Student co najmniej dwa razy do roku doznaje (nie)przyjemności analnej i utyka w czarnym odbycie, nie wiadomo w której części tej jelita i nie wiadomo także, z której strony zacisnęły się zwieracze. A że siedzi na części ciała, gdzie ów zatrzask się znajduje, zaciska zęby i pręży się jak na porodówce…

A’ propos tej porodówki, taka anegdotka, totalnie abstrahująca od tematu: akurat zajechaliśmy na budowę, szpital, oddział ginekologiczny: ja, brat, nasz kolega. Brat inżynier nadzoru, my (kochające się przeto budownictwo i architektura- btw. Od października łączę te dwie sprzeczne miłości w sobie) w sumie dla towarzystwa. I nowoczesny sprzęt porodowy.

-Nie no, Agata, z tym redbullem… Widać, że jesteście rodzeństwem. Też tak kopcisz jak on?

No też, ale to insza kwestia. Otóż kolega wyznaje, iż po napojach energetyzujących ma rozwolnienie, a zazwyczaj cierpi na zaparcia. Proponuję mu krzesełko porodowe, takie ładne, takie praktyczne… I gdybym nie zwiała, możliwe, że utknęłabym w wannie porodowej… To tyle na temat porodówek 😀

Moherowe berety nie umywają się do studenckiej poczty pantoflowej. Tutaj to nawet smoki i słonie (różowe) w opowieściach znaleźć można. I pieczara, w dół kopara, czarownice, wampiry. Wszystkie cuda i dziwy. Do tego jeszcze jakieś wyrwane z kontekstu zdjęcie, filmik i na festiwal do Cannes można wysyłać, acz zazwyczaj kończy się to na youtube.com, a dalej propaganda na sruku-fejzbuku (kuku!). To tak jak kiedyś wprawiałam do brata i z uśmiechem, zziajana, zdyszana, rzucam werbalne, pełne sarkazmu uwielbienie w stronę ówczesnego jego współlokatora:

-A ja słyszałam, że przed chwilą doznałeś spektakularnej ablucji wodą z klozetu!

Spojrzał się na mnie jak rzeźnik na kawałek wieprzowiny i wysyczał:

-Skąd to wiesz?

-Braciszek mi powiedział- ząbki uroczo suszę i mrugam powiekami, trzepocząc rzęsami.

-Ale zaraz… przecież dopiero co tu wparowałaś!

-Na gie-gie –odpowiadam zalotnie, obrotnie ironizując.

-Na pudelku to oznajmij- syczy do brata.

Najczęstsze wypadki, powodujące trwałe urazy w psychice i ciele mają miejsce właśnie w trakcie studiów, zazwyczaj. Opowieść nie moja, ale po prostu muszę to napisać, na FAKTACH AUTENTYCZNYCH.

Rzecz dzieje się w jednym ze szczecińskich akademików (nie powiem w którym, ale dla znających te okolice, duży budynek i nie polibudy). Na korytarzu ścieżka z krwi prowadząca w dół, do portierni. A tam dwóch studentów, jeden z zakrwawionym (scena jak z Udręczonych) ręcznikiem przy ustach. Koledzy wpadli na genialny, poniekąd, pomysł i użyczyli sobie wózka z Carrefoura. Jeden wsiadł, drugi wziął rozpęd, pchał go (wózek, nie kolegę) i wypuścił na schody. Żeby było już całkiem zabawnie i pikantnie, ów poszkodowany już po raz czwarty wybił sobie przednie jedynki. A że dentystka jego, wstawiając mu je po raz trzeci zapowiedziała, że czwarty raz ma gratis, toteż miał darmową rozrywkę dentystyczną. Oczywiście byli w stanie nietrzeźwym.

Akademiki to miejsca najdziwniejszych awarii i domy uciech, ale to akurat w następnych odcinkach. Uwielbiam minę pań z administracji, gdy tam się zjawiam. A na ogół tylko po to, aby zgłosić jakąś niedyspozycję elektryczną/ sanitarną/ jakąś inną.

-Dzień dobry- wparowałam razu pewnego,- chciałam tylko zgłosić że w XXXX [nr pokoju] spadł żyrandol.

-W XXXX spadł… co? – babka miała niewyraźną minę.

-No… żyrandol spadł.

-Jak to żyrandol spadł?

-No zwisał sobie z sufitu, teraz na podłodze leży.

Patrzy na mnie wzrokiem pełnym konsternacji.

-Na stoliku nie ma miejsca…

Innym razem:

-Dzień dobry, ja tylko chciałam zgłosić, że w boksie XXXX-XXXX wyleciała deska sedesowa przez okno zeszłej nocy i załatwić się trudno…

Na dzisiaj to tyle, biorę się za szukanie zwieraczy, bom w czarnej…