Sempre qualcosa Niedziela, Maj 29 2011 

E la oscurita e l’orroe

Dove io sono?

Faccio errore per errore

Aberro continuamente prono

.

Provo rizzasi

Ma que difficile la intensa farsi

Mai chido quartiere

Sempre seco essere!

Vanessa Paradis Niedziela, Maj 29 2011 

Czyli jak w 20 minut poprawić sobie humor i wymazać się ołówkiem 😉

Tort studencki, czyli… Sobota, Maj 28 2011 

… na kolegów z akademika zawsze można liczyć 🙂 Takim oto tortem, ze świeczką przymocowaną do kapsla, zostałam dzisiaj obdarowana 😀

Hamulce bezpieczeństwa Piątek, Maj 27 2011 

Rozpęd, gazu, prosta, ups… zakręt, wypadałoby nieco zwolnić, żeby w poślizg jakiś nie wpaść. I nie skręcać jak Agatka na kursie, niczym ciężarówką (swoją drogą, już wiem, skąd u mnie takie skłonności do ostrych zakrętów). Droga polna, trzeba zwolnić, nawet jeśli oś jej w linii prostej. Nie, nie ma żadnej przeszkody, trzeba po prostu pewien etap przejechać z nieco mniejszą prędkością.

Mężczyzna jest jak samochód, uwielbia rozpędzać swą prędkość i docierać jak najszybciej silnik. Spieszy się z komplementami, czasem i z pewnymi zachowaniami. We współczesnym świecie jest to jak najbardziej zrozumiałe. Wiele kobiet, zwłaszcza tych datowanych nieco później, jakoś nie przejawia posiadania hamulców bezpieczeństwa. Ale kobieta jest jak wino- nim porządnie dojrzeje i się sfermentuje, tudzież psychika jej się ukształtuje, bąbelki szybko uderzają jej do głowy… I stłuczka (z rzeczywistością) gotowa, a niekiedy katastrofalna w skutkach.

Szampan strzela niczym fajerwerk- jedna chwila i po wszystkim. Taka prosta, ślicznie położony asfalt i dziur żadnych. A potem niespodzianki- funduszy zabrakło na dalszą trasę. Gorzej(?) z winem- aby dostać się na ładną nawierzchnię bez niespodzianek, najpierw trzeba zaryzykować zerwanie podwozia na polnych kamieniach. Ale za to jaka nagroda po tej przeprawie! Oczywiście, bywa i tak, że nawierzchnia nadto wiele do życzenia nie pozostawia, tylko na początku drogi kręte niczym w Tatrach (co tam Tatry, wystarczy wybrać się do Zgorzelca przez Bolesławiec, gwarantuję przed samym celem kręte dróżki, co z nich wylecieć można). Jeśli listek zielony, niczym z pąka wiosennego wykluty, winien uwagę i roztropność zachować. A tym bardziej, gdy drogi jednak nie zna. Później już prosta (acz doradzam zachować szczególną ostrożność w stosunku do kierowców z rejestracją DZG, wręcz na miarę tych z ZS, a wręcz bardziej- od biedy rodowita zgorzeleczanka tak oto stała się przyszywaną szczecinianką). W przeciwieństwie do przeprawy- tutaj trzeba się nakombinować.

Droga może zachęcać- jednakże tempo nadawać będzie- nie wiadomo bowiem, co po niej jeździło, do jakiego punktu dojechało i jakiej głębokości koleiny zostawiło po sobie w pamiątce, i na jakiej długości trasy. Na pewno, skoro droga nie uczęszczana przez czas jakiś, do pewnego etapu nie udało się jednak nikomu dojechać, bowiem albo wypadł on z zakrętu, albo zawrócił, przerażony pozostałościami po jakimś mechanizmie wagi ciężkiej do przełknięcia.

Bywa, iż kierowca przecenia swe możliwości. Droga zachwyca, ot, wyzwanie. Pierwszy zakręt i już wymięka. Niby brnie dalej, jednakże z tempem takiego ładnego gada w skorupce dwuczęściowej, na plecach i brzuchu. W końcu poważnie zaczyna rozważać dalszy przejazd, jego słomiany zapał daje się we znaki. Ten błysk w oku kierowcy szalonego, te początkowe ambicje…. I nagle gumę złapał. Ale wulkanizacja po drodze, zawsze skorzystać z niej można.

Acz przypadek jeszcze jeden. Czasem droga przedwojenna, to i czołgi pamięta. To dopiero koleiny w pamięci. I tutaj nie kierowca, ale drogowiec potrzebny, który zerwie zeń nawierzchnię i położy nowiutki, świeżutki i równiutki asfalt. Potencjał to ma, teren wyrównany, tylko trzeba się troszkę napracować….

Panowie, kobieta to taka droga. Jak uda się wam przebrnąć przez koleiny i zakręty- nie zwalniajcie. Czasami po prostu ktoś przejechał jakimś kolosem, zanim mu się winieta nie skończyła/ wyleciał z zakrętu/ zawrócił i trzeba ten odcinek jakoś przebrnąć…

.


Wiedźma Czwartek, Maj 26 2011 

Historia prawdziwa

.

Przyszła na świat pod koniec lat dwudziestych XX wieku, tam, gdzie Bug zawraca. O jej wczesnej młodości tyle wiadomo, że jako nastolatka straciła matkę, przerwała naukę po trzech klasach szkoły podstawowej. Miała rodzeństwo, nie wiadomo dokładnie, ile. Na pewno brata.

Okres przeobrażania się z larwy w rasową modliszkę, upływał na polowaniu na samców i wiecznych imprezach. Co niedzielę wybierała się na przechadzkę do kościoła w celu wyrwania kolejnej ofiary, która zaspokoiła by jej babską próżność na następny tydzień.

Jak sama siebie określała- była bardzo atrakcyjną dziołchą i miała pociąg do chłopaków, a oni do niej.

Na wsi, gdzieś za Bugiem, był chłopak imieniem Miśko. Jako, że dziewczęciem była niezwykle zaradnym i pracowitym, gdyż pomagała w gospodarstwie, pasła krowy i gotowała, rodzicielka wspomnianego Miśka upatrzyła sobie ją na stanowisko swej synowej.

Historia Miśka w niej zakochanego kumuluje się wokół świętej pamięci jej przyszłego męża.

Mąż wiedźmy był człowiekiem niezwykle utalentowanym, do tego samoukiem. Wspaniale rysował, grał na harmonii. Gdy wiedźma po raz pierwszy ujrzała wybranka swego, pomyślała tylko: Ale jakaś k**a będzie miała fajnego męża.

Ale po kolei. Jakże się zapoznali i wskrzeszali w sobie uczucie, płomienne tak, że mąż wiedźmy, choć nieraz chciał przez nią samobójstwo popełnić, był z nią aż do końca swych dni na Ziemi? Pewnego dnia zakochany Miśko rzekł doń:

-Chodź, pokażę ci, jaką fajną mam dziewczynę.

I tak oto ci dwoje zaczęli ze sobą kręcić.

Zauroczony w wiedźmie mężczyzna kupił swej lubej czerwone korale. Ta, uradowana jakże, natychmiast udekorowała nimi swą łabędzią szyję (ta łabędzia to bardziej dla dodania poetyczności…). Miśko, widząc je, wzburzył się i w przypływie zazdrości zerwał je. Mężczyzna zobaczywszy tę reakcję konkurenta popadł w szał i podbił Miśkowi oko.

Na weselu, kiedy doszło do posahu, Miśko podał rękę tylko wiedźmie, mężowi jej już nie…
Nieszczęśliwie zakochany chłopak chwycił karabin i wystrzelił kulę w powietrzu. Gości opanowała trwoga. A to tak na wiwat młodych…

Z podbojów miłosnych wiedźmy warty wspomnienia jest jeszcze Stanisław. Mężczyzna niezwykle pracowity i zaradny. Wiedźma, jak wspominała wielokrotnie, non stop go okłamywała, wmawiając mu, ze chce z nim być. Chciała- jednak tylko do kolejnej niedzieli, podczas której na horyzoncie pojawiały się inne eleganckie samce wychodzące z kościoła. A Stanisław miał też jeden mały defekt- jego słuch pozostawiał wiele do życzenia.

Trzy lata po hucznym weselu, na którym panna młoda w białą szatę ubrana rozdawała pod kościołem piernik z kosza, przyszło na świat ich pierwsze dziecko- córka. Dziecko było słabe, wcześniak, nie dawano jej szans na przeżycie. A jednak przeżyła. Parę lat później urodził się im syn. Nie minął okres czasu nadto długi, gdy wiedźma wybrała się do wróżki. Ta przepowiedziała jej, że przeżyje swe najstarsze dziecko i niedługo powije bliźnięta. Wiedźma puknęła się znacząco w głowę i wyszła. Nigdy nie wyjawiła szczegółów wróżby- niestety, córka jej była już na tyle duża, by zobaczyć, co wyprawia jej matka. Wiedźma była w ciąży, nosiła już w sobie bliźnięta. I nie były to dzieci jej męża…

Kilka miesięcy później pojawiła się dwójka identycznych dzieci, nie mających ani jednej cechy swego ojca. Nikt od pokoleń nie miał brązowych oczu, choć gen to dominujący, tak zadartego nosa, takiego kształtu ust.

Przyszedł czasu, gdy trzeba było emigrować na Zachód. Wiedźma zatrudniła się jako sprzątaczka, choć ręce dwie lewe miała i pracy nie nauczyła się nigdy- za co by się nie zabrała, wszystko partaczyła. Pomimo, iż czwórkę potomków już miała, najstarszą uczyniła ich niańką- i to właśnie córce zawsze się obrywało, nie rezygnowała z imprez hucznych, plot i uwodzenia mężczyzn. Uwielbiała plotki, za które to nie raz oberwała od swojego męża.

Mąż anielską cierpliwością się wykazywał. Raz, gdy nerwy już doszczętnie mu puściły, zamknął się na strychu, wziął karabin i chciał się zastrzelić. Dla żony jego każda była kobietą lekkich obyczajów (choć miała zwyczaj nazywać je nieco krótszym i bardziej dosadnym słowem). Najgorsza była oczywiście jej własna córka- zwłaszcza, gdy jako podlotek zaszła w ciążę i za mąż wyszła za kata, dziwkarza i pijaka w jednym. Ale to już inna opowieść.

Gdy mąż jej odszedł ze świata żywych, a było to w latach osiemdziesiątych wieku XX, wówczas wiedźma zaczęła spożywać nadmierne ilości alkoholu z pewnym mężczyzną, który wkrótce jej się oświadczył. Zaręczyny zostały odrzucone, jednakże kontakty dalej były utrzymywane.

Wiedźma nade wszystko umiłowała sobie swe najmłodsze, nie pochodzące z prawego wobec prawa i Kościoła dzieci. Te lewe. Gdy na świecie pojawiły się jej prawnuki (od córki), jej najstarsze dziecko, już po przejściach i rozwodzie, zachorowało. Diagnoza: nowotwór złośliwy. Po długiej walce i operacjach córka wiedźmy wreszcie wyszła ze szpitala. Wiedźma skwitowała tylko: „Żebyś k%^&o zdechła!” (bowiem, jak już wcześniej zostało wspomniane, wiedźma bardzo lubiła nadużywać owo określenie).

Chociaż dzieci jej rozeszły się po okolicy, a została z nią tylko córka i opiekowała się nią do końca swoich dni- to właśnie ona była głównym obiektem jej ataków. A już przeżyć Wiedźma nie mogła, gdy potomek jej płci żeńskiej związał się z pewnym mężczyzną (acz nadmienić na początku należy, że miała ona wyjątkowego pecha do mężczyzn do końca życia). Mężczyzna ów, z przeszłością bujną jak jego doszywana niczym guzik teściowa (gdyż tak go określała 10 lat później, choć małżeństwa nigdy nie było), zdążył już pochować jedną kobietę. Jego ówczesna miała być następną- ta, której wyrzekała rodzina (tudzież bracia), opiekowała się swą matką, choć sama niedomagała. Minęło dziesięć lat, nowotwór zaatakował ponownie, po osiemnastu latach i w innym już miejscu- stara przepowiednia wróżki się spełniła- wiedźma przeżyła swe najstarsze dziecko.

Wiedźmą opiekował się konkubent jej zmarłej córki. Ich relacje zaczęły się robić dość dwuznaczne. Wychodziła z jego pokoju w środku nocy, zawsze uśmiechnięta, ten podszczypywał ją za zadek. Zaczęła się walka o dom, o budynek który został zapisany prawnuczce wiedźmy. Mężczyzna stał się ukochanym wiedźmy- jakże się nią opiekował, dawał jej na życie (całe 200 polskich nowych złotych na miesiąc, za które mu gotowała i usługiwała, choć sama była po osiemdziesiątce już). Zbuntował wiedźmę, a ta innych przeciwko rodzinie młodszej córki jej zmarłej latorośli. Zarówno ona, jak również jej mąż i dzieci przyjeżdżały do wiedźmy, pomagały jej, dawały środki na życie, kupowały leki. Jej prawnuczce ludzie na wsi przestali się kłaniać na ulicy. Wkrótce po tym dowiedziała się, że jej prababka rozpowiada wszystkim, że jest czarownicą i nie chce jej tu widzieć. Mimo upływu lat dalej kochała ploty nade wszystko.

Historia kończy się w czasie Wielkiej Awantury, podczas której wszyscy zostają oskarżeni o próbę wykończenia biednej staruszki, która krzyczy do swej prawnuczki (która przyjechała z dokumentami o podpisanie umowy najmu, zaopatrzona w akty prawne, mające na celu wykluczenie zasiedzenia w złej mierze jej posiadłości przez konkubenta jej zmarłej babci, który już zdążył zdewastować dom): Obyście obydwie K$%^wy, ty i twoja po%^&Ana mamusia, zdechły!

Kontakt się urywa. Prawnuczka ma w wielkim poszanowaniu dom, który ma ochotę sprzedać za symboliczną złotówkę i pozbyć się problemu raz na zawsze. Po pewnym czasie Wiedźma się opamiętuje- dookoła ludzie znają już prawdę. Żali się, że nikt z tamtej strony nawet nie zadzwoni. Jedyne środki, jakie jej napływają z zewnątrz, to jakiś banknot od któregoś z bliźniaków. Po pewnym czasie dowiaduje się, że jej wnuczka jest pod opieką onkologiczną, a prawnuczka psychiatryczną, po załamaniu nerwowym. Prawdopodobnie dochodzi do niej, co zrobiła. Ale nikogo to już nie interesuje…

Sezon na komary Czwartek, Maj 26 2011 

Biała flaga, słomiany to był zapał, a ogień tak ciężko przecież było wskrzesić…

Ogrodnik robi dziurkę w ziemi, wkłada tam nasienie (może lepiej użyć słowa nasionko…), zakopuje, o resztę dba natura (chyba, że jest to uprawa w warunkach domowych- trzeba podlewać). Czasem, co jedynie, jeśli jest to konieczne, dorzuci trochę kompostu o dyskusyjnej woni. Nigdy, ale to przenigdy, nie odkopuje ziemi, żeby sprawdzić, czy nasionko wykiełkowało. Gdyby jednak byłby to ogrodnik nadgorliwy, mógłby się nabawić wpierw konkretnej nerwicy natręctw, białej gorączki, apopleksji i szeregu innych zaburzeń w działaniu mechanizmu organizmu, w końcu, skwaszony jak kapusta na bożonarodzeniowy bigos, rzuciłby wszystko w kierunek bliżej i dalej nieokreślony, stwierdził, że wszystko i tak jest bez sensu i dalej użalałby się nad sobą. Oczywiście takie użalanie się byłoby jak najbardziej wygodne- przecież się starał, a i tak nic nie wyszło, przecież pracował nad potencjalną roślinką, a i tak nic nie urosło.

Po trudach porodowych, gdy z kloaki kwoki wydostaje się jajo, kura siada na swej zwapnionej komórce jajowej i siedzi na swym kuperku. Nie sprawdza co chwilę, czy coś tam się rozwija, nie rozbija skorupki, żeby sprawdzić, czy kurczak jest żywy. Zaciska dziób i siedzi (w międzyczasie sobie może pogdakać, jajko dalej pod cieplutkim kuperkiem). Kurczak sam przebije skorupkę i oto nowonarodzony przyszły pasztecik zaczyna swą egzystencję.

Kot, z natury czysty futrzak, przed załatwieniem grubszej potrzeby fizjologicznej kopie dołek w piasku, poczym wydala z siebie przetrawionego Whiskasa i zakopuje te (nie)codzienny skarb. Nie rozgrzebuje później w kuwecie w celu sprawdzenia stopnia rozpadu swoich ubocznych produktów kociej przemiany materii. Takiej kupki się nie rusza, bo i śmierdzieć zacznie niemiłosiernie- skoro już zostaje poddana procesowi rozpadu, różne się substancje ulatniają wraz z zapaszkami. Co natura dała, niechaj sama wchłonie.

Sezon na komary, krwiopijce wstrętne. A gdy ukąsi i kilka kropel krwi ssaczej zaciągnie, potem odurzony jak pijaczek spod monopolowego sobie odleci, zaczyna się zabawa. Można się podrapać, sęk w tym, że ulga będzie chwilowa, potem bardziej jeszcze zaswędzi. Efekt śnieżnej kuli- w końcu się rozdrapie do rany i zacznie boleć. Lepiej przecierpieć tych swędzących chwil kilka bądź też wspomóc się jakimś specyfikiem. Czas załatwi wszystko.

Czas leczy rany. Czas wybiela wspomnienia niczym ACE. Jak się ich nie będzie rozgrzebywać, jak nie będzie się w kółko o nich nawijać, rozmyślać, rozdrapywać starych ran, w końcu się zagoją, jak rozległe by nie były. Fakt, blizny pozostaną, ale już nie będą boleć. A jeśli oparzenia trzeciego stopnia, to są specjaliści, medykamenty, terapie… Z wszystkiego da się wygrzebać.

No i trzeba ryzykować- życie ucieka, nie ma na co czekać 😉 I tak wszyscy zejdziemy z tego świata, trzeba korzystać, póki się da, przełamywać strach, jak to mawiała moja Babcia…

Mężczyzna dojrzały Środa, Maj 25 2011 

Mężczyzna dojrzały- pojęcie nieco abstrakcyjne, archaizm, rzadko dziś występujący w naturze, a już tym bardziej na wolności. W jednym worku z dziobakami i pandą wielką- gatunek na wymarciu.

Samiec oznaczony pierwszą literą alfabetu greckiego. Przywódca stada (rodzinnego), ten co dba o podpałkę do ogniska domowego, o który dbać już winna samica. I choć prawa już dziś równe, a dymorfizm płciowy wśród zwierząt dwunożnych, prowadzących tryb życia naziemny i mających idealnie przeciwstawny i sprawny kciuk u dłoni, niezbyt duży, dojrzałość mężczyzny sprowadza się do połowów wśród archetypów.

Zacna, dojrzała głowa rodziny, niczym lew broni dobrego imienia swego stada. Zarówno potomkowie, jak i samica, która na świat je wydała w wyniku połączenia materiałów genetycznych, powinni czuć się bezpieczni i móc liczyć na partnera/ojca w sytuacjach przynajmniej stresujących.  Dojrzały samiec odwołuje się do przestarzałych dzisiaj już instytucji, takich jak małżeństwo, pielęgnuje tradycję i nie daje się zwieść kocim łapom, nawet jeśli na cztery zwykł zawsze spadać. Zaobrączkowany (choć nic z oznaczaniem ptaków wspólnego to nie ma), nie daje się zwieść swemu instynktowi łowieckiemu, którego źródło ma w okolicach rozporka.

Kompromisowy i zrównoważony- granat w grę nie wchodzi. Dom to nie pole bitwy, a kobieta to nie snajper, ani też obiekt treningowy. Akt małżeński to nie akt własności, tylko wierności i dojrzały mężczyzna powinien zdawać sobie z tego sprawę. Nie ucieka także w żadną dziurę, niczym turkuć podjadek przed ogrodnikiem, gdy zaczynają pojawiać się komplikacje, tylko niczym marynarz każdy węzeł zwiąże, jak i się z nim rozprawi. I tyle, jeśli chodzi o podobieństwo do marynarza- bowiem tylko w jednym porcie jest kobieta.

Mężczyzna dojrzały winien z pewnych nielotów płci swej brać przykład. Samce pingwinów opiekują się jajami, wysiadując je na swych stopach. Ich instynkt ojcowski jest silnie rozwinięty, niczym papier toaletowy podczas sensacji żołądkowych (choć niepoetyckie to porównanie, jednakże jakże adekwatne). Także w przypadku koników morskich, to samiec jaja w swej torbie przechowuje. W przypadku rodziny człowiekowatych natura już nie była tak łaskawa, jednakże nasz gatunek doskonale się dostosowuje- kobiecie wprawdzie naciąga się skóra przez kolejne 9 miesięcy wbrew jej woli, jednakże u większości mężczyzn z wiekiem występuje zjawisko trącące o równouprawnienie- im też brzuszek zwiększać rozmiary zaczyna (z tym, że jest to rozrost- przynajmniej po części- kontrolowany).

.

…i znowu wyjdzie, że się ze średniowiecznej choinki bożonarodzeniowej urwałam…

Zielone jabłuszko Wtorek, Maj 24 2011 

Jest ładne, jeszcze nie nadjedzone przez robaczki, wisi sobie na drzewku z dala od ziemnych szkodników i spraw. Cieszy oko. Ale kubki smakowe już nie. Ładne, ale cierpkie, że aż wykręca… Ale grunt, że nikt takiego nie tknie.

Współczesny człowiek to urodzony masochista. Lubi sobie ponarzekać, pozwalać winę na wszystkie czynniki zewnętrzne, tudzież zwłaszcza na te podobne doń anatomicznie. Uwielbia, niczym hiena cmentarna, grzebać w przeszłości i nią usprawiedliwiać swoje lenistwo i niegotowość do zmian. Zamiast jak grabarz zasypać to raz a porządnie, niech się rozkłada i nawozi ziemię, żeby coś na tych minerałach wyrosło, to drapie w ranę, by się, Siło Wyższa broń, przypadkiem nie zagoiła.

Homo sapiens pragnie szczęścia. O tak. Tylko jakoś niefortunnie nie zwraca nań uwagi, bardziej zmysł patrzenia jego przyciągają wszelkie przeciwności. Zielony, cierpki owoc spada z drzewa i gnije takie obite jabłuszko, zamiast dojrzewać w słońcu. Nie, bo liście zasłaniają, po co czekać na wiatr, który je przestawi. Może się nie zjawić. Lepiej spaść i gnić na potłuczonym zadku (a że przez nacisk będzie bardziej bolało, to już się pod uwagę nie weźmie), jednocześnie plując śliną o odczynie kwaśnym na te jabłuszka, co je słońce muska na drzewie.

Inni zawsze winni. A każdy taki sam, tylko nie ta jedna, jedyna konkretna jednostka, obdarzona nabrzmiałym, niczym gruczoł mleczny matki karmiącej, ego. Pół biedy, kiedy skórka twarda. A tu na miąszku ząbki można sobie połamać (abstrahując od wcześniejszego skurczu mięśni na twarzoczaszce), a przynajmniej szkliwo się rozpuści. Sam kwas. Sam się zakwasza i fermentuje. A z soczku winko, zamiast słodkie bądź wytrawne, od gustu w zależności, na starość, jabol nie do przełknięcia, wydzielający niemiłą woń siarki w promieniu kilometra.

Niedaleko pada jabłko od jabłoni, rośnie nam zgorzkniałe, leniwe i tchórzliwe nowe pokolenie. Nie dość, że sami nie przyzwalamy na własne szczęście, to jeszcze nie reagujemy na cudze nieszczęście, poddając się niczym marionetki głupim stereotypom i tym, co już dawno temu BYŁO i MINĘŁO siłą rzeczy i wszystkiego, co się rusza.

Szczęśliwa, bo komuś pomogłam- a co jest piękniejszego, aniżeli przyczynienie się do czyjegoś uśmiechu? A że afera… Nie pierwsza i nie ostatnia 😉 Tylko trochę szersza w pasie…


Hokus (życie pełne) Pokus 😛

Artysta vs. umysł ścisły part.1 Niedziela, Maj 22 2011 

Artysta vs. Umysł ścisły part. 1

Czyli jak to widzi osoba wrażliwa inaczej, a jak postać, dla której świat składa się z liczb…

Bałagan

Co rozumie umysł ścisły pod tym pojęciem: bajzel, przeszkoda, kurz.

Jak pojmuje to artysta: artystyczny nieład, chaos kontrolowany, ogromny potencjał twórczy. Zlepek barw i kształtów, fuzja kolorystyczna. Możliwość wynalezienia nowych zastosowań rzeczy zwykłych, podróż w nieznane, niczym ptak rozwijający skrzydła w przestworzach, w celu znalezienia jakiejś rzeczy. A że w nocy może zaboleć, jeśli krzesło okaże się przeszkodą- cóż, sztuka wymaga poświęceń.

Turkuć podjadek

Co rozumie umysł ścisły pod tym pojęciem: wstrętny szkodnik, niszczący uprawy.

Jak pojmuje to artysta: urocze, małe stworzonko rodem z Pszczółki Mai, błagające o empatię, delikatnie wymachując swoimi małymi łapkami, niczym bobas w kołysce. Te jego szczypczyki to jak paluszki niemowlaka, nieco niezdarne w ucieczkach przed polującym ogrodnikiem ze szczypcami. Kształt tułowia idealnie eliptyczny, barwa: siena palona, sepią zalatuje. Jakby się przyjrzeć ma całkiem inteligentne spojrzenie jak na stawonoga, gdyby nie fakt, że jak zaciśnie swe kleszczyki, to tężca można w prezencie odeń dostać, chciałoby się utulić.

Poezja

Co rozumie umysł ścisły pod tym pojęciem: zbiór wyrazów bez większego sensu, w większości przypadków rymowany. Ma początek, środek i koniec (trzeba było przez ten polski jakoś przebrnąć).

Jak pojmuje to artysta: utwór o głębszym niż Atlantyk przesłaniu, skłaniający do zadumy i roztrzepywania sensu życia. Wstęp do głębi ludzkiej psychiki, metafizyczne ujęcie człowieka/natury/czegokolwiek tam, o czym opowiada (acz i tu należy wyciszyć się i wytężyć koncentrację, artysta posiada bowiem indywidualne, niekoniecznie rozumiane dla reszty społeczeństwa, spojrzenie na świat- chłonie rzeczywistość każdym zakamarkiem swych zmysłów, toteż nie najłatwiej jest wyłapać, o co takiemu chodziło). Wyrażenie niewidzialnego, nienamacalnego, ale obecnego, transcendentnego elementu człowieka.

.

A tak a’propos facetów artystów: materiał na naprawdę przewspaniałych kolegów, przyjaciół etc. Ale jakoś tak nie jestem w stanie w którymkolwiek z nich ujrzeć mężczyzny i raczej nigdy mi się to nie uda. Facet- artysta to wspaniała… przyjaciółka, tyle, że z przyrodzeniem (gwoli ścisłości: z którego i tak się nie korzysta) 😉 To tak troszkę brutalnie na koniec 😉 Zresztą, wystarczy, że ja mam skrzywienie artystyczne i zdarza mi się stanowić zagrożenie dla samej siebie, to i moje podejście pozostawia wiele do życzenia… 😛

***[Zbudzą się z zimowego snu…] Sobota, Maj 21 2011 

Zbudzą się z zimowego snu

Na pozór martwe już dawno marzenia

Wiatr nasyci je życiem znów

Gdy nie będzie już nic do stracenia

.

I czas się liczyć przestanie

Gdy między palcami kolejne przeciekną chwile

Gdy sił zabraknie wtedy powstaniesz

Gdy zdawać się będzie że wszystko przeżyłeś

.

I przejmie odwaga ster

W żagle uderzy dziwki wiatr

Gdy strach wedrze się w niespokojny sen

Jakby ktoś resztki marzeń kradł

.

Usłyszysz serca bicie

Stąpając na nocy i dnia krawędzi

Wtem pojmiesz co znaczy życie

Podziękujesz za błędy

.

.

Nie mogę już więcej  stracić

Bo nie mam już nic do stracenia   (E. Bartosiewicz- „Ciekawe”)

Pszczółka Piątek, Maj 20 2011 

Byle kwiatek ładny. Byle pobzykać na nim można było. Byle zapylić i… odlecieć, bo w sąsiedztwie inny, atrakcyjny kwiatuszek…

Ot, żeby posadzić swój pasiasty odwłok między rozchylone płatki korony kwiatka. Żeby żądło wbić. A że na żądle tym pyłki z innego jeszcze kwiatka, a potem roznosi zarazki. Rozkoszuje się tym słodkim smakiem i zapachem, zaspokaja swe podstawowe potrzeby, pieści zmysły. Do czasu, gdy na horyzoncie inny kwiatek się nie pojawi.

Pszczółka, pracowita, więc mowa tu o trutniu. O tym melomanie, co uwrażliwia na piękno śpiewu ptaków, o tym estecie, który lubuje się w chwil luksusie. O tym, co zapyli kwiatka i poleci dalej w  świat, przeczesując kolejne okazy na łące, w poszukiwaniu przygód. Aż w końcu spocznie na pięknej, mięsożernej roślince. I po takim trutniu, żądło zmoczył śliną jej.

Truteń charakteryzuje się lekko(myślno)ścią, na myśl przywodzącą adekwatny, jakże delikatny, trzepot małych jego skrzydełek. Szarmancko wznosi się nad źdźbłami trawki, niczym pod jej wpływem, szuka najbarwniejszych kwiatów. Najbardziej kuszące te poddane mutacjom genetycznym w laboratoriach. Bardziej wabią atrakcyjnym wyglądem, kuszą słodkim zapachem. I tak, rozmachem, stado trutni leci jak mucha do obiektu odpowiadającego jej preferencjom zapachowym.

Wymachuje żądłem swym zgodnie z kierunkami stron świata, a także w strony pośrednie, aż w końcu zahaczy nim o coś grubszego i staje się bezbronnym, niewinnym i zahukanym owadem.

Zawistne to stworzenie, poniekąd. On kwiatuszka tykać może, inny już wara od niego. Bo się rozprawi- jak nie z innym, to z kwiatuszkiem. Takie znakowanie terytorium, takie ja tu byłem, pyłek przenosiłem. I byłby nawet ogrodnika pies, tylko nie te rozmiary i anatomia, marny substytut.

Truteń do długowiecznych nie należny. W wielu przypadkach występuje okres trutniowy, potem z niego się wyrasta. Truteń na ogół młodzieńca czar rozprzestrzenia wokół swej persony. Acz i weteranów spotkać można.

.

Kwiatuszek, co zacisnął płatki i zęby 😛

Na złodzieju czapka gore. Z czystej ciekawości, który z panów teraz się mnie przyczepi 😛

Fatum Czwartek, Maj 19 2011 

Żaden wiatr nie jest dobry dla okrętu, który nie zna portu swego przeznaczenia, rzekł niegdyś Konfucjusz. Nie wnikam w jego umiejętności żeglarskie, ale facet chyba wiedział, co mówi…

Nieodzowny element każdego zjadacza chleba starożytnej Grecji, bez względu na jego środki umysłowe i finansowe. Wredne fatum, ciążące niczym sumienie standardowemu studentowi przed sesją, nieprzewidywalny niczym kobieta z zespołem napięcia przedmiesiączkowego los. Surrealizm dla szarej, naukowej rzeczywistości XXI wieku. Budzące niebywały respekt w zahukanych pogańskich społecznościach poprzez swoje znaczenie. Przeznaczenie. I kij w ucho nowej myśli (zakładając, że jest ona spersonifikowana), że najlepszym sposobem na przewidzenie przyszłości jest wymyślenie jej. O nie. Los bywa naprawdę kapryśny.

Objawom psychosomatycznym przeznaczenia sam Freud by nie podołał.

Osobowość despotyczna, choć istna anarchia. Kompleks wyższości, choćby z metra cięty z kapeluszem. Można się przeciwstawić, a jakże.

Zwroty. Zwroty akcji, obligacji, czasem zwroty jak u kwiczącego ssaka. Bo co za dużo, to i świnia nie zje. Bo co dasz, zwrócone ci zostanie i to jakże hojnie, bo i z nawiązką (plus kwasy trawienne).

Nerwica natręctw. Tak natrętnie będzie kamienie pod nogi rzucać i w oczy na przekór wiać, że w końcu wyjdzie na jego. Kompas i w innym kierunku wyruszyć wypada…

Sen schizofrenika. Czasem kolorystyka obrazów prosto z KrzykuVan Gogha.  Brak jakiejkolwiek logiki, choć ewidentne działanie przyczynowo- skutkowe.

Zaburzenia obsesyjno-kompulsywne. Obsesja przed czmychnięciem przed tym, co nieuniknione, popadając w skrajne zachowania. Spacer na linie nad przepaścią.

Hokus- pokus i astrologia. Typ spod ciemnej gwiazdy, choć pod tą szczęśliwą urodzony. Acz poród w pomieszczeniu bez zadaszenia do najbezpieczniejszych nie należy.

Uciekanie przed nim, to jak uciekanie przed własnym cieniem. To jest wykonalne. Można chodzić po omacku, zrezygnować z podstawowego zmysłu. Łatwiej jednak wdepnąć w jakieś niespodzianki o niemiłej woni. Jeszcze łatwiej ugrzęznąć. A człowiek światła potrzebuje, bo jak za dużo melatoniny, to poziom serotoniny spada. Zapaść życia radości.

Podpisano: marzący o stabilizacji, bezpieczeństwie i szczęściu chodzący KŁOPOT.

Ps: Drodzy, kochani bulimicy i anorektycy, którzy znaleźli w sobie tyle siły i odwagi, aby przyznać się, przede wszystkim przed samym sobą, do swojej choroby i podjąć leczenie. Niefortunnie dowiedziałam się, że stanowimy zagrożenie poprzez swoją rzekomą niepoczytalność. Nowinę tą, radosną, a jakże, przekazał mi osobnik z gatunku (teoretycznie) homo sapiens, który jest na tyle poczytalny i odważny, że bez żadnych skrupułów bije i szantażuje kobiety.

Ale niezwykle przyjemnie było zdobyć kilka dodatkowych informacji- że też przez kilkanaście lat zmagań z chorobą, nie dowiedziałam się, że przysługują mi kartki o ciepłym, słonecznym kolorze, a bulimia i anoreksja zahacza o psychopatię. Cholera, a ja całe życie myślałam, że to choroba samotności, przejść typu próba gwałtu, facet- kat, czy wieloletniego maltretowania psychicznego… Jakaż ludzka wyobraźnia jest urocza :] …

Bilard Wtorek, Maj 17 2011 

Nachylenie, cel pod odpowiednim kątem, zamach i bum! w kulę. A ta kula dalej w następną, następna w następną… aż w końcu któraś w dół wpadnie… Tak jakby efekt domina, acz ruchem jednostajnie opóźnionym. Albo się któraś w końcu się zatrzyma, albo ostatecznie jakaś padnie ofiarą.

Kijem ktoś palnął i reszta cierpieć na tym musi. Najbardziej narażone są osobniki znajdujące się najbliżej w czasoprzestrzeni. Nie w przestrzeni. Nie w czasie. W jednym i drugim jednocześnie. Bo jeśli dostatecznie długo taki osobnik kula się po tym stole bilardowym, obijając systematycznie o jego zabezpieczenia, to z każdym uderzeniem, zgodnie z prawami fizyki, wyładowuje swój potencjał. I tak jak w przypadku bil (nie)pożądanych- albo się zatrzyma, albo popadnie w doła.

Częstokroć ofiarami padają kule innego zawodnika. Wtedy to dopiero porażka, przekazać pałeczkę trzeba. Stopień prawdopodobieństwa, że znowu się oberwie, wysoki i zdradliwy jak północna ściana Matterhornu.

Czasem niefortunnie trafi w czarną kulę, przed wyczerpaniem swojego potencjału. Gra skończona, choć jeszcze by się z chęcią poturlało to . Ustawić na nowo, powyciągać, co powpadało i zmiana miotających.

A żeby było śmieszniej i zabawniej, największy ubaw mają ci, co im kije w rękach tkwią… Kula to tylko taki okrągły pionek, niech się turla… Byle nie przy nodze…

Wiązania chemiczne i oddziaływania między ludźmi Wtorek, Maj 17 2011 

W paradoksie siła. By zobaczyć ogóły, warto sięgnąć po szczegóły i pod mikroskopem potwierdzić to, co widać nagim okiem…

  1. Oddziaływania wewnątrzludzkie

a)      Wiązania kowalencyjne – podstawowe wiązania, w wyniku których dochodzi do uwspólnienia komórek ludzkich, pochodzących od osobników różnej płci. Trochę genów od mamy, trochę genów od taty i powstaje z tego wiązania nowy osobnik. Oczywiście należy wziąć pod uwagę powinowactwo do genów i tak możemy te oddziaływania podzielić na polarne i niepolarne. Z polarnymi mamy do czynienia, gdy jeden z osobników ma więcej genów dominujących, a drugi to uosobienie swych recesywnych rodzicieli. Niepolarne to takie fifty- fifty, osobnik płci męskiej ma większą pewność, że stworzenie jest jego, aniżeli w przypadku tego, którego samica wyposażona jest w większość genów dominujących.

b)      Wiązania jonowe- występują przy wymianie substancji endogennych, takich jak, na przykład,  ślina. Osobnik, którego bakterie tymczasowo (lub stale) zdominowały organizm i do ślinianek jego przedostały się drobnoustroje z wydzieliny z nieodłącznie połączonego z układem pokarmowym narządu układu oddechowego, przekazuje podczas wyrażania niewerbalnego swych uczuć drugiemu osobnikowi zarazki. Ten drugi staje się jednocześnie nosicielem owych drobnoustrojów. Oczywiście można zejść niżej i rozprawiać się nad przenoszeniem bakterii, wirusów i grzybów poprzez inne części ciała, ale meritum zostało zawarte w sposób dostatecznie już obrazowy.

  1. Oddziaływania międzyludzkie

a)      Wiązania wodorowe- stosunkowo często występujące zjawisko społeczne. Większe organizacje przywiązują do siebie pechowe jednostki, jednakże te zachowują swobodę działania. Wiązania te powstają przy odpowiedniej dawce empatii z jednej strony i przyzwolenia z drugiej. Są na ogół trwałe, jednak przy zachowaniu indywidualności. Korporacje wchłaniają mniejsze rybki i dają im plankton, żeby z głodu nie zdechły.

b)      Siły Van der Waalsa- niektóre osobniki utrzymują dobre kontakty, gdy zachowana jest pomiędzy nimi pewna odległość, której zwiększenie bądź zmniejszenie powoduje osłabienie się relacji. Oj, skąd ja to znam…

c)       Oddziaływania hydrofobowe- oddziaływania wynikające z szerzących się fobii społecznych. Tworzą się grupy, za żadne skarby świata nie poddające się istniejącym schematom i prawom i łączą się w takie grupki na różnych portalach społecznościowych. Dawniej znane pod postacią subkultur. Ich znaczenie w społeczeństwie ma charakter ambiwalentny- z jednej strony wybijają się ponad szary codzienności poziom, z drugiej, chciałoby się co niektórych roztrzaskać o przegrodę z betonu zbrojonego.

Kto powiedział, że biochemia jest nudna?? 😀

Dieta Poniedziałek, Maj 16 2011 

Powiadają, że lepiej nie dojadać, aniżeli się przejadać. Chociaż mówią też, że apetyt rośnie w miarę jedzenia…

Zbyt długa głodówka powoduje albo całkowitą utratę apetytu na życie, albo wilczy nań głód. Tak czy owak, zaburzenie gotowe. Głodny z przymusu rzuci się na pierwsze lepsze mięsko, nie bacząc, czy przeszło wszelkie badania gine… weterynaryjne, znaczy się,  i czy przypadkiem nie nosi jakiegoś siedliska bakterii, wirusów, grzybni bądź też pasożytów. Inaczej sprawa ma się z głodnym z wyboru. Taki co na diecie jest, na jadłospis niby patrzy, ale zachwyca się samym widokiem i zapachem. Bo tknąć to już nie.

Głodówka częstokroć jest następstwem przejedzenia. Przejedzenia, bowiem ciasteczka były albo bardzo dobre i apetyt wzrastał, aż pozostało tylko kilka okruszków i kąsać już nie było czego, albo- forma okrągła jak przekrój pierścienicy, jadło się, bo się było głodnym. Albo jeszcze inna opcja- ktoś do konsumpcji przymuszał, niczym świnię przed ubojem.

Doskonałą alternatywą dla głodówki i przejadania się zdaje się być zdrowa, zrównoważona dieta. Trochę słodkości, trochę pikanterii ( chlorek sodu, nie taki znowu zdrowy, zwłaszcza na otwarte rany), no i mnóstwo składników odżywczych. Zanim jednak wybierze się coś z jadłospisu, warto by zagłębić się w skład chemiczny potrawy. Żeby nie było, że trzeba będzie porządnie przysolić albo przypieprzyć, żeby to się w ogóle do czegokolwiek nadawało. A że w dobie fast foodów wszelkie śmieci dookoła, zadanie wydaje się być tym bardziej utrudnione. Jaka kuchnia, jacy kucharze, taka potrawa. A że w wielu kuchniach dzisiaj to raczej patelnie służą bardziej jako niezidentyfikowane obiekty uderzające, to nie najłatwiej o wykwintne danie. Jakby do tego jeszcze dorzucić coraz to powszechniejszy dostęp do modyfikacji plastycznych, to już człowiek naprawdę zaczyna się zastanawiać, czy nie wcina na śniadanie woreczków foliowych, których funkcja powinna być zupełnie odmienna, a miejsce ich w obiektach latających z pasażerami.

Hołd i honor tym, którzy od razu wiedzą, jakie smaki preferują. Niekiedy tak się zachwycą aromatem i oddziaływaniem na kubki smakowe jakiejś potrawy, że konsumują ją do końca życia, pomimo kuszących różnorodności, dostępnych na wyciągnięcie ręki. Inni, szczęścia tego nie mający, zwykli degustować wiele smaków, nim odkryją, który zaspokoi ich zmysły i potrzeby. I nie chodzi tu o degustację z supermarketu na promocji, choć i takich coraz więcej.

Z wiekiem homo sapiens wykazuję już znacznie większą wybredność, jeśli chodzi o potrzeby, zarówno fizjologiczne jak i estetyczne. Już nie pierwsza młodość, trzeba uważać, czy coś nie zaszkodzi. Młode to się tam szybko zregeneruje, u starszego to już nieco gorzej. Chociaż dzisiaj, jak już wszystko takie sztuczne, to i u młodszego nie lepiej…

Po pierwszej Poniedziałek, Maj 9 2011 

Widok tej pierwszej- cieszy. Widok tej drugiej- pociesza. Ta druga- radość dla oka, radość dla każdej innej części ciała, ta pierwsza- radość dla ducha. Podróbka szczęścia z fabryki na Tajwanie, jak śpiewa Kasia Nosowska. Podpisano: jakoś tak niefortunnie, zawsze ta DRUGA…

Oryginał wartość swą ma. Te subtelne wykończenia niewidoczne dla oka, nosi się przyjemniej, chce się jak najczęściej w tym pojawiać. Substytut niby niczym się nie różni, tylko tej metki nie ma. No i jakość nie ta. Ułożyć może się też nie tak, jakby się chciało.

Ta pierwsza- ta, o której pisze się wiersze, mdłe piosnki, aspirująca na bohaterkę Harlequina (tak strzelam, nigdy tego nie czytałam…). Romantycznie, ujmująco, urzekająco. Ucieszy się na widok takiej.  Ufa. Umili w każdej chwili. Choć pół światu tego kwiatu, szukaj tego wyjątkowego. Jej nie wyrywa, bowiem wyrywa się tylko chwasty. Piękno jest na wolności, rozkwita… i kusi by je zapylić… nieważne, zagalopowałam się.

Podróbka na pocieszenie. Żadnych poufałości. Ot, żeby się pobawić, pocieszyć po ukochanej. Jest zawsze na potem. Zawsze po, nigdy przed, co najwyżej zamiast, gdy oryginał nieosiągalny- jak się nie ma co się lubi, to się lubi, co się ma. Ostatecznie jako symbol porażki. Posunie się całkiem daleko w swym egoizmie. Ten, nie ta druga

Chinka Środa, Maj 4 2011 

Mężczyzna Środa, Maj 4 2011 

10/10 😉 Powieszę sobie nad łóżkiem 😉

Ania Piszczałka Wtorek, Maj 3 2011 

Billy Zane 2 Wtorek, Maj 3 2011 

Nie ma co się czarować- takie materiały genetyczne to istnieją tylko w filmach, a nie na wolności  ;P

Kotki :) Wtorek, Maj 3 2011 

Uśmiech! Poniedziałek, Maj 2 2011 

Po co spać, skoro można sobie pobazgrolić 😉

Wyrys ze szkicownika ;) Niedziela, Maj 1 2011 

%d blogerów lubi to: