Mapa na ogół wyświechtana, bez strzałki północy i podziałki, zapewne z czasów, gdy technologie GIS były jeszcze czarną magią obfitującą w hokus-pokus, ściganą przez sądy inkwizycyjne. Kreski niewyraźne, podpisy w łacinie, albo innym slangu, żeby szukać skarbu trzeba ogromnej dozy cierpliwości…

Ten krzyżyk na mapce. I krzyżyk na drogę obfitującą w skrzyżowania, łamigłówki, gierki rodem z wykładów studenckich: kółko i krzyżyk, tak często zremisowany, państwa- miasta, żeby rozszyfrować kod, wymagające myślenia krzyżówki i sudoku. I chociaż wskazówki są, decyzje należy podjąć samodzielnie. I albo się trafi (jak w humor wykładowcy), albo trzeba próbować w kolejnym terminie (sesja, stąd ten nastrój u mnie…).

I chociaż naznaczone miejsce, i chociaż wiadomo, że coś jest, pozostaje jednak ryzyko. Bo nie wiadomo, co tak naprawdę jest zakopane, skarb, czy butelka z liścikiem: Hej frajerze, jeśli coś znalazłeś głębiej zadzwoń…

Gdy uwikłani, po powikłaniach docieramy wreszcie na miejsce krzyżyka, zwalczając smoki z bajek znajomych, walcząc z wytapetowanymi czarownicami (przyganiał kocioł garnkowi… a zresztą, mój styl, moja sprawa!) i potworami, przemykając przez kolejne poziomy, podziemia, lochy, zniósłszy wszelkie fochy, łopata w łapkę i do kopania. Każdy krzyż swój niesie, nie ma obrońców krzyży indywidualnych.

Kopiemy. Albo dokopiemy się do skarbu, albo podkopiemy siebie. Z braku laku i pomysłowości, na krzyż ręce można złożyć i na cud czekać. Albo na jakiegoś głupola, który weźmie łopatę i zacznie kopać za nas. Ale… co to za frajda? A w tej ziemi, gruntów tyle rodzajów, że geodeta może mieć problemy… A w każdej warstwie inne robactwo. Obrzydlistwo, fuj. Może zniechęcić, oj może… Ale w razie „w” robaczka można na haczyk i do pobliskiej rzeczki powędkować. Gorzej, jeśli skarb już blisko i ktoś w międzyczasie go podpierniczy. Oj, źle.

Ale może to wysiłek wart zachodu. Może błyskotki w zakopanej skrzynce wynagrodzą cały trud. Gorzej, jeśli tam zakopane jakieś śmieci…