Mruży oczy, kieruje się ku Słońcu,

Promienie twarz bladą jej okalają.

Dzień, nadto długi, ma się już ku końcu.

W oddali huk sowi, ptaki nocne śpiewają.

Już pierwsza gwiazda ozdabia świata sklepienie,

Ostatnie już kwiaty zapadają w sen płatki chowając…

Co tchu biegnie, by dogonić marzenie,

Bosymi stopami o gałęzie się potykając.

To drzewa w milczeniu wściekle je rozrzuciły,

Sypnęły liśćmi w wielu kolorach,

Wzrok swój ponury, jak piorun burzowy, w Ziemi utkwiły.

Jesienna to już nadeszła pora.

Palce jej długie, bladsze niż zwykle w Księżyca świetle,

On ją wzywa, kusi, zacne szepce opowieści,

Zwieść w urokach nocy po raz kolejny zechce,

Lecz Słońce zmęczone usypia i wiatr niesie jego wieści.

To przed nią, na zachód, pędem lekkim ucieka,

Flirtuje z Chmurami, wzburzonymi od blefów.

Żądne zemsty jej porwały człowieka,

Wiedzione jednym ze Słońca oddechów.

A ciepło jego tuliło ich twarze, usypiało czujne oczy

W błękicie zatopione, bez źrenic, bo te wypalone.

Niemo mężczyzna za ciepłem kroczył,

Nie sięgnęły go palce jej lekko zmrożone.

Pakt ze sobą zawarła Natura,

Musi się sama z nieszczęściem zmierzyć.

Wśród zwierzy dzikich, po lasach, po górach,

Ranić swe stopy będzie i wierzyć,

Że wygra z ich zmową, milczącymi żywiołami.

Wtem pomoc nadchodzi, ich więzi łączą od wieków,

One, nimfy nocne, tańczące z wilkami,

Zimne i blade, piękne nieludzko, poniekąd.

I bawią się, i grają na harfach aniołów,

Diabła uwodzą ludzkimi twarzami,

Powstały ze stosów, narodzone z popiołów.

Otaczają ją i cicho wołają: Chodź z nami, chodź z nami!

My Słońca tajemnice znamy najciemniejsze

I choć blaskiem swym oślepi i uroczy,

On z Wiatrem spory wczorajsze

Po dzień dzisiejszy toczy.

I przystaje dziewczę na chwilę, pośród zroszonej zieleni,

Ciało jej drży z zimna i Księżyc cicho się śmieje…

My pomóc ci chcemy, mówią, oderwij się z nami od Matki Ziemi,

Znamy Wiatr, na wschód nas zawieje,

I Słońcu skarb twój odbierzemy,

Uciekniemy drogami,

Słońce zabijemy,

Czy wyruszysz z nami?

Kiwnęła głową lekko, cóż bowiem począć miała,

Jedyna w nich nadzieja, im zaufać mogę,

Błądziły w niej głosy, tak wtedy myślała.

Rzekła więc do nich: Skoro znacie drogę…

.

.

.

Mówią: nie kochaj. Przestaniesz? A jak powiedzą: zabij się? Odbierzesz sobie życie?

.