Billy Zane Piątek, Kwi 29 2011 

Pod koniec lat 80. było na co popatrzeć 😉 <ślinotok>

Początek Środa, Kwi 27 2011 

Śmierć nie oznacza końca. To tylko kolejny początek, jakich wiele, po każdym końcu. A życie tak zostało skonstruowane, że gdy zamykają się jedne drzwi, otwierają się drugie. Dlatego tak niebezpieczne jest stanie w przeciągu, czy- jak kto woli, w miejscu.

Nie rozstajemy się na zawsze. Kiedyś zobaczymy się jeszcze. Kiedyś- może za dziesięć, może za dwadzieścia, a może za sto lat. To nie ma znaczenia. W fizycznym świecie przez większość życia jesteśmy niewolnikami czasu: cykli dobowych, pór rocznych. Żyjemy na Ziemi, jesteśmy połączeni z naturą. Nasze ciało jest jak każde inne- roślina usycha, płatki kwiatów więdną i opadają, a nasza skóra się marszczy. Ale rośliny zostawiają po sobie nasiona, z których kiełkują następne. Tak samo człowiek przedłuża swój gatunek.

Życie w fizycznym to największy dar, jaki można otrzymać od natury. Coś, co zostaje dane komuś na własność, co każdy może wykorzystać, jak chce. W końcu należy tylko do niego, choć tak mało ludzi zdaje sobie sprawę z tej oczywistej prawdy. Ci, którzy rozumieją tą najbardziej prozaiczną i dziecinnie prostą sprawę, wybijają się ponad tłum. Ich wyjątkowość to pasja, to nieliczenie się z czasem i jego ograniczeniami. Ich życie trwa subiektywną chwilę, ale chwila ta zostaje zapisana na kartach dziejów ludzkości.

Nikt nie ma prawa rozporządzać czyjąś własnością. Nie może uzależniać swojej własności od innych. Ta własność jest materialna, a wszystko, co materialne, kiedyś się kończy. Życie fizyczne można stracić w jednej chwili, jak majątek w czasie kryzysu gospodarczego.

Nie można przez kogoś zniszczyć sobie życia. Tylko przez swoje nieumiejętne decyzje. Zdanie to także własność, każdy ma swoje i może w każdej chwili je zmienić, ukształtować nowe. Nikt z zewnątrz nie musi się z nim zgadzać.

Ktoś mnie tego uczył przez dwie dekady. Podprowadziła pod drzwi dorosłości i odeszła, bo jej przygoda na Ziemi się skończyła, zaczęła nową. Ktoś mnie teraz uczy tego na nowo. Ale i ta osoba odejdzie. A właściwie ja od niej- ona mi tylko wskazuje możliwości, drogę wybieram sama.

Mam coś, czego nikt mi nigdy nie odbierze. Cudowne wspomnienia: chwile, które tak szybko przeminęły, kiedy naprawdę żyłam, wedle własnego widzi-mi-się. Wspomnienie osoby kochającej bezinteresownie, do której potrafiłam zwiać na drugi koniec Polski, mając zaledwie 20 zł w portfelu (ale uparłam się i dojechałam do celu, po paru perypetiach… ale to już jedna z tych historii, gdzie stawiałam wszystko na jedną kartę i działałam, nie bacząc na jakiekolwiek przeszkody i konsekwencje…). Osobę, która nauczyła mnie tego, co głosi Coehlo od kilku lat: kocha się za nic. Nie istnieje żaden powód do miłości, chociaż pisarką nie była, tylko cudowną kobietą, która jak każdy popełniła kilka błędów. Osobę, która wspierała każdy mój pomysł, nawet najbardziej szalony, dawała motywację, choć sama trzęsła się ze strachu (gdy wybrałam się na wycieczkę na inny kontynent, ale to też inna, dłuższa nieco historia), nigdy mnie nie hamowała, tylko pchała do przodu i nigdy nic za to nie chciała. Dla innych byłam małą wiedźmą, czarownicą, popieprzonym dzieckiem z ukraińską krwią, dla niej- całym światem, a ona moim, bez względu na to, jak oceniali ją inni. I taką ją zapamiętałam, tych wspomnień nic i nikt nie jest w stanie zmienić…

Bo życie jest tylko jedno i jedyne, co z niego zostanie, to tylko te wspomnienia. One są pewne, nikt ich nie może zabrać (nawet ten Niemiec, Alzheimer ;)- w podświadomości przetrwają).

Dni uciekają z prędkością światła. Wyciskam z każdej minuty, ile się da. Żyję. Zbieram wspomnienia, kolekcjonuję je. Staram się wszystkim cieszyć, nie wspominam złego, bo i po co, skoro to już minęło, nie wróci i w ogóle nie istnieje w teraźniejszości? Wykorzystuję każdą sytuację, bo jak to Szymborska przepięknie ujęła: nic nie zdarza się dwa razy. Zamiast siedzieć w sztucznie stworzonej rzeczywistości i lubić powszechnie przyjęte fobie  odezwałabym, ale nie chcę się narzucać, po prostu chwytam za telefon i dzwonię. Najwyżej oberwę po uszach, to tylko słowa…

Ostatnio wyłączyłam się na jakiś czas z pewnych stref życia, musiałam parę rzeczy poukładać, w tym między innymi ciuchy w szafkach i klepki w głowie. Wróciłam do starych pasji. Trochę trudno mnie złapać, bo albo zapominam telefonu, albo celowo go nie biorę, albo wyłączam i po kilku dniach przypominam sobie o jego istnieniu. Komunikatory włączam raz na jakiś czas, jak mam na to ochotę. Póki co, nie mam jakoś zamiaru tego zmieniać- kto ma mnie złapać, ten znajdzie sposób, a ja niespodzianki bardzo lubię ;).Jest coraz cieplej, drzewa nie straszą już nagimi gałęziami. Z tej okazji (bo jak jej nie ma, to się ją stwarza- ta dam!) życzę wszystkim korzystania z życia, oderwania się od stereotypów i pokonywania siebie każdego dnia- żeby codzienne poszerzać swoją piękną kolekcję wspomnień!

.

Lenka 2 Wtorek, Kwi 26 2011 

Lenka i jej diablikowate spojrzenie 😉

Ślązak Poniedziałek, Kwi 25 2011 

A jednak. Jest takie miejsce, które przypomniało mi, że jeszcze nie tak dawno byłam wrażliwą dziewczyną, która kiedyś naprawdę kochała, która potrafiła wiele wybaczyć i naiwnie brnąć do przodu, poświęcając przy tym najważniejszą osobę w swoim życiu- siebie samą. Że byłam łatwowiernym dzieckiem nie znającym zasad rządzących tym światem, wierzącym, że każdy człowiek jest dobry, tylko gdzieś po drodze błądzi…

Nie było tylu rond. Kilku ulic też sobie nie przypominam. Ale pasaż dalej nieremontowany, główne ulice szare, a park przy Miejskim Domu Kultury, jak każdej wiosny, zielony…

Na cmentarzu nie było tylu grobów. Na jego obrzeżach, z których widać Landskorone i wieżowce na osiedlu Powstańców Śląskich, świeciły pustki. Dziś jest więcej krzyży… I tylko wiatr tak samo wplątuje się we włosy…

Na znajomych twarzach pojawiło się kilka zmarszczek. A z każdą kolejną jakby odchodziła część rześkości i radości…

Łąkami i lasami, gdzie zwykłam odpoczywać w trakcie wycieczek rowerowych w upalne dni, dziś już nie można przejechać. Ani nawet przejść. Można co jedynie zaparkować przy kolejnym centrum handlowym.

I tylko powietrze jest to samo- takie lekkie, jakby rzadsze… Widać i czuć szczyty w oddali…

Kiedyś jechało się „do miasta” z babcią. Dzisiaj nie ma ani miasta, ani babci. Znam to miejsce na pamięć, każdy jego zakątek. Dziś mieszkam na Pomorzu, w mieście, w którym notorycznie się gubię i mam problem ze znalezieniem się. Zarówno w sensie dosłownym, jak i metaforycznym.

Czy z Górnego, czy z Dolnego- Ślązak urodzony, Ślązakiem umrze…

Wiosna! Środa, Kwi 20 2011 

Oto odpowiedź, dlaczego wolę stać po drugiej stronie obiektywu. No, ale mała propaganda talentu fotograficznego Agaty zza mojej ściany. Ja i Karolina w jej obiektywie 😉 Bez photoshopów i innych udziwnień:P

Hieny z Cmentarza Centralnego w Szczecinie 😉 😛

Mama Środa, Kwi 20 2011 

…bo jak dziecię narozrabia, to w celu udobruchania żywicieli rysuje laurki 😉 Je je je 😀 Mój pierwszy portret suchą pastelą 😀

Oko Wtorek, Kwi 19 2011 

Bo po burzy wychodzi słońce… A poranki są piękne… Zwłaszcza po ciężkiej nocy, gdy krople rosy odbijają delikatne promyki…

A tak niepoetycko: chciałam tylko narysować oko, ale emocje jakoś wzięły górę. Taki wiersz, tyle, że bez słów. Ma się te artystyczne zboczenia ^^ Pastele suche

Ptasie radio Poniedziałek, Kwi 18 2011 

Proszę, niech każdy nastawi aparat,
Bo sfrunęły się ptaszki dla odbycia narad*

I tak jeden przy drugim w dziób sobie patrzy, a nuż coś wyhaczy, a nuż z dzioba robaka zaciągnie. Zamiast swym pokarmem się zajmować innemu w talerz niczym szpak  zadziwiony odwłoku widokiem się patrzy. Dziób wypolerowany, na pokaz, a niech inni patrzą i zazdroszczą. I wciska dzioba, gdzie nie powinien, a dziób ten upaprany niezidentyfikowaną bliżej substancją chemiczną, związkami bakterii i wirusów. Zasieje te zarazki, podleje, oliwy do ognia doleje, a potem wyrasta…

Na to wróbel zaterlikał:
„Cóż to znowu za muzyka?
Muszę zajrzeć do słownika,
By zrozumieć śpiew słowika.*

Wzburzenie i ogólne, obopólne wzburzenie. Bo jak to? Ktoś zdanie ma inne? Nie no, oczywiście, w wolnym kraju zwykliśmy egzystować. Acz najbezpieczniej dziób swój schować i nie wychylać łba ptasiego. Dlaczego? Bo bezpieczniej. W nikłym świetle demokracji z przepalonej żarówki, gdzie pod jej latarnią ciemno jak pomiędzy zwieraczami człowieka z nadwyżką melaniny, zdanie jest zakazane. A odważ się być inny. Taki ładny pokój z błękitnymi ścianami dostaniesz, gdzie klamki nie uświadczysz i taki milutki, puchaty kaftanik przy kaloryferze przywiązany.

Jak usłyszy to kukułka,
Wrzaśnie: „A to co za spółka?
Kuku-ryku? Kuku-ryku?
Nie pozwalam, rozbójniku!

I armia ojca o nazwisku nieco grzybiczym, o barwie rudej, jakże poetyckie, trącącej poezją śpiewaną. I brońmy zasad niczym krzyża, i złóżmy hołd w smoczej jamie. Nie, nie tolerujemy inności. To nie Amełyka, tutaj keep smiling znaczy: jesteś durniem, którego da się wykorzystać, a gdy się znudzisz/ będziesz już bezużyteczny mam cię w obszarze ciała z bakteriami e.coli. Tak, tak, życie jest piękne, można wszystko. Ale TY nie możesz.

Czajka woła: czyjaś ty, czyjaś?
Byłaś gdzie? Piłaś co? Piłaś, to wyłaź!
Przepióreczka: chodź tu! Pójdź tu!*

Gdzież ja się podziewałam przez ostatni tydzień? Jakże to tak? Wyłączyłam telefon, oj niedobra jestem, niedobra. Tak, siedziałam i knułam, jak tu komu namieszać. O tak, marzę o tym, każdego dnia zawracam sobie głowę jakimś burakiem i układam niczym puzzle plany pokrzyżowania komuś drogi. Przecież to taka rozrywka. I jakże ciekawe otoczenie, co się ze mną działo przez te kilka dni. Gdzież ja byłam? A wzięłam sobie szkicownik i poleciałam do Honolulu. A tak serio: a kogo to obchodzi? Ja nie wciskam nosa w czyjeś życie i nie życzę sobie tegoż. Jestem dorosła. Że śpię ze zgrają pluszowych misiów i sześcioma poduszkami? Moja sprawa. Nie daję zaproszenia do mojego życia, tutaj odbywa się prywatka, a nie jakaś impreza na cele charytatywne.

Nie dasz mi? Takiś ty? Wstydź się, wstydź się!”
I wszystkie ptaki zaczęły bić się.*

A ja tam byłam, Żywca z butelki piłam, fajkę popalałam i słodko z boku wszystkiemu się przyglądałam. Adios!

Wściek.

*fragmenty Ptasiego Radia, uwielbianego przeze mnie, gdy byłam dzieciakiem, Juliana Tuwima.

Banknocik Poniedziałek, Kwi 11 2011 

Cyferki i popiersie persony jakże zasłużonej dla ludzkości. I znak wodny nawet, wręcz jakby z edycji unikatowej, kolekcjonerskiej. Omami, zachwyci, już masz plany z nim związane… A tu numer seryjny jak cała reszta i banknocik przyjmuje funkcję, haniebną poniekąd, papieru do podcierania się po wyzbyciu zbędnych resztek pokarmowych z organizmu…

Szukasz inwestycji, za byle co się nie bierzesz. Najlepiej, żeby sprawiało to przyjemność, szło lekko, acz nie za łatwo, bo to już podejrzane na starcie. Żeby coś zyskać, trzeba włożyć w to jakiś wysiłek, jak idzie za łatwo, przekręt murowany jak legendarne szczątki dziecka niewiernej księżnej między ściany zamku Czocha.

Najpierw dokładnie przeczytać umowę. Boska ręka niechaj broni, przed pominięciem wszelakich didaskaliów i drobnym maczkiem liter wysypanych w aneksach i zastrzeżeniach. Trzeba wiedzieć, o co stawka się rozchodzi.

Zakres? Może być ogólnikowy. Wręcz powinien. Bowiem odkrywanie na własną rękę jakże motywuje do podjęcia dalszych działań. Acz nie nadto ogólny, garść szczegółów jak najbardziej pożądana, tych priorytetowych, by w bagno nie inwestować i nie ryzykować zatonięcia fundamentów, pieczołowicie tak wylewanych, na piaskach ruchomych.

Inwestor musi wiedzieć, na czym stoi, łódź przycumować, choć prowizorycznie, bo jak fala go porwie i na wody wielkie wypłynie bez odpowiedniego ekwipunku, to klapa, trzask i nieczystości pod nią.

Inwestycja? Jedna na raz. Bo w efekcie ręka w prowizorycznym dziecięcym kibelku z plastiku. A w niej nie wiadomo co, bo i spłuczki nie ma.

Czas wypłaty. Cieszysz się jak dziecko, jak mała Agatka, która zajumała swojemu braciszkowi młotek, gdy półtora roku miała i palnęła mu nim w łeb (wyrósł mały babochłop, acz sukienki i styl kobiecy przede wszystkim preferujący).

Numer seryjny, ten sam wciąż, choć nominał inny, to i złudzeniu ulec można. A taki banknocik to tylko pod podwiązkę panienki jak jaszczurka zwinnie się poruszającej po rurze o średnicy odbytnicy słonia. Albo podetrzeć łezki jakiejś zrzędliwej płaczce, co wybucha bez względu na okoliczności i towarzystwo im w parze idące.

I niech mnie ręka boska chroni i broni przed jakimikolwiek banknocikami. A sio! Pierwszy i ostatni raz byłam miła sama z siebie dla samca. A kysz! A kysz! Pozdrowienia z okazji Dnia Frajera! (nie, ja nim nie jestem , to rodzaj męski. Ja zołza z krwi i kości, i przysięgam, więcej milutka nie będę!).

%d blogerów lubi to: