Historia prawdziwa

.

Przyszła na świat pod koniec lat dwudziestych XX wieku, tam, gdzie Bug zawraca. O jej wczesnej młodości tyle wiadomo, że jako nastolatka straciła matkę, przerwała naukę po trzech klasach szkoły podstawowej. Miała rodzeństwo, nie wiadomo dokładnie, ile. Na pewno brata.

Okres przeobrażania się z larwy w rasową modliszkę, upływał na polowaniu na samców i wiecznych imprezach. Co niedzielę wybierała się na przechadzkę do kościoła w celu wyrwania kolejnej ofiary, która zaspokoiła by jej babską próżność na następny tydzień.

Jak sama siebie określała- była bardzo atrakcyjną dziołchą i miała pociąg do chłopaków, a oni do niej.

Na wsi, gdzieś za Bugiem, był chłopak imieniem Miśko. Jako, że dziewczęciem była niezwykle zaradnym i pracowitym, gdyż pomagała w gospodarstwie, pasła krowy i gotowała, rodzicielka wspomnianego Miśka upatrzyła sobie ją na stanowisko swej synowej.

Historia Miśka w niej zakochanego kumuluje się wokół świętej pamięci jej przyszłego męża.

Mąż wiedźmy był człowiekiem niezwykle utalentowanym, do tego samoukiem. Wspaniale rysował, grał na harmonii. Gdy wiedźma po raz pierwszy ujrzała wybranka swego, pomyślała tylko: Ale jakaś k**a będzie miała fajnego męża.

Ale po kolei. Jakże się zapoznali i wskrzeszali w sobie uczucie, płomienne tak, że mąż wiedźmy, choć nieraz chciał przez nią samobójstwo popełnić, był z nią aż do końca swych dni na Ziemi? Pewnego dnia zakochany Miśko rzekł doń:

-Chodź, pokażę ci, jaką fajną mam dziewczynę.

I tak oto ci dwoje zaczęli ze sobą kręcić.

Zauroczony w wiedźmie mężczyzna kupił swej lubej czerwone korale. Ta, uradowana jakże, natychmiast udekorowała nimi swą łabędzią szyję (ta łabędzia to bardziej dla dodania poetyczności…). Miśko, widząc je, wzburzył się i w przypływie zazdrości zerwał je. Mężczyzna zobaczywszy tę reakcję konkurenta popadł w szał i podbił Miśkowi oko.

Na weselu, kiedy doszło do posahu, Miśko podał rękę tylko wiedźmie, mężowi jej już nie…
Nieszczęśliwie zakochany chłopak chwycił karabin i wystrzelił kulę w powietrzu. Gości opanowała trwoga. A to tak na wiwat młodych…

Z podbojów miłosnych wiedźmy warty wspomnienia jest jeszcze Stanisław. Mężczyzna niezwykle pracowity i zaradny. Wiedźma, jak wspominała wielokrotnie, non stop go okłamywała, wmawiając mu, ze chce z nim być. Chciała- jednak tylko do kolejnej niedzieli, podczas której na horyzoncie pojawiały się inne eleganckie samce wychodzące z kościoła. A Stanisław miał też jeden mały defekt- jego słuch pozostawiał wiele do życzenia.

Trzy lata po hucznym weselu, na którym panna młoda w białą szatę ubrana rozdawała pod kościołem piernik z kosza, przyszło na świat ich pierwsze dziecko- córka. Dziecko było słabe, wcześniak, nie dawano jej szans na przeżycie. A jednak przeżyła. Parę lat później urodził się im syn. Nie minął okres czasu nadto długi, gdy wiedźma wybrała się do wróżki. Ta przepowiedziała jej, że przeżyje swe najstarsze dziecko i niedługo powije bliźnięta. Wiedźma puknęła się znacząco w głowę i wyszła. Nigdy nie wyjawiła szczegółów wróżby- niestety, córka jej była już na tyle duża, by zobaczyć, co wyprawia jej matka. Wiedźma była w ciąży, nosiła już w sobie bliźnięta. I nie były to dzieci jej męża…

Kilka miesięcy później pojawiła się dwójka identycznych dzieci, nie mających ani jednej cechy swego ojca. Nikt od pokoleń nie miał brązowych oczu, choć gen to dominujący, tak zadartego nosa, takiego kształtu ust.

Przyszedł czasu, gdy trzeba było emigrować na Zachód. Wiedźma zatrudniła się jako sprzątaczka, choć ręce dwie lewe miała i pracy nie nauczyła się nigdy- za co by się nie zabrała, wszystko partaczyła. Pomimo, iż czwórkę potomków już miała, najstarszą uczyniła ich niańką- i to właśnie córce zawsze się obrywało, nie rezygnowała z imprez hucznych, plot i uwodzenia mężczyzn. Uwielbiała plotki, za które to nie raz oberwała od swojego męża.

Mąż anielską cierpliwością się wykazywał. Raz, gdy nerwy już doszczętnie mu puściły, zamknął się na strychu, wziął karabin i chciał się zastrzelić. Dla żony jego każda była kobietą lekkich obyczajów (choć miała zwyczaj nazywać je nieco krótszym i bardziej dosadnym słowem). Najgorsza była oczywiście jej własna córka- zwłaszcza, gdy jako podlotek zaszła w ciążę i za mąż wyszła za kata, dziwkarza i pijaka w jednym. Ale to już inna opowieść.

Gdy mąż jej odszedł ze świata żywych, a było to w latach osiemdziesiątych wieku XX, wówczas wiedźma zaczęła spożywać nadmierne ilości alkoholu z pewnym mężczyzną, który wkrótce jej się oświadczył. Zaręczyny zostały odrzucone, jednakże kontakty dalej były utrzymywane.

Wiedźma nade wszystko umiłowała sobie swe najmłodsze, nie pochodzące z prawego wobec prawa i Kościoła dzieci. Te lewe. Gdy na świecie pojawiły się jej prawnuki (od córki), jej najstarsze dziecko, już po przejściach i rozwodzie, zachorowało. Diagnoza: nowotwór złośliwy. Po długiej walce i operacjach córka wiedźmy wreszcie wyszła ze szpitala. Wiedźma skwitowała tylko: „Żebyś k%^&o zdechła!” (bowiem, jak już wcześniej zostało wspomniane, wiedźma bardzo lubiła nadużywać owo określenie).

Chociaż dzieci jej rozeszły się po okolicy, a została z nią tylko córka i opiekowała się nią do końca swoich dni- to właśnie ona była głównym obiektem jej ataków. A już przeżyć Wiedźma nie mogła, gdy potomek jej płci żeńskiej związał się z pewnym mężczyzną (acz nadmienić na początku należy, że miała ona wyjątkowego pecha do mężczyzn do końca życia). Mężczyzna ów, z przeszłością bujną jak jego doszywana niczym guzik teściowa (gdyż tak go określała 10 lat później, choć małżeństwa nigdy nie było), zdążył już pochować jedną kobietę. Jego ówczesna miała być następną- ta, której wyrzekała rodzina (tudzież bracia), opiekowała się swą matką, choć sama niedomagała. Minęło dziesięć lat, nowotwór zaatakował ponownie, po osiemnastu latach i w innym już miejscu- stara przepowiednia wróżki się spełniła- wiedźma przeżyła swe najstarsze dziecko.

Wiedźmą opiekował się konkubent jej zmarłej córki. Ich relacje zaczęły się robić dość dwuznaczne. Wychodziła z jego pokoju w środku nocy, zawsze uśmiechnięta, ten podszczypywał ją za zadek. Zaczęła się walka o dom, o budynek który został zapisany prawnuczce wiedźmy. Mężczyzna stał się ukochanym wiedźmy- jakże się nią opiekował, dawał jej na życie (całe 200 polskich nowych złotych na miesiąc, za które mu gotowała i usługiwała, choć sama była po osiemdziesiątce już). Zbuntował wiedźmę, a ta innych przeciwko rodzinie młodszej córki jej zmarłej latorośli. Zarówno ona, jak również jej mąż i dzieci przyjeżdżały do wiedźmy, pomagały jej, dawały środki na życie, kupowały leki. Jej prawnuczce ludzie na wsi przestali się kłaniać na ulicy. Wkrótce po tym dowiedziała się, że jej prababka rozpowiada wszystkim, że jest czarownicą i nie chce jej tu widzieć. Mimo upływu lat dalej kochała ploty nade wszystko.

Historia kończy się w czasie Wielkiej Awantury, podczas której wszyscy zostają oskarżeni o próbę wykończenia biednej staruszki, która krzyczy do swej prawnuczki (która przyjechała z dokumentami o podpisanie umowy najmu, zaopatrzona w akty prawne, mające na celu wykluczenie zasiedzenia w złej mierze jej posiadłości przez konkubenta jej zmarłej babci, który już zdążył zdewastować dom): Obyście obydwie K$%^wy, ty i twoja po%^&Ana mamusia, zdechły!

Kontakt się urywa. Prawnuczka ma w wielkim poszanowaniu dom, który ma ochotę sprzedać za symboliczną złotówkę i pozbyć się problemu raz na zawsze. Po pewnym czasie Wiedźma się opamiętuje- dookoła ludzie znają już prawdę. Żali się, że nikt z tamtej strony nawet nie zadzwoni. Jedyne środki, jakie jej napływają z zewnątrz, to jakiś banknot od któregoś z bliźniaków. Po pewnym czasie dowiaduje się, że jej wnuczka jest pod opieką onkologiczną, a prawnuczka psychiatryczną, po załamaniu nerwowym. Prawdopodobnie dochodzi do niej, co zrobiła. Ale nikogo to już nie interesuje…