Nachylenie, cel pod odpowiednim kątem, zamach i bum! w kulę. A ta kula dalej w następną, następna w następną… aż w końcu któraś w dół wpadnie… Tak jakby efekt domina, acz ruchem jednostajnie opóźnionym. Albo się któraś w końcu się zatrzyma, albo ostatecznie jakaś padnie ofiarą.

Kijem ktoś palnął i reszta cierpieć na tym musi. Najbardziej narażone są osobniki znajdujące się najbliżej w czasoprzestrzeni. Nie w przestrzeni. Nie w czasie. W jednym i drugim jednocześnie. Bo jeśli dostatecznie długo taki osobnik kula się po tym stole bilardowym, obijając systematycznie o jego zabezpieczenia, to z każdym uderzeniem, zgodnie z prawami fizyki, wyładowuje swój potencjał. I tak jak w przypadku bil (nie)pożądanych- albo się zatrzyma, albo popadnie w doła.

Częstokroć ofiarami padają kule innego zawodnika. Wtedy to dopiero porażka, przekazać pałeczkę trzeba. Stopień prawdopodobieństwa, że znowu się oberwie, wysoki i zdradliwy jak północna ściana Matterhornu.

Czasem niefortunnie trafi w czarną kulę, przed wyczerpaniem swojego potencjału. Gra skończona, choć jeszcze by się z chęcią poturlało to . Ustawić na nowo, powyciągać, co powpadało i zmiana miotających.

A żeby było śmieszniej i zabawniej, największy ubaw mają ci, co im kije w rękach tkwią… Kula to tylko taki okrągły pionek, niech się turla… Byle nie przy nodze…