(Po)wołanie Środa, List 21 2012 

(Po)wołanie

Malować może każdy. Fotografować może każdy. Śpiewać i każdy może (jedni lepiej, ja może trochę gorzej…). Pisać każdy może. I biegać. Ale nie każdy może być malarzem. Nie każdy może być fotografem. Nie każdy może być śpiewakiem. Ani pisarzem, dziennikarzem, ani biegaczem…

Tak jak jedna wódka przyjaciół nie czyni (a beczka soli, jak przysłowie głosi), tak najdroższe farby olejne, pędzle z końskiego włosia i podobrazie z najwyższej jakości płótna malarzem nie czyni. Lustrzanka za osiem tysięcy i powstająca na baczność niczym żołnierz na apelu męska część ciała w spodniach na widok modelki, fotografem nie czyni. Śpiewakiem nie uczyni mega mikrofon i głośniki Yamahy-srachy do odsłuchu. Trzeba mieć to COŚ. Coś więcej, aniżeli warsztat, który jest niezwykle ważny. Coś więcej, aniżeli pociąg (i każdy inny środek komunikacji). Talent. Trzeba mieć talent. Wyczucie i smak.

Gniot na płótnie się nie utrzyma.  Rodzaj sztuki, na który większość jednak jest wyczulonych, nawet ci mniej wrażliwi na estetykę. I ze śpiewaniem bez głosu też nie przejdzie. A z fałszem tym bardziej. Zeżrą cię jak sępy padlinę, gdy na jutjubie fałsz swój opublikujesz. Ludzie wyczuwają fałsze, fałszerstwa i oszustwa. Ale odkąd aparat cackiem dostępnym dla arystokratów już nie jest, w Internecie, dwoi się i troi od pseudofotografów, którzy po prostu dobijają osoby o jakiejś mniej lub więcej fachowej wiedzy o sztuce. Nie sprzęt się tutaj liczy, ani znajomość programów graficznych. Tu liczy się oko. A nie obiektyw horrendalnie drogiej lustrzanki (wolę kurcze swoim seicakiem popierdzielać, notabene, sportstingiem i hybryda dziewięćsetki i tysiąc sto, aniżeli ośmieszać się na forum badziewiem z dobrego sprzętu). Biedna studentka jestem (no, ok., rodzice hojnie mnie sponsorują, za co  będę im do końca życia wdzięczna- serio, każdemu życzę takich kochanych i wyrozumiałych parentsów, chociaż zrozumiałam to po latach 🙂 ).

Czym różni się artysta od pseudoartysty? Ano, na początku artysta przede wszystkim pracuje. Mit o osobach uzdolnionych, zadufanych w sobie, właśnie zostaje obalony. Osoba, która jest wybitna, potrafi krytycznym okiem spojrzeć, ocenić, nie zawsze pozytywnie, ale zawsze konstruktywnie. Prawdziwy artysta, czy to malarz, czy fotograf, pisarz czy architekt, nigdy nie będzie zachwycony do poziomu „och, ach jestem wspaniały” nad swoim dziełem. Zawsze będzie coś, co go będzie drażnić, choćby pasowało do całości (jeszcze nie zrobiłam projektu, z którego byłabym całkiem zadowolona, choćby był to projekt na piątkę, a i takie się zdarzały, jak jakimś cudem przezwyciężyłam niechęć do systemu edukacji i oddałam w terminie; i nigdy takowego nie zrobię. Zawsze coś wynajdę). Pseudoartysta zaś, przekonany wszem i wobec o swoim talencie, nadzwyczajnych umiejętnościach, kosztach włożonych w narzędzie, wyżej będzie srał, aniżeli swój odbyt miał (wiem, kolokwialne, ale cóż, prawdziwe i dobitne- odbytnie?). Nic, że ortografia, gramatyka, stylistyka, interpunkcja, leksyka i inne będą padać jak deszcz w lesie tropikalnym. Nic, że nie ma nic do powiedzenia w innych sprawach. Nic, że z rowka między pośladkami swe opinie brać będzie jak owsik do otworu gębowego. Nie. On jest ARTYSTĄ.

I tu jedno ale: artysta to człowiek renesansu. Inteligentny. Konstruktywny. Nieco niezrównoważony emocjonalnie (często i to bardzo), acz przyznaje się do tego. I nie robi z tego halo. Nie udaje świętoszka, potrafi wyrazić swoje opinie, a nie łgać w oczy otwarte, jaki to on święty (i pier… nieustawny w życiu codziennym). Mówi jedno, choćby irracjonalne i dokładnie to samo robi. Pseudoartysta robi to drugie. Nie wiadomo co.

I na deser o przyjaciołach. Przyjaciel doceni, gdy podasz mu rękę. Nie będzie ciągnął za resztę ciała w stronę doła, by wydoić jak krowę na pastwisku i zakopać jak morderca zwłoki. Przyjaciel to także nie osoba, z którą raz wódki się napijesz i będzie cacy. Nie, z nim beczkę soli zjeść trzeba. Znać go długo trzeba. A nie „jeb!” w drzwi, na „proszę” nie poczeka (choć oddajesz się być może intymnym uniesieniom z ukochanym), choć widziałeś/aś go razy parę (ale raz wypito) i stoi w progu, i pieprzy, i soli nie na temat. Nie. I nie doprowadzi cię do stanu, gdzie musisz zaczerpnąć pomocy farmakologicznej (choć za godzinę musisz wsiąść za kółko i przebijać się przez pierniczony, zakorkowany Szczecin, gdzie jeżdżą jak w każdym wielkim mieście- czyli wiadomo jak). NIE.

Koteczek Wtorek, List 6 2012 

 

Suche pastele, podobrazie płócienne 40×40 cm

Sztuka wyrywania Sobota, List 3 2012 

Zrywa się kwiatki, zrywa się jesienią wiatr, który zrywa liście, które tworzą nawierzchnię nieprzyjazną postaci w butach na cienkim podwyższeniu, zwaną szpilką bądź obcasem. Zrywa się też więzi- emocjonalne i cielesne. A wyrywa się zęby. I wbrew pozorom, ma to więcej ze sobą wspólnego, aniżeli by się wydawać mogło.

Najłatwiej jest z mleczakami. Takie pierwsze ząbki, wiadomo, kiedyś wypadną i wyrosną w tym miejscu nowe, silniejsze i większe. Takie pierwsze miłostki z piaskownicy- wyrosły wprawdzie w wielkim bólu, przedzierając się bezlitośnie przez dziąsło, ale nikt o tym tak naprawdę nie pamięta (poza rodzicielką, która przez kolejne noce wpychała w buzię gryzaczka, z każdą kolejną nocą coraz bardziej przypominającą upiór z wigilii Wszystkich Świętych). Ładnie wyglądały, u niektórych było za słodko i się podpsuły, ale ostatecznie same zmuszały do pierwszych samodzielnych decyzji- zrobienia pętelki jak z szubienicy z nitki, zaciśnięcia wokół szyi delikwenta i- tu dwa są sposoby- przyczepienia końcówki do klamki i trzaśnięcia drzwiami, bądź też mężnego pociągnięcia sznurka jak spłuczki w starym stylu.

Stałe zęby sprawiają już nieco więcej problemów. Można oczywiście zrzucić winę na nie same, ale- jak zawsze w przypadkach, gdy coś się psuje- wina leży po obu stronach. Nie wnikając w sprawy win i innych alkoholi, ząb zaczyna się psuć. Najpierw coś boli. Apap, Ibuprom, Ketonal (artykuł ten zawiera bowiem lokowanie produktów). Niby ból uśmierzony, niby wszystko jest na dobrej drodze. Ale to tylko pozory. Jak już się zaczęło psuć, to się nie odpsuje. Zaczyna coś śmierdzieć. I wtedy podejmujemy pierwsze kroki w kierunku uzdrowienia związku (dziąsło- ząb).

Leczenie. Idziemy do specjalisty, co zna się na tych sprawach. Szuka problemu, bowiem nie zawsze on jest widoczny- czasem próchno widać już na wstępie, czasem jest ukryte gdzieś głębiej, pod szkliwem. Bądź co bądź, wygrzebać to musi, oczyścić atmosferę i założyć plombę. Ołowianą, co widać będzie za każdym razem, jak się spojrzy (ale trwała jaka za to- co nas nie zabije, to wzmocni przecież!), albo taką białą, światło utwardzalną. Wygląda całkiem zacnie, kryzys więc wyleczony i zamaskowany. Acz mankament ma jeden- lubi wypadać i czuć dziurę, pustkę i niesmak. A gdy rana jest otwarta, łatwo takową zainfekować. O wtedy się zaczyna…

Wyrywanie. Ostateczność, gdy już śmierdzi i gnije. Na ogół czynność ta następuje po znieczuleniu, rzadko kiedy na żywca czy innego browara. Ukłucie w bok (dziąsła w tym przypadku) i człowiek w sterylnym fartuchu o osobowości o tyle znanej, ile anonimowej, przystępuje do makabrycznego zabiegu. Wyrywanie jest ostatecznością. Przeważnie wcześniej nasza twarda część w ustach jest zatruwana, martwa, ale JEST.

Najgorzej, jeśli usuwany jest ząb przedni. Brak jest widoczny dla każdego, protezka, implant- nieuniknione. Trzeba szukać zastępstwa. Nie dość, że komfortu brak, to jeszcze estetyka dyskusyjna. W przypadku wyrwanego kła następuje dodatkowa komplikacja- ani nic ugryźć, ani nic nadgryźć, a zgryzota zostaje. Najlżej, jeśli chodzi o tylne. Owszem, czuć, ale przynajmniej nie widać i nie ma konieczności uzupełniania ubytku- można z tym wszakże żyć. Nie za wygodnie, ale przynajmniej spokojnie.

Najciekawsze są przypadki tak powszechnie zwanych ósemek. Oznaka dojrzałości i mądrości (w końcu to ona im patronuje). Co ciekawe, wymagają najwięcej pielęgnacji u większości ludzi, gdyż zwykły się psuć jako pierwsze. Niektórym nigdy nie wyrastają. Niby są potrzebne. Ostatecznie można bez nich się obyć- nie odczuwając przy tym jakichkolwiek dysfunkcji. Wyrywanie takiego delikwenta może skończyć się zwichnięciem szczęki i innymi powikłaniami. Te usuwać najlepiej pod wpływem głupiego Jasia i chirurgicznie na dodatek, za pośrednictwem adwokata.

Należy pamiętać, iż w dzisiejszych czasach zawsze można znaleźć substytut dla ubytku. Protezy- wymienne, wyglądające jak naturalne, bardziej trwałe- implanty, przykręcane bezpośrednio do kości szczęki- nic nie widać, nic nie słychać, choć to jednak zastępstwo… 😉

Kiedy ogień gaśnie Sobota, List 3 2012 

Kiedy ogień gaśnie

Płomień jeszcze skrzy

Wczoraj pożar marzeń

Dzisiaj kurz

I pył

 

Kiedy ogień gaśnie

Chłód

Ręka drży

Wczoraj gorąc parzył

Dzisiaj dusi

Dym

 

Kiedy ogień gaśnie

Z nieba lekko mży

Wczoraj barw ognistych

Taniec

Przebudzenie

Cichy krzyk

.

.

.

Wygrzebane ze… szkicownika (chyba miałam wenę gdzieś w terenie…;))

%d blogerów lubi to: