Biuro matrymonialne Auto Komis Gorzów Wlkp. Typowe swatanie. Już na mnie czekał, wykupiony z mym nazwiskiem. Cierpliwie stał pośród innych czekając, aż wejdę weń, włożę mu kluczyk do stacyjki, przekręcę nim nieco i wyruszę w świat daleki. No, z tym światem dalekim może i przesadziłam, ale kierunek dżungla (tudzież betonowa) wydaje się być określeniem aż nadto adekwatnym.

Wszystko, co ma swój początek, ma też swój koniec. I bywa, iż nawet związek idealny, z przyczyn od nas niezależnych, w jednej chwili ulega roztrząśnięciu na tysiąc kawałków. Jak światełka w moim Bąbelku, gdy durna baba wjechała mi pięć metrów przed maskę, wymuszając pierwszeństwo i jeszcze, zamiast ratować sytuację, dać gazu i zwiać, to stanęła w poprzek drogi. Dwa i pół miesiąca żyłam okryta żałobą. I żal ten wzrastał we mnie  każdego dnia. Nie dość, że nie miałam mojego Ukochanego Autka, to na dodatek uśmiechać się zwykłam niezwykle szeroko, by ktoś podwiózł mój tyłek szanowny tam, gdzie piechotą dojść nie mogłam (a niby do lata można dojść tym sposobem…).

Żal powoli mijał. Dalej zżerała mnie tęsknota i łza w oku kręciła się, jak ja niegdyś kierownicą mojego Bąbla. Aż tu pewnego (niezbyt pięknego w aspekcie atmosferycznym) dnia zadzwonił telefon: Znaleźliśmy dla ciebie samochód idealny! Sceptycznie nastawiona, bucząc jakieś acha pod nosem, przyjęłam do wiadomości. I nawet, gdy transakcja została dokonana, jeszcze tego nie czułam. Jeszcze go nie widziałam przecież. Tylko kilka zdjęć, a w zdjęciach nie zwykłam się zakochiwać (chyba, że są na nich koty).

Ale pierwsze spotkanie. Oko w lampy… Toż to miłość od pierwszego wejrzenia! Mój. Naprawdę MÓJ. Cudowny, srebrny, zadbany i czyściutki. Mój Nissan Micra. Moje nowe cudowne autko! Weszłam do niego, poczułam jego wygodne siedzenia, obmacałam drążek od skrzyni biegów, przesunęłam palcami po kierownicy, wepchałam łapy do wszystkich schowków i poprzyciskałam co się dało. MÓJ. MÓJ UKOCHANY…

Wspomnieć jeszcze należy o lęku, który zagnieździł się we mnie od czasu wypadku. Przedsmak wygranej poczułam wraz z potem nie do końca dbających o higienę pasażerów autobusu. Jechałam nim pierwszy raz od kilku lat. I OSTATNI. Serio. Wygraną poczułam po piętnastu minutach pierwszej jazdy. Wprawdzie wyjeżdżając z Gorzowa obawiałam się, iż nie doczyszczę tapicerki, bo po prostu coś na niej zostawię śmierdzącego po pierwszej jeździe, jednak mimo dwóch baranów, co mi pierwszeństwo wymusili ( i których Mikrusek nie omieszkał swym sygnałem dźwiękowym uraczyć), wszystko jak ręką odjął.

Mikruś to zgrywus. Już po pierwszej trasie odczułam jego poczucie humoru na moich zatokach. Zgotował mi chłodną, mrożącą krew w żyłach jazdę, czyli klimatyzacja w pełni sprawna- zdychałam prawie tydzień. Drugi psikus był znacznie bardziej bolesny- ja miałam zatkane zatoki, on zaś pompkę od spryskiwacza. I menda tak głęboko miała ją schowaną, że trzeba było ściągać nadkole i zderzak. A że zeszło nam to do zmroku, to stwierdziłam, że mój blaszaczek tak ładnie świeci oczkami, że włączę mu światła. Jego blask mnie kompletnie oślepił i wchodząc do kanału… nie zauważyłam schodka. I w tenże  sposób, niczym wytrawny weteran wojenny, na kampanię wrześniową wkroczyłam kuśtykając, ze skręconą kostką.

Kocham mojego Mikruska, mimo jego niewybrednych żartów.

Reklamy