Proszę, niech każdy nastawi aparat,
Bo sfrunęły się ptaszki dla odbycia narad*

I tak jeden przy drugim w dziób sobie patrzy, a nuż coś wyhaczy, a nuż z dzioba robaka zaciągnie. Zamiast swym pokarmem się zajmować innemu w talerz niczym szpak  zadziwiony odwłoku widokiem się patrzy. Dziób wypolerowany, na pokaz, a niech inni patrzą i zazdroszczą. I wciska dzioba, gdzie nie powinien, a dziób ten upaprany niezidentyfikowaną bliżej substancją chemiczną, związkami bakterii i wirusów. Zasieje te zarazki, podleje, oliwy do ognia doleje, a potem wyrasta…

Na to wróbel zaterlikał:
„Cóż to znowu za muzyka?
Muszę zajrzeć do słownika,
By zrozumieć śpiew słowika.*

Wzburzenie i ogólne, obopólne wzburzenie. Bo jak to? Ktoś zdanie ma inne? Nie no, oczywiście, w wolnym kraju zwykliśmy egzystować. Acz najbezpieczniej dziób swój schować i nie wychylać łba ptasiego. Dlaczego? Bo bezpieczniej. W nikłym świetle demokracji z przepalonej żarówki, gdzie pod jej latarnią ciemno jak pomiędzy zwieraczami człowieka z nadwyżką melaniny, zdanie jest zakazane. A odważ się być inny. Taki ładny pokój z błękitnymi ścianami dostaniesz, gdzie klamki nie uświadczysz i taki milutki, puchaty kaftanik przy kaloryferze przywiązany.

Jak usłyszy to kukułka,
Wrzaśnie: „A to co za spółka?
Kuku-ryku? Kuku-ryku?
Nie pozwalam, rozbójniku!

I armia ojca o nazwisku nieco grzybiczym, o barwie rudej, jakże poetyckie, trącącej poezją śpiewaną. I brońmy zasad niczym krzyża, i złóżmy hołd w smoczej jamie. Nie, nie tolerujemy inności. To nie Amełyka, tutaj keep smiling znaczy: jesteś durniem, którego da się wykorzystać, a gdy się znudzisz/ będziesz już bezużyteczny mam cię w obszarze ciała z bakteriami e.coli. Tak, tak, życie jest piękne, można wszystko. Ale TY nie możesz.

Czajka woła: czyjaś ty, czyjaś?
Byłaś gdzie? Piłaś co? Piłaś, to wyłaź!
Przepióreczka: chodź tu! Pójdź tu!*

Gdzież ja się podziewałam przez ostatni tydzień? Jakże to tak? Wyłączyłam telefon, oj niedobra jestem, niedobra. Tak, siedziałam i knułam, jak tu komu namieszać. O tak, marzę o tym, każdego dnia zawracam sobie głowę jakimś burakiem i układam niczym puzzle plany pokrzyżowania komuś drogi. Przecież to taka rozrywka. I jakże ciekawe otoczenie, co się ze mną działo przez te kilka dni. Gdzież ja byłam? A wzięłam sobie szkicownik i poleciałam do Honolulu. A tak serio: a kogo to obchodzi? Ja nie wciskam nosa w czyjeś życie i nie życzę sobie tegoż. Jestem dorosła. Że śpię ze zgrają pluszowych misiów i sześcioma poduszkami? Moja sprawa. Nie daję zaproszenia do mojego życia, tutaj odbywa się prywatka, a nie jakaś impreza na cele charytatywne.

Nie dasz mi? Takiś ty? Wstydź się, wstydź się!”
I wszystkie ptaki zaczęły bić się.*

A ja tam byłam, Żywca z butelki piłam, fajkę popalałam i słodko z boku wszystkiemu się przyglądałam. Adios!

Wściek.

*fragmenty Ptasiego Radia, uwielbianego przeze mnie, gdy byłam dzieciakiem, Juliana Tuwima.