Biała flaga, słomiany to był zapał, a ogień tak ciężko przecież było wskrzesić…

Ogrodnik robi dziurkę w ziemi, wkłada tam nasienie (może lepiej użyć słowa nasionko…), zakopuje, o resztę dba natura (chyba, że jest to uprawa w warunkach domowych- trzeba podlewać). Czasem, co jedynie, jeśli jest to konieczne, dorzuci trochę kompostu o dyskusyjnej woni. Nigdy, ale to przenigdy, nie odkopuje ziemi, żeby sprawdzić, czy nasionko wykiełkowało. Gdyby jednak byłby to ogrodnik nadgorliwy, mógłby się nabawić wpierw konkretnej nerwicy natręctw, białej gorączki, apopleksji i szeregu innych zaburzeń w działaniu mechanizmu organizmu, w końcu, skwaszony jak kapusta na bożonarodzeniowy bigos, rzuciłby wszystko w kierunek bliżej i dalej nieokreślony, stwierdził, że wszystko i tak jest bez sensu i dalej użalałby się nad sobą. Oczywiście takie użalanie się byłoby jak najbardziej wygodne- przecież się starał, a i tak nic nie wyszło, przecież pracował nad potencjalną roślinką, a i tak nic nie urosło.

Po trudach porodowych, gdy z kloaki kwoki wydostaje się jajo, kura siada na swej zwapnionej komórce jajowej i siedzi na swym kuperku. Nie sprawdza co chwilę, czy coś tam się rozwija, nie rozbija skorupki, żeby sprawdzić, czy kurczak jest żywy. Zaciska dziób i siedzi (w międzyczasie sobie może pogdakać, jajko dalej pod cieplutkim kuperkiem). Kurczak sam przebije skorupkę i oto nowonarodzony przyszły pasztecik zaczyna swą egzystencję.

Kot, z natury czysty futrzak, przed załatwieniem grubszej potrzeby fizjologicznej kopie dołek w piasku, poczym wydala z siebie przetrawionego Whiskasa i zakopuje te (nie)codzienny skarb. Nie rozgrzebuje później w kuwecie w celu sprawdzenia stopnia rozpadu swoich ubocznych produktów kociej przemiany materii. Takiej kupki się nie rusza, bo i śmierdzieć zacznie niemiłosiernie- skoro już zostaje poddana procesowi rozpadu, różne się substancje ulatniają wraz z zapaszkami. Co natura dała, niechaj sama wchłonie.

Sezon na komary, krwiopijce wstrętne. A gdy ukąsi i kilka kropel krwi ssaczej zaciągnie, potem odurzony jak pijaczek spod monopolowego sobie odleci, zaczyna się zabawa. Można się podrapać, sęk w tym, że ulga będzie chwilowa, potem bardziej jeszcze zaswędzi. Efekt śnieżnej kuli- w końcu się rozdrapie do rany i zacznie boleć. Lepiej przecierpieć tych swędzących chwil kilka bądź też wspomóc się jakimś specyfikiem. Czas załatwi wszystko.

Czas leczy rany. Czas wybiela wspomnienia niczym ACE. Jak się ich nie będzie rozgrzebywać, jak nie będzie się w kółko o nich nawijać, rozmyślać, rozdrapywać starych ran, w końcu się zagoją, jak rozległe by nie były. Fakt, blizny pozostaną, ale już nie będą boleć. A jeśli oparzenia trzeciego stopnia, to są specjaliści, medykamenty, terapie… Z wszystkiego da się wygrzebać.

No i trzeba ryzykować- życie ucieka, nie ma na co czekać 😉 I tak wszyscy zejdziemy z tego świata, trzeba korzystać, póki się da, przełamywać strach, jak to mawiała moja Babcia…