Cieniutkie, o wiele cieńsze od ludzkiego włosa nici, splecione w finezyjny kształt, a na nich lśniące krople rosy. Piękno kusi i zachwyca. Materiał powstały z gruczołów przędnych pajęczaków, jest najwytrzymalszym ze wszystkich naturalnych- jego właściwości mechaniczne są dwukrotnie większe od stali… A gdy taka muszka weń wpadnie…

… To zaczyna się heca. Bo to, choć piękne, choć niebezpieczne, to jak raz chwyci, to trudno będzie się z tego wyplątać. O ile w ogóle się uda. Bo sieć to pole łowcy. A żeby ofiarę złowić, kusić czymś trzeba.

Niech będzie wirtualnie, transparentnie. Ale żeby było widoczne. I trochę podkoloryzować, najlepiej też czymś bezbarwnym, jak skroplonym tlenkiem wodoru. Odpowiednia perspektywa i granica się zaciera. Spacer po linie łączącej jedną pajęczynę z gałęziami. Troszkę adrenaliny, wiadomo, tam głębiej, bliżej środka, będzie niebezpiecznie. Ale ileż można w kółko przechodzić z jednej strony na drugą?

I chociaż ofiara widzi, jak bezradnie wiją się inne owady, wplątane w ten świat częściowo, a często i całościowo poprzez własną głupotę, to jednak postanawia ruszyć ku rdzeniowi. Jest pewna siebie, wie, że te śmieszne istoty zaplątane w sieć włókien, nie są jego przyszłym odbiciem. Wie, że nie będzie jedną z nich. Idzie…

I nagle… przyklejony! Ale w sumie to niezła gimnastyka. Trochę się poruszać, powywijać odwłokiem, macarena w sieci! Jeszcze tylko jakiś podkład muzyczny, winamp na pulpicie, można zacząć taniec mentalny. A te ofiary już nie są takie śmieszne, już się z nimi owad zintegrował. Tworzy wirtualne, odległościowe relacje, flirtuje, bawi się. Część owadów, którym udało się z sieci wydostać, lub które jej unikają, przyglądają się temu i patrzą na wpół ze śmiechem, połowicznie z żalem i politowaniem. A potem lecą dalej, bo nie chcą marnować swej wolności…

A zza rogu wygląda pająk. Jak miło, że te stawonogi życie spędziły w pułapce. Jak miło, że tak dobrze się w niej bawiły. Tylko, że czas mija, życie ucieka, a poza siecią jest znacznie ciekawiej, a horyzonty są znacznie szersze…