nie czujesz. Patrzysz na to wszystko z dystansem. Ta osoba już nie jest taka idealna, jak ci się wydaje. Jej wszelkie bolesne teksty nie są ani raniące, ani śmieszne. Po prostu są. Jest ci to obojętne. Wreszcie dostrzegasz jej wady, ale jakoś nie wywołują już u ciebie żadnych emocji.

-Marcia, wiesz przecież, że jesteś zbyt wartościową dziewczyną…

Uśmiechnęła się, tym razem szerzej. Pomiędzy pełnymi ustami zalśniły równe zęby.

-Wiem- przytaknęła. –Wiem, Krzysiu. Nareszcie to zrozumiałam. I po prostu zobojętniałam. Po prostu ktoś, do kogoś kiedyś czułeś taką falę emocji, ktoś, przy kimś nie potrafiłeś się zdystansować, ktoś, przy kimś nie byłeś sobą, jest dla ciebie nagle zwykłym przechodniem, który po prostu gdzieś tam sobie idzie. I już nie obchodzi cię, gdzie i dokąd. Nie obchodzi cię, czyim tak naprawdę zdaniem się kieruje. Nie obchodzi cię jego niezrównoważenie i niezdecydowanie. Masz gdzieś jego problemy, nie chcesz już mu na siłę pomagać. Po prostu odnajdujesz siebie…

Och… O cholera! 4 Sobota, Sty 15 2011 

-Będziesz czekać? –spytał spokojnym, nieco tajemniczym głosem.

Chwilę milczała i patrzyła mu w oczy.

-A co jeśli…- tutaj wzięła głęboki oddech.- A co jeśli nie?

Takiej odpowiedzi się nie spodziewał. Spojrzał na jej pełne smutku zielone oczy. Na pełnych policzkach malował się blady rumieniec.

-Dlaczego miałabyś nie czekać?

Wpatrywała się w niego. Nastoletnia miłostka u progu dorosłości. Jeszcze będą takich dziesiątki. Dzisiaj on jest idealny, jutro będzie ktoś inny. Jutro on będzie daleko. Pojutrze ona w świat wyruszy. A ona już się nauczyła, że jeśli coś odchodzi, to znaczy, że tak miało być i trzeba się z tą swoistą stratą pogodzić.

-Matylda?

Nie, nie będzie czekać. Rzuci się w niepewny bieg wydarzeń, niewiadome jutro, przygodę. On zaczyna nowy rozdział, zamykając tym samym kolejną opowieść w pamiętniku tej młodej kobiety. Nie to, że niczego nie czuła, bynajmniej. Nie stracił dla niej na wartości, dalej był częścią jej. Ale codziennie jakaś część się odrywa, by mogła dopasować się w to miejsce nowa. Kolej rzeczy, o której Matylda doskonale wiedziała i już od dawna nie próbowała walczyć.

-Bo i tak nie wrócisz- odparła.

-A czy kiedyś nie wróciłem?- spytał.

-A czy kiedyś mnie zostawiłeś?- zadała retoryczne pytanie.- Ty tam, ja tutaj. Na odległość żyje się w innej przestrzeni. Nie będę, przepraszam.

Odwróciła się i poszła w swoją stronę. Dylematy o pozostawaniu w miejscu, przy konkretnych osobach zostawiła sobie na kolejne dziesięciolecia, kiedy zegar biologiczny będzie tykać niczym ten w bombie, tylko to będzie ładunek estrogenowy. A kolejne lata przyjdą szybciej, aniżeli mogłoby się to wydawać. Nie miała zamiaru ich marnować na czekanie. Trudno, myślała, trochę poboli, wygoi się i przestanie. A życie ma się tylko jedno.

Minął wrzesień, zaczęły spadać ostatnie liście. W tym roku jesień przyszła wyjątkowo wcześnie, jakby chciała szybciej zakończyć upalne lato. Złote liście mieszały się z błotem. A kiedy drzewa już prawie wyłysiały, Adam wyjechał. Nie, nie była to niewiadomo jaka odległość…

Pisali do siebie jeszcze jakiś czas. Nagle w mężczyźnie obudził się poeta, przyrównujący jej włosy do kolorów jesieni. Nie znała go od tej strony i jakoś wcale jej się to nie podobało. To znaczy, jak najbardziej, jako typowa kobieta uwielbiała takie romantyczne wątki, ale… to zwyczajnie nie był ten Adam, którego znała. Tamten był wesoły, żył na kompletnym luzie, nikogo nie udawał i zawsze dopinał swojego. Owszem, czasem bywał arogancki, czasem  kąsał słowem, ale właśnie takiego go ubóstwiała.

Odległość zmienia ludzi. A właściwie zmienia ich postrzeganie. Widać tylko ucinek, parę klatek z filmu. Na ogół są to te pozytywne wątki. Kreuje się postać, przyodziewa maskę na to przedstawienie, siada na widowni i obserwuje perfekcyjną aktorską improwizację. Bo to gra jest bez scenariusza, to życie zmusza…

Och… O cholera! 3 Piątek, Sty 14 2011 

z serii opowiadania studenckie 😉

Wspomnienie roku pierwszego. Taki sentyment, gdy tytuł inżyniera niedługa przyświecać będzie zacnie przed godnością naszą… Człek nieświadomy taki jeszcze był. Rozdziewiczenie. Pierwsza rzeź niewiniątek, kolokwium, jakże to się przeżywało! Rozkosz w zwątpieniu, strach, przyspieszony puls… Pełna chemia, choć nie nasz to kierunek.

Takiemu podrostkowi, co sięga już nieco wyżej niż źdźbła trawy przydomowego trawnika i co ten trawnik widzi raz na jakiś (nieco dłuższy) czas (by ponabierać wałówki w słoikach roboty kochanej mamusi), to nieco wolność uderza w centralny układ nerwowy. Chce się bawić! Nie ma smyczy! Nikt kagańca nosić nie każe!

Idzie to na pierwsze balety. O tak, pamiętam je doskonale. Poznałam takiego kolegę o wysokim poziomie intelektualnym, znacznie niższym levelu kulturalnym. Wymiana zdań, formułowanie argumentów, wygrana bitwa słowna, o zgrozo (dla niego), przy jego szanownych towarzyszach, również samcach. My, dzielne samice… I druga impreza, gdy na parkiecie wiłyśmy się z gracą żmij pełzających po terenie piaszczystym.

-Tomek za tobą- poinformowała Paulina, ówczesna ma współlokatorka.

Wzruszam ramionami, gestem, by jak najbardziej zalotnie z tyłu wyglądać, wnętrzności gotują się mi i smażą, oczy z wściekłości z orbit wyłażą.

-Matylda…- chwyta mnie za ramię Tomasz.

Nieco wyższy, emanujący pozornym urokiem osobistym, zadufany w sobie, egocentryczny, o wybujałym ego, początkującej łysinie. Brązowe włosy na żel, uśmieszek od ucha do ucha, jednak mimika jego okrągłej twarzy zdradza nutę fałszywości. Mięśnie w okolicach kości policzkowych jakby nienapięte, zielone oczy bez wyrazu.

-Spadaj- rzucam na odczepnego.

-Matylda, słuchaj- nie daje za wygraną.

-Spadaj- ponawiam polecenie. –Ślepy jesteś? Trzeźwa jestem.

-Matylda- ten znowu swoje. –Słuchaj, głupi wyszło ostatnio…

-Czy ty naprawdę jesteś ślepy?- pytam już z dużą dawką arogancji.- Jestem TRZEŹWA i nie będę z tobą konwersować.

-Matylda, chodź na drina, pogadamy…

Moje odpowiedzi utrzymywane były cały czas w jednakowym tonie, rytmie i melodii. Ale w końcu dałam się namówić. Wzięłam ze sobą (niezbyt zadowoloną) Paulinę.

Jakże miło nam się rozmawiało! Tylko Paulina zachowywała trzeźwość umysłu, permanentnie odmawiając spożycia serwowanego przez Tomka i jego towarzyszy alkoholu, stanowczo twierdząc, że z wrogami nie pije.

Było uroczo, ochoczo i jakże miło. Ale Paulina chwile te ukróciła, zabierając mnie na stancję. Ból psychiczny i fizyczny, kac morderca łapać za głowę zaczął i nią potrząsać…

 

Och… O cholera! 2 Piątek, Sty 14 2011 

opowiadanko studenckie 😉

My, studenci. Puch wśród pierza dorosłych marny! Zbici w akademikowym pokoju, na stole trzy rodzaje chipsów z Biedronki, jakieś sałatki przygotowane przez rodzynki politechniki  w postaci płci pięknej (a w ostatnich czasach ciasto uczelni technicznych przyjmuje formę bakaliową), kilka butelek z napojami zawierającymi związki alkoholowe- ile to związków pod ich wpływem powstało! A później kace, moralne i fizyczne… Mamy imprezę!

Początki zawsze takie rozproszone, elementy niedopasowane, każdy inny, zdawałoby się, że tych puzzli nie da się poskładać. Ale trochę bąbelków, trochę dezynfekującego gardło napoju i od razu atmosfera się ociepla, jak środek fizyczny układu pokarmowego. Siedzimy, śmiejemy się, bawimy w najlepsze. Dobre złego początki, wstawiając wątek pesymistyczny…

Gdy anegdotom i dowcipom koniec przyświecał, a kolega Marek w kącie przy szafie już się rozmarza i poczyna odpływać na statku marzeń w krainę snu, odlatując na szerokich jego skrzydłach, postanawiamy w ramach otrzeźwienia naszych umysłów wybrać się w większe, bardziej anonimowe towarzystwo. W końcu jesteśmy przyszłą elitą intelektualną naszego wspaniałego narodu! Nawet Piłsudski tak się o nim wyrażał, przecież (abstrahując od tego, że ludzie to hm… w wersji dla dzieci takie panie, co sprzedają swe fizyczne atuty).

Ciągnąć Markowate zwłoki idziemy w kierunku nieco bliższych baletów. Nie za długa to droga, ale ciemno już i ślisko też. Nocne nie kursują z częstotliwością, jaką sobie życzymy, a taksówka pod koniec miesiąca to wydatek nie na studencką kieszeń. Podróżujemy naszym permanentnym, cielistym środkiem transportu.

Marek zatrzymuje się w połowie drogi. Szarych Szeregów, on sam szary i mało wyraźny, chociaż ciemność dookoła, a oświetlenie odlatarniane ma to do siebie, że przedstawia niedoskonałości w trochę wyidealizowanym świetle. Ale Marek to postać jak najbardziej specyficzna.

-Ty, Matylda- rzecze Ewka. –Podtrzymaj Markowi kudły, bo chyba coś się zadzieje…

-Niech to Krzysiek zrobi- wskazuję na kolegę.- Ja jestem za mała.

Istotnie, mój wzrost to metr pięćdziesiąt w kapeluszu i na szpilkach, a Marek to takie wyrośnięte stworzenie. W efekcie w towarzystwie jego zacnej osoby wyglądam trochę jak Flap przy Flipie.

Krzysiek podchodzi, łapie długie, ciemne, nieco pofalowane (jak ich właściciel) włosy. Marek chwyta się latarni, pochyla swe ciało… Tak, teraz właśnie rozumiem, dlaczego związek frazeologiczny puścić pawia został uformowany tak, a nie inaczej. Różnorodność barw na kontrastującym śniegu przypomina trochę witraż w oknie kościoła gotyckiego. Ma w sobie swój urok, gdy zapomni się, czym tak naprawdę to jest… Jak pawi ogon, są nawet oka (tak, staram się nie myśleć, że to połowicznie przetrawione składniki sałatki mojej roboty).

-Już?- troskliwie pyta Krzysiek.

Pada jeszcze kilka epitetów, nieistotne jakich. Marek powoli zaczyna wracać do swojej postaci. Idziemy dalej, nawet mu humor powraca. Co prawda, w żaden sposób i za daleko jakoś nie oddalił się, ale Marek w stanie półtrzeźwym taki zabawniejszy, aniżeli w stanie bardziej nietrzeźwym.

Panowie w niebieskich mundurach podjeżdżają niebieskim skunksem z białym paskiem. Wylegitymować chcą, bo tak nam niewyraźnie z oczu patrzy. Pierwszy ogień, pocisk- Mareczek!

-Dowodzik poprosimy.

Marek wkłada swe lekko zwiotczałe dłonie do kieszeni, wyciąga jakieś papierki, podaje policjantowi…

-Pan potrzyma- mówi, wkładając w dłonie jego kilka śmieci.

Ponownie nurkuje w zagłębieniach swych spodni. Podaje policjantowi wszystko, co ma, następnie sięga do kurtki. Wyciąga mały woreczek z wysuszoną zieleniną i dowód i daje panu stróżującemu…

Marek jedzie na komisariat. A my? My wracamy po przeszukiwaniach do akademika…

Och… O cholera… Piątek, Sty 14 2011 

Opowiadanie- wersja skrócona 😉

Uśmiech jego szelmowski. Postura jego poniekąd gigantyczna. W oczach mieniących się odcieniem błękitu paryskiego wybujałe rogi. Para z nosa, jak byk patrzy z ukosa, czerwona płachta. Ja. Nie, nie, nie na czerwono, bo to w stylu raczej nie moim codziennym, raczej odświętnym. A dzisiaj dzień do celebrowania żaden. I ja nie święta, bardziej szurnięta, acz pozory poważnej, zrównoważonej kobiety zachowywać się staram na każdym kroku.

Wzrok pod kątem ostrym. Pod nosem coś mamrocze, przymruża oczy. Poprawia jasną czuprynę. Z jednej strony mam ochotę zwyczajnie, kokieteryjnie podejść do niego i… palnąć mu w łeb. Żeby zatoczył jak nie koło, to przynajmniej coś o kształcie eliptycznym. Albo kopnąć go w miejsce nóg wyrastania, gdzie kręgosłup wieńczy się kością ogonową. Ale z drugiej… Rozpływam się jak mydło pod prysznicem. Cieplutkim prysznicem.

Kubeł zimnej wody, choć to nie lany poniedziałek. Albo awaria w dostawie energii. Nieistotne. Przechodzi, kąciki ust wędrują w stronę tych cholernie błękitnych oczu, udaje, że częściowo nie widzi. A częściowo zerka. Kij ci w ucho, myślę sobie.

Udaje niedostępnego. Przychodzi co do czego, gapi się jak cielę w malowane wrota. I to na fluoroscencyjne kolory, jakby przyzwyczajony do widoku miedzy neonów nigdy nie ujrzało. Jakieś tiki, zdecydowanie nerwowo- bojowe, trochę nieudolne. Jakiś tekst, wzięty od tyłu, bo do przodu ciężko to przypasować…

Rola moja. Odwrócić się na pięcie. Byleby na tym zakręcie równowagi nie stracić, co przy mojej koordynacji (psycho)ruchowej to i tak nie lada wyczyn (mnóstwo tego przyczyn, rozprawiać się nie będę). I nagle słyszę imię swe z ust jego pełnych:

-Matylda!

Udaję, że nie słyszę. W środku jelita mi się trzęsą, wątroba kołysze…  Ale muszę być twarda, wmawiam sobie. Zwieracze muszą trzymać, żeby się nic ze mnie nie wylało. Nie można być nadto wylewnym. Jeszcze jakiś przelew mi by do mózgu poszedł, nabrawszy zaskakującego tempa.

Gramy dalej. Czasami moimi kartami. Czasami jego. Wystają mu te papierki z mankietów. Nawet nie stara się ich jakoś specjalnie ukrywać. Każdy jego ruch jest do bólu przewidywalny, jak na samca przystało. Co więc w nim takiego wyjątkowego?…

Cygańska noc Środa, Gru 29 2010 

Wracam do tego, co najbardziej lubiłam jako dziecko- do pisania opowiadań 😀

Wioska była spokojna, cicha, wszyscy się znali. Wieczorami starsze kobiety spotykały się, aby powymieniać ich poglądy rodem ze średniowiecza, ponarzekać na młodsze pokolenie, tak rozpustne i zepsute. Bo Marysiakowej urodziła się wnuczka, a jej córka przecież ledwie co siedemnaście lat skończyła! Hańba, bo na dodatek panna. Teraz biedna Marysiakowa będzie miała bękarta na głowie…

Chodziły pogłoski, że ojcem małej jest Cygan. Czasami przechodzili tacy ciemnoskórzy po wiosce, nigdy nie zatrzymywali się na dłużej.

Na skraju wsi był pensjonat, prowadzony przez Mieszczankę, jak ją zwali. Mieszczanka, kobieta po trzydziestce, całkiem atrakcyjna, wyzwolona i wykształcona, co w tamtejszych czasach raczej nie należało do zjawisk najczęstszych, była ulubionym tematem wieczornych plotek. Zawsze elegancka, aczkolwiek za bardzo- według opinii staruszek- podkreślająca swoje kobiece atuty. Dość mocny makijaż, mocno kontrastujący z bujnymi blond lokami. Wiadomo było, że przyjechała gdzieś z Wrocławia, ale tak naprawdę nikt nie znał jej przeszłości. Chodziły różne pogłoski, jednak nikt nie znał prawdy. Zadawała się z dziwnymi, jak ich określano, ludźmi, mówiono nawet, że sam diabeł ją przysłał. Zawsze kłaniała się starszyźnie i unikała konfliktów, bliższych relacji także. Ograniczała się do krótkiej wymiany zdań na błahe tematy.

W pensjonacie Mieszczanki zatrzymywały się tłumy. Niewielka, zapomniana przez świat wioska w górskich okolicach, stała się sporą atrakcją turystyczną. Przyjeżdżali ludzie różnych ras i narodowości. Bardzo często kobieta gościła Cyganów, którzy budzili grozę wśród mieszkańców. Niby trzymali się razem, nikogo nie zaczepiali, a jednak sama ich obecność dla przeciętnego wieśniaka stawała się, określając najdelikatniej, mało komfortowa.

Tylko córka Marysiakowej, nastoletnia Ada, zawsze ciekawska i żądna przygód, nawiązała kontakt z Cyganami. Marysiakowa, sędziwa już kobieta, nie ukrywała swojej dezaprobaty i robiła wszystko, co mogła, aby uniemożliwić swojej urodziwej córce kontakty z tymi „nieczystymi duszami”, jak mówiła. Ada, dziewczę o prawdziwie kobiecych kształtach, gigantycznych błękitnych oczach, długich, czarnych włosach i ciemnej karnacji, co noc, upewniwszy się, iż matka śpi, wymykała się przez okno na parterze i spotykała się z Cyganami. Tylko te oczy odróżniały ją od nich.

Cyganie to zamknięta, mała narodowość. Różne krążyły o nich legendy, jedno było pewne: nigdy nie zatrzymywali się na dłużej w żadnym miejscu. Mieli swój język, swoją małą kulturę. Nie wpuszczali obcych, z nielicznymi wyjątkami. Ada właśnie należała do tych wyjątków. Wesołe noce przy ogniskach przy cygańskich wozach, cygańskie tańce i śpiewy- czuła się jak swoim własnym, prywatnym raju. Tam właśnie poznała Raszaja, mężczyznę starszego od niej o dobre dziesięć lat. Gdy plotka jakimś cudem się rozniosła, matka Ady wpadła w szał. Córka miała szlabany i kary. Była pilnowana, a każde jej wyjście śledzone przez wierne sąsiadki.

Zachowanie troskliwej Marysiakowej łatwo można było wytłumaczyć. Adę wychowywała sama, od zawsze. Może na początku pomagała jej matka, ale później żyła sama z córką. Dziewczyna nigdy nie poznała swojego ojca, a każda rozmowa na jego temat kończyła się niezręcznie, jak nie awanturą. Marysiakowa chciała po prostu ustrzec córkę przed swoim błędem. Jednak najwyraźniej poniosła porażkę.

Cyganie wyjechali. Czas mijał, interes Mieszczanki dalej się rozkręcał. Ada nosiła coraz szersze ubrania, unikała kontaktu z ludźmi. W końcu prawda wyszła na jaw: Ada spodziewa się dziecka. A gdy to przyszło na świat, Mieszczanka zniknęła, a wraz z nią cała ta turystyczna, pół- magiczna aura wsi. Przynajmniej na początku się tak wydawało…

.

Jedna z letnich, bezchmurnych nocy. Słychać było świerszcze, na niebie lśnił księżyc. Była pełnia. Ada przechadzała się z Raszajem na skraju lasu. Nie bała się, wręcz przeciwnie, czuła się niezwykle bezpiecznie. Kultura cygańska pochłonęła ją bez reszty. Chciała wiedzieć jak najwięcej.

-Dlaczego ciągle podróżujecie?- spytała Raszaja.

Jego brązowe oczy zalśniły. Widziała to, chociaż był od niej znacznie wyższy, a i ona do niskich nie należała, a dookoła panował dość mocny mrok.

-Legenda głosi- zaczął,- że pierwsi Cyganie przybyli z Egiptu. Było ich dwunastu. Na czele stał książę i hrabia, reszta to zwykli ludzie. Przybyli na kolanach do Paryża, błagając biskupa o przebaczenie. Niegdyś byli Chrześcijanami, jednak pod wpływem nacisków oddalili się od Boga i prosili o pokutę. Biskup nie wiedział, co z nimi zrobić, toteż odesłał ich do Rzymu. Papież, po wysłuchaniu ich opowieści, jako pokutę nakazał im wędrować siedem lat, podczas których nie będą mogli spać w łóżkach. A każdy duchowny ma im dawać dziesięć liwrów jednorazowo. Pielgrzymka Cyganów trwa już nieprzerwanie od sześciu wieków.

Ada zasłuchała się.

-A dlaczego kobiety noszą długie spódnice?- dociekała. –Są takie ładne, stylowe, ale jakby niedzisiejsze…

-Mężczyzna nie może dotknąć kobiety poniżej pasa, chyba, że… wiesz, w celu rozrodu. Inaczej to grzech, a ta spódnica ma chronić przed takim dotykiem.

Raszaj odpowiadał chętnie na każde jej pytanie. Mogła go słuchać w nieskończoność.

Ostatniego dnia pobytu, Ada spotkała się jeszcze raz z Cyganem. Powiedział coś, co ją zaskoczyło.

-Rzadko przyjmujemy obcych- powiedział. –Ale ty nie jesteś tym wyjątkiem. Ty jesteś nasza.

-Jak to?- zapytała.

-Jesteś nasza. Pamiętaj, co mówiłem ci o umierających.

To była ich ostatnia rozmowa.

O umierających?, pomyślała. No tak, Cygan przed odejściem na drugi świat musi się rozprawić z resztą Cyganów i rodziną. Inaczej powróci- jako wampir, zombie czy inny upiór. Ale powróci. Tak jak powrócił hrabia Dracula. Ale i on się do końca jeszcze nie rozprawił, on też jeszcze powróci…

.

ciąg dalszy nastąpi 🙂

%d blogerów lubi to: