Student potrafi… (2) Poniedziałek, Lu 7 2011 

A w tym odcinku, w roli głównej… ta dam! JA.

Geometria wykreślna, największy mój dotychczasowy naukowy horror. Czarne krechy przed oczami, jak po spojrzeniu w słonko (czy teściową- nie wiem, nie mam), krechy w nocy, w snach, a ilość ryz pokreślonych papierów na stałe już zmieniła mi psychikę. Egzamin. Noc nieprzespana, okulary na nos, żeby odciągnąć uwagę od gigantycznego pryszcza spod oka, który w trakcie tej nocy mi wyskoczył, biała bluzeczka, sukienka i szpileczki… Najpierw pisemny. Strona tytułowa- żółta, zadania- zielone kartki. Czas na ustny (szpilki coś mi się ruszać zaczęły…)

Stoję pod gabinetem, dziewczyny wychodzą jakieś skwaszone, bo prowadzący ryje. Hm. Moja kolej.

-O, pani S.!

-We własnej, indywidualnej osobie.

-No, no, kolorowe kartki, dr X mówił, że pani zawsze tak w kolorach kolokwia oddawała.

W rzeczy samej- na każdym kole dawałam plik kolorowych kartek- każde zadanie na innym kolorze i w innych kolorach. Ale ćwiczenia to już inny horror…

-To jak pani myśli, jak pani poszło?

-Tak jak kolor moich kartek: zielony- kolor nadziei. Jestem pełna nadziei.

-Czyli dobrze, czy źle pani poszło?

-Nadzieja umiera ostatnia…

-Dobrze… To przejdźmy do pytań. Pani Agato, proszę zdefiniować mi słowo ambicje.

-Coś co mnie opuściło w zeszłym semestrze- odparłam jednym tchem.

Wybuchnął śmiechem, acz starał się zachować powagę.

-No, ale jest pani ambitna?

-Oczywiście!- odpowiadam z entuzjazmem.

-To gdzie się podziały te pani ambicje?!

-Ja powiem tak: one ciągle były, tylko nie było chęci do ich realizacji.

Siedział jak wryty.

-No to przejdźmy do zadań.

Pierwsze zadanie- rzuty cechowane. Zerżnęłam, jak leciało…

-Gdzie tu pani ma oś?

-Yyyyyy- artykułuję z siebie próbując, aby brzmiało to chociaż po części inteligentnie.

-Tutaj?- pyta się wskazując palcem.

-O tak, tak! To właśnie tu!

-No to coś pani krzywo tu wyszło.

-To ten mój astygmatyzm- wskazuję na okulary i słodko się uśmiecham.

-Ta, astygmatyzm przy ściąganiu, przede wszystkim.

-To też- odparłam ze słodkim uśmieszkiem.

-Niech pani będzie, zaliczone.

Następne zadanie.

-Jest pani w stanie mi tu to zadanie zrobić?

-No… Mogę spróbować.

-No dobrze, to jak pani by to zrobiła?

Chwila zastanowienia.

-Transformacją?- odpowiadam pytająco.

-Bardzo dobrze. A jaką transformacją?

-Równoległą?- moja intonacja wzrasta do poziomu bardziej piskliwego.

-No a jak pani to zrobiła?

-Kładem???

-Pani w ogóle wie, o co chodzi w tym zadaniu?!

-Nie- odpowiadam z ulgą.

-Minus za zadanie. Plus za szczerość.

Wpisuje plusa i minusa…

A gdy wyszłam, uśmiechnięta i radosna…

-Co, upierdolił cię?- pyta koleżanka.

-Nieeeeee 😀

 

Rok drugi. Rzeźba. Zanim zaczęliśmy się taplać w glinie i lepić swoje podobizny, najpierw zabawa papierem. Kocham to, po prostu. Głowa. Łuh, pole do popisu i wyobraźni. Nie chwaląc się, zrobiłam małą furorę ;D Doktor prowadzący:

-No jak ślicznie nosek wyprofilowałaś!

Podnoszę do góry i przewracam.

-Nie no, błagam cię! Weź usuń te dziurki!!!

-Nie. 🙂

Dalej podchodzi.

-Wydłub te oczy.

-Nie.

Wydłub te oczy- powtarza.

-Nie.

Wydłub te oczy!

-Nie!

-A to dlaczego nie?

-Bo to nie będzie zgodne z moją wizją artystyczną.

-Oooo, to ty już masz wizje?

-Tak, artystyczne.

-Wiesz, jak masz wizje, to do księdza…

-Jestem deistką.

-No to do lekarza, jak jesteś ateistką…

-Deistką!

-Wszystko jedno, do lekarza, on cię wyśle do takiego specjalisty, co ci leki specjalne przepisze…

-Łoł! To dopiero będą wizje! 😀

Machnął ręką 😀

 

A jak w ogóle się zjawiłam na architekturze? Gdy prośby, groźby i błagania, żebym tylko spróbowała, że nie muszę iść na politechnikę, tylko, żebym na egzaminy wstępne poszła, nie pomogły, zostałam przez moich rodziców przekupiona. Gdy wylądowałam już na miejscu…

Dzień pierwszy: model, dwie pozycje. Start! Wszyscy ołówki przed siebie. Patrzę się na swój ołówek, co tam, gorsza nie będę, też wyciągam go przed siebie. Hm, oni chyba odległość mierzą. 20 minut, mam gotowy rysunek, w pełni wycieniowany, proporcje zachowane. Patrzę się na innych… Nie no, mój coś mały. Chwilę później mam już większy. Inni dalej skrobią. A co mi tam! Rysuję go od pasa w górę (model to nam się naprawdę niezły trafił ;)). No, może jeszcze portret… I tak po 4 godzinach oddałam 7 rysunków…

Dzień drugi: test wyobraźni przestrzennej. Temat: Wir w sieci. Hm. No nic, biorę się do roboty. Sklejam coś, na zasadzie coś z tego wyjdzie. De facto: chyba nikt nie miał tak odmiennej pracy, jak moja. Teraz narysować to w różnych perspektywach. Cholera, a jak to się rysuje w perspektywie? Kij, rysuję w aksonometriach, jak mnie w technikum nauczono…

Potem jeszcze zrobiłam wejście smoka, „małą” zadymę w rektoracie i na wydziale, moje nazwisko było znane na początku na całej uczelni. Ale to insza już, dłuższa znacznie historia… Gdy weszłam w październiku do dziekanatu, usłyszałam tylko:

-Oooo, to pani!- i ten serdeczny uśmiech naszego kochanego dziekana. –Ale pani rozróbę zrobiła! Oj, dawno czegoś takiego nie było 🙂

Ale tych historii jest znacznie więcej 😉

Student potrafi… (1) Poniedziałek, Lu 7 2011 

Student co najmniej dwa razy do roku doznaje (nie)przyjemności analnej i utyka w czarnym odbycie, nie wiadomo w której części tej jelita i nie wiadomo także, z której strony zacisnęły się zwieracze. A że siedzi na części ciała, gdzie ów zatrzask się znajduje, zaciska zęby i pręży się jak na porodówce…

A’ propos tej porodówki, taka anegdotka, totalnie abstrahująca od tematu: akurat zajechaliśmy na budowę, szpital, oddział ginekologiczny: ja, brat, nasz kolega. Brat inżynier nadzoru, my (kochające się przeto budownictwo i architektura- btw. Od października łączę te dwie sprzeczne miłości w sobie) w sumie dla towarzystwa. I nowoczesny sprzęt porodowy.

-Nie no, Agata, z tym redbullem… Widać, że jesteście rodzeństwem. Też tak kopcisz jak on?

No też, ale to insza kwestia. Otóż kolega wyznaje, iż po napojach energetyzujących ma rozwolnienie, a zazwyczaj cierpi na zaparcia. Proponuję mu krzesełko porodowe, takie ładne, takie praktyczne… I gdybym nie zwiała, możliwe, że utknęłabym w wannie porodowej… To tyle na temat porodówek 😀

Moherowe berety nie umywają się do studenckiej poczty pantoflowej. Tutaj to nawet smoki i słonie (różowe) w opowieściach znaleźć można. I pieczara, w dół kopara, czarownice, wampiry. Wszystkie cuda i dziwy. Do tego jeszcze jakieś wyrwane z kontekstu zdjęcie, filmik i na festiwal do Cannes można wysyłać, acz zazwyczaj kończy się to na youtube.com, a dalej propaganda na sruku-fejzbuku (kuku!). To tak jak kiedyś wprawiałam do brata i z uśmiechem, zziajana, zdyszana, rzucam werbalne, pełne sarkazmu uwielbienie w stronę ówczesnego jego współlokatora:

-A ja słyszałam, że przed chwilą doznałeś spektakularnej ablucji wodą z klozetu!

Spojrzał się na mnie jak rzeźnik na kawałek wieprzowiny i wysyczał:

-Skąd to wiesz?

-Braciszek mi powiedział- ząbki uroczo suszę i mrugam powiekami, trzepocząc rzęsami.

-Ale zaraz… przecież dopiero co tu wparowałaś!

-Na gie-gie –odpowiadam zalotnie, obrotnie ironizując.

-Na pudelku to oznajmij- syczy do brata.

Najczęstsze wypadki, powodujące trwałe urazy w psychice i ciele mają miejsce właśnie w trakcie studiów, zazwyczaj. Opowieść nie moja, ale po prostu muszę to napisać, na FAKTACH AUTENTYCZNYCH.

Rzecz dzieje się w jednym ze szczecińskich akademików (nie powiem w którym, ale dla znających te okolice, duży budynek i nie polibudy). Na korytarzu ścieżka z krwi prowadząca w dół, do portierni. A tam dwóch studentów, jeden z zakrwawionym (scena jak z Udręczonych) ręcznikiem przy ustach. Koledzy wpadli na genialny, poniekąd, pomysł i użyczyli sobie wózka z Carrefoura. Jeden wsiadł, drugi wziął rozpęd, pchał go (wózek, nie kolegę) i wypuścił na schody. Żeby było już całkiem zabawnie i pikantnie, ów poszkodowany już po raz czwarty wybił sobie przednie jedynki. A że dentystka jego, wstawiając mu je po raz trzeci zapowiedziała, że czwarty raz ma gratis, toteż miał darmową rozrywkę dentystyczną. Oczywiście byli w stanie nietrzeźwym.

Akademiki to miejsca najdziwniejszych awarii i domy uciech, ale to akurat w następnych odcinkach. Uwielbiam minę pań z administracji, gdy tam się zjawiam. A na ogół tylko po to, aby zgłosić jakąś niedyspozycję elektryczną/ sanitarną/ jakąś inną.

-Dzień dobry- wparowałam razu pewnego,- chciałam tylko zgłosić że w XXXX [nr pokoju] spadł żyrandol.

-W XXXX spadł… co? – babka miała niewyraźną minę.

-No… żyrandol spadł.

-Jak to żyrandol spadł?

-No zwisał sobie z sufitu, teraz na podłodze leży.

Patrzy na mnie wzrokiem pełnym konsternacji.

-Na stoliku nie ma miejsca…

Innym razem:

-Dzień dobry, ja tylko chciałam zgłosić, że w boksie XXXX-XXXX wyleciała deska sedesowa przez okno zeszłej nocy i załatwić się trudno…

Na dzisiaj to tyle, biorę się za szukanie zwieraczy, bom w czarnej…

 

Nieoczywista oczywistość Poniedziałek, Lu 7 2011 

Zostałam zagięta, a moja psychika mocno nagięta. Wręcz przegięta… I tak oto dowiedziałam się, że jestem nieugięta w kwestiach dla mnie OCZYwistych. Wystarczy tylko otworzyć oczy…

Samodzielność jest w cenie. Tato mnie tego nauczył, jak i naprawiania gniazdek elektrycznych, majsterkowania i innych takich i owakich. Lubię to, acz zdaję sobie sprawę, iż to działka niekobieca. Owszem, nie kryję się z takowymi umiejętnościami, jakkolwiek było się w tej budowlance i wylądowało na polibudzie… I nie zaprzeczę również, że mam jakiś tam ubaw, że facet może tego nie potrafić, czy nie znać pojęcia kastra (nie, to nic wspólnego z kastracją nie ma…), acz traktuję to naprawdę mocno z przymrużeniem gałki ocznej. Niefortunnie jednak zapomniałam, że kobieta wyemancypowana neguje całkowicie swoją kobiecość.

Tak, moje starannie zrobione paznokcie to efekt uboczny. Tak jak i obiadki, które sobie gotuję (nie najczęściej, bo nie potrafię gotować dla jednej osoby, zawsze jakoś tak niefortunnie co najmniej o tą jedną porcję za dużo przyszykuję). I generalnie (konkretna i dosadna) liczba sukienek i spódnic w mojej szafie to również przypadek, nie mający logicznego wytłumaczenia. A tapetę co rano na twarz nakładam, bo to zabieg artystyczny, a ja szalona artystka przecież jestem. Oczywiście wstydzę się swojej kobiecości, a jakże, przecież upodobałam sobie tak męskie zajęcia (baba z kielnią?!). Nie wrzucam swoich półnagich fotek na portale społecznościowe (ba! Nawet nie jestem na żadnym z nich, już…), co z góry już oznacza, że jestem zakompleksiona. Nie mam potrzeby czytania ochów i achów pod swoimi zdjęciami, nie mam potrzeby zamykania się w świecie wirtualnym (aczkolwiek przyznaję- był taki głupi okres w moim życiu, że dałam się w to wciągnąć). Chamstwo ignoruję, zamiast cieszyć się, że facet się do mnie odezwał (co tam, że ignorancko, patrz i podziwiaj)… Boże, jestem naprawdę dziwna…

A najdziwniejsze we mnie jest to, że wierzę w uczucia i bezinteresowność. Że cieszy mnie uśmiech, mały kwiatek, czas spędzony z drugą osobą. A gdy mi na kimś zależy, to chcę przychylić mu nieba. I nagle BUM! Okazuje się, że w dobie galerianek i facebooka, jeśli się tym nie pochwalisz, jesteś aspołecznym, nieuleczalnym przypadkiem…

Poemat o powstaniu Poniedziałek, Lu 7 2011 

W ogniu złocistym

Gdy powietrze zadrgało

Nad niebem bezchmurnym i czystym

Dziecko cicho załkało

Ukradł mu świat nieznany

Dzieciństwa marzenie

Wessał wir huraganu

Zostało wspomnienie

Zbyt szybko młodość odebrana

Na dorosłość przez szkło patrzyła

Młoda dusza jeszcze nieprzygotowana

Jeszcze nadzieja się cicho tliła

.

Zbyt młoda to pora

Upadek pierwszy bolesny

Do snu nieskora

Dzień jeszcze wczesny

Lecz za późno by dostrzec blask poranka

I w bezruchu śpiew ptaków podziwiać

Brutalnie umarła sielanka

Mignęła jak miłości chwila

.

I lata pędziły

Chwile przyćmione

Jak drugą stroną skrzydeł motylich

Bez blasku kolorów

I spadały gwiazdy

Gwałtownie i z pośpiechem

Mając światu za złe

Bez uciechy

.

Przyszedł czas na przebudzenie

Z chłodnej powstanie ziemi

By sięgnąć zapomniane dawno marzenie

I dzień każdy cenić

Odejdą postaci

Te bliższe i te dalsze

Zmyje je czas w deszczu zatraci

I ześle inne dojrzalsze

 

 

My (II) Poniedziałek, Lu 7 2011 

Leśne echo uniesie Nas

Znalazł Cię w słońcu bezlitosny czas

Błądziłam wśród drzew wysokich

Z ich liści deszcz na mnie kropił

Choć dawno już przeszły chmury

I przejaśnił się krajobraz ponury

To z koron przysłaniał mi cień

Skończyła się noc, zaczął się dzień

I przedarły liście strużki promieni

Nie ma już błota, nie ma kamieni

Na mojej ścieżce już tylko trawy źdźbła

Idę tu z Tobą, pogania nas wiatr

 

%d blogerów lubi to: