A w tym odcinku, w roli głównej… ta dam! JA.

Geometria wykreślna, największy mój dotychczasowy naukowy horror. Czarne krechy przed oczami, jak po spojrzeniu w słonko (czy teściową- nie wiem, nie mam), krechy w nocy, w snach, a ilość ryz pokreślonych papierów na stałe już zmieniła mi psychikę. Egzamin. Noc nieprzespana, okulary na nos, żeby odciągnąć uwagę od gigantycznego pryszcza spod oka, który w trakcie tej nocy mi wyskoczył, biała bluzeczka, sukienka i szpileczki… Najpierw pisemny. Strona tytułowa- żółta, zadania- zielone kartki. Czas na ustny (szpilki coś mi się ruszać zaczęły…)

Stoję pod gabinetem, dziewczyny wychodzą jakieś skwaszone, bo prowadzący ryje. Hm. Moja kolej.

-O, pani S.!

-We własnej, indywidualnej osobie.

-No, no, kolorowe kartki, dr X mówił, że pani zawsze tak w kolorach kolokwia oddawała.

W rzeczy samej- na każdym kole dawałam plik kolorowych kartek- każde zadanie na innym kolorze i w innych kolorach. Ale ćwiczenia to już inny horror…

-To jak pani myśli, jak pani poszło?

-Tak jak kolor moich kartek: zielony- kolor nadziei. Jestem pełna nadziei.

-Czyli dobrze, czy źle pani poszło?

-Nadzieja umiera ostatnia…

-Dobrze… To przejdźmy do pytań. Pani Agato, proszę zdefiniować mi słowo ambicje.

-Coś co mnie opuściło w zeszłym semestrze- odparłam jednym tchem.

Wybuchnął śmiechem, acz starał się zachować powagę.

-No, ale jest pani ambitna?

-Oczywiście!- odpowiadam z entuzjazmem.

-To gdzie się podziały te pani ambicje?!

-Ja powiem tak: one ciągle były, tylko nie było chęci do ich realizacji.

Siedział jak wryty.

-No to przejdźmy do zadań.

Pierwsze zadanie- rzuty cechowane. Zerżnęłam, jak leciało…

-Gdzie tu pani ma oś?

-Yyyyyy- artykułuję z siebie próbując, aby brzmiało to chociaż po części inteligentnie.

-Tutaj?- pyta się wskazując palcem.

-O tak, tak! To właśnie tu!

-No to coś pani krzywo tu wyszło.

-To ten mój astygmatyzm- wskazuję na okulary i słodko się uśmiecham.

-Ta, astygmatyzm przy ściąganiu, przede wszystkim.

-To też- odparłam ze słodkim uśmieszkiem.

-Niech pani będzie, zaliczone.

Następne zadanie.

-Jest pani w stanie mi tu to zadanie zrobić?

-No… Mogę spróbować.

-No dobrze, to jak pani by to zrobiła?

Chwila zastanowienia.

-Transformacją?- odpowiadam pytająco.

-Bardzo dobrze. A jaką transformacją?

-Równoległą?- moja intonacja wzrasta do poziomu bardziej piskliwego.

-No a jak pani to zrobiła?

-Kładem???

-Pani w ogóle wie, o co chodzi w tym zadaniu?!

-Nie- odpowiadam z ulgą.

-Minus za zadanie. Plus za szczerość.

Wpisuje plusa i minusa…

A gdy wyszłam, uśmiechnięta i radosna…

-Co, upierdolił cię?- pyta koleżanka.

-Nieeeeee 😀

 

Rok drugi. Rzeźba. Zanim zaczęliśmy się taplać w glinie i lepić swoje podobizny, najpierw zabawa papierem. Kocham to, po prostu. Głowa. Łuh, pole do popisu i wyobraźni. Nie chwaląc się, zrobiłam małą furorę ;D Doktor prowadzący:

-No jak ślicznie nosek wyprofilowałaś!

Podnoszę do góry i przewracam.

-Nie no, błagam cię! Weź usuń te dziurki!!!

-Nie. 🙂

Dalej podchodzi.

-Wydłub te oczy.

-Nie.

Wydłub te oczy- powtarza.

-Nie.

Wydłub te oczy!

-Nie!

-A to dlaczego nie?

-Bo to nie będzie zgodne z moją wizją artystyczną.

-Oooo, to ty już masz wizje?

-Tak, artystyczne.

-Wiesz, jak masz wizje, to do księdza…

-Jestem deistką.

-No to do lekarza, jak jesteś ateistką…

-Deistką!

-Wszystko jedno, do lekarza, on cię wyśle do takiego specjalisty, co ci leki specjalne przepisze…

-Łoł! To dopiero będą wizje! 😀

Machnął ręką 😀

 

A jak w ogóle się zjawiłam na architekturze? Gdy prośby, groźby i błagania, żebym tylko spróbowała, że nie muszę iść na politechnikę, tylko, żebym na egzaminy wstępne poszła, nie pomogły, zostałam przez moich rodziców przekupiona. Gdy wylądowałam już na miejscu…

Dzień pierwszy: model, dwie pozycje. Start! Wszyscy ołówki przed siebie. Patrzę się na swój ołówek, co tam, gorsza nie będę, też wyciągam go przed siebie. Hm, oni chyba odległość mierzą. 20 minut, mam gotowy rysunek, w pełni wycieniowany, proporcje zachowane. Patrzę się na innych… Nie no, mój coś mały. Chwilę później mam już większy. Inni dalej skrobią. A co mi tam! Rysuję go od pasa w górę (model to nam się naprawdę niezły trafił ;)). No, może jeszcze portret… I tak po 4 godzinach oddałam 7 rysunków…

Dzień drugi: test wyobraźni przestrzennej. Temat: Wir w sieci. Hm. No nic, biorę się do roboty. Sklejam coś, na zasadzie coś z tego wyjdzie. De facto: chyba nikt nie miał tak odmiennej pracy, jak moja. Teraz narysować to w różnych perspektywach. Cholera, a jak to się rysuje w perspektywie? Kij, rysuję w aksonometriach, jak mnie w technikum nauczono…

Potem jeszcze zrobiłam wejście smoka, „małą” zadymę w rektoracie i na wydziale, moje nazwisko było znane na początku na całej uczelni. Ale to insza już, dłuższa znacznie historia… Gdy weszłam w październiku do dziekanatu, usłyszałam tylko:

-Oooo, to pani!- i ten serdeczny uśmiech naszego kochanego dziekana. –Ale pani rozróbę zrobiła! Oj, dawno czegoś takiego nie było 🙂

Ale tych historii jest znacznie więcej 😉