…bo w życiu tak jest, że jeśli nie zamkniesz za sobą jednych drzwi, to nie otworzysz następnych. Możesz oglądać inny świat, świat, który może być twoją nową rzeczywistością, jedynie przez dziurkę od klucza. Co więc powstrzymuje od zamknięcia za sobą tej ruchomej przegrody? Dlaczego tak trudno jest zostawić coś, co sprawia ból, co nijak nam nie odpowiada? Zaraz, a kto powiedział, że coś nie pasuje? Jesteśmy pokoleniem masochistów.

Od dziecka uczą nas bycia nieszczęśliwym. I chociaż podstawowe doktryny nie zmieniają się od lat, stając się wręcz mantrami, to jednak szczęście, do którego dąży człowiek, zdaje się być nie tyle nieosiągalne, co po prostu niemile widziane. Paradoks? Przecież sens życia polega na tym, by być szczęśliwym- a na to każdy ma indywidualny sposób. No właśnie- wielu z nas jest jego świadomych, a jednak, bardziej lub mniej, unika drogi samospełnienia.

Żyjemy w czasach, gdzie życie goni do przodu i nie ogląda się na pojedyncze jednostki. Najłatwiej zwalić winę na dzisiejsze czasy. Ale czy wieki temu było lepiej? Nie było telefonii komórkowej, nie było komputerów, Internetu, powszechnego obowiązku edukacji. Panowała ciemnota, najwięcej do powiedzenia miał kościół (nie to, żebym się czepiała) i przynależąca jemu inkwizycja (jeszcze król, królowa… małpa miała większe prawo głosu, niż wdowa- ale to takie wtrącenie). Kobiety szczęśliwe, wolne, popadały w zniewolenie i lądowały z kamieniem u nogi na dnie rzeki (jeśli były czarownicami, to by wypłynęły; kiedy nie wypływały, świadczyło to o ich niewinności i zbawieniu), albo płonęły na stosie. Za znachorstwo (parzenie melisy, bongo- bongo i te sprawy…), za nierząd (ludzki popęd seksualny- przeto podstawowe potrzeby człowieka od wieków uznawane są jako grzech nieczystości…), za wróżby, jasnowidztwo (ciemne chmury, będzie deszcz). Zasady wciąż te same, chociaż ubrane w inne słowa i insze czyny.

Młodzież się rozhulała. Jasne, kilkadziesiąt lat wstecz wcale nie było seksu przedmałżeńskiego, zdrad i dzieci z łoża antagonistycznego do prawego. Tylko wtedy nazywano (niczemu winne) dziecko bękartem. Dzisiaj panuje teoretyczna tolerancja. Teoretyczna- bo w praktyce każdy wie, jak jest (i niech zabije mózg swój dechami- niech tylko odwróci swoją szanowną banię).

Wszyscy zaczynamy i kończymy w ten sam sposób. Zaczynami od kosmicznego wystrzału małej komórki z ogonkiem od osobnika homo sapiens z ogonkiem, bierzemy udział w pierwszym wyścigu, wżeramy się w taką dużą kuleczkę z kolejnym materiałem genetycznym. Kończymy oddając ostatni oddech. Co jest później- nie wiem. Ja wierzę w reinkarnację. Inni przyjmują filozofię nieba i ziemi. Dla innych nie ma nic. To nieistotne- wszyscy umieramy. I tak, na pewno na łożu śmierci będziemy wspominać godziny tej cudownej harówki, podkładania sobie wzajemnie świń i innych zwierzątek mających w zwyczaju głośno mlaskać przy dużej misce i robić bardzo śmierdzącą kupkę. Na pewno będziemy z satysfakcją wspominać, ile to razy nawzajem uprzykrzyliśmy sobie życie, przeglądać wyciągi z konta i starać się za wszelką cenę jeszcze je jakoś pomnożyć. Nie? No niemożliwe.

Nie chodzi o to, żeby żyć w biedzie. To nie jest szczęście. Ascetyzm był modny w średniowieczu. Sama pracuję, chociaż jeszcze jestem na etapie edukacji. Robię to, co lubię i w czym się widzę przez następne długie lata- bo projektowanie to w dużej mierze sens mojego życia. Ale czy będę wspominać projekty i ich realizacje, umierając? Nie sądzę. Stawiam na ludzi w jakiś sposób mi bliski i bliższy. Stawiam na wspomnienia z nimi. Stawiam na te wszystkie wspaniałe chwile, które RAZEM przeżyliśmy, i które RAZEM przeżyjemy. Jeśli komuś kiedyś dam życie- pewnie będzie to najważniejsza taka osoba, której będę chciała wszystko przekazać. Żeby rozwijać się dalej. Bo rozwijać się, mieć kogo kochać, szaleć, żyć z pasją- to jest szczęście. Ale być szczęśliwym, to nie tylko biegać z głową pośród obłoków, bo w końcu może jakiś piorun trzasnąć- to stąpać twardo po ziemi i skakać jak najbliżej słońca…

Reklamy