Baranie banie Poniedziałek, Lu 28 2011 

Zwycięzca jest sam- zatytułował jedną ze swych książek (ni)jaki Cohelo i puścił do druku. A że nazwisko jego na globie (prawie) całym znane i poważne, zdanie weszło do użytku języka codziennego i bezmyślnie powtarzane być zaczęło…

I idzie taki baran z ciętym jak nóż spod ostrzałki językiem przez życie, i nie da się temu baranowi przetłumaczyć, że baran łagodny być musi z natury swej. Nie, dla barana każde pastwisko to istne pole bitwy, niczym te o położeniu geograficznym z okolic Grunwaldu. I baran zwycięży, lecz niczym Pyrrus cenę zapłaci nadto wysoką, a gloryfikacje swe przypieczętuje samotnością. Sam przed sobą będzie czarną owcą w stadzie baranów.

A na wojnie fronty i odwety. Raz i koniec, więcej szans nie będzie. No, może druga, ale baran sobie zapamięta i uparcie będzie trzymać w głowie odbezpieczony granat wspomnień. Żeby wybuchnąć w najmniej oczekiwanej sytuacji, gdy na minę z łajna krowiego nastąpi. I rozpryśnie się to… ten materiał kompostowy na strony wszystkie świata szerokiego. Nie, baran jest uparty i pamiętać będzie wszelkie szkody.

Gdy barana coś zauroczy, wnet odwróci oczy, a następnie swój odwłok. Bo przecież baran pięknem zachwycony staje się całkowicie bezbronny. Bezbronność grozi dominacją, nijak poprzedzoną jakąkolwiek rywalizacją. Baran nie rozumie, że związek to sztuka kompromisów i że wcale nie musi sobie czymś specjalnym zasłużyć na czyjąś uwagę. Baran musi mieć logiczne wytłumaczenie dla nijak logicznych uczuć. Baran musi rozumieć to, czego rozum nie pojmuje. Baran musi być najmądrzejszy.

Baran pokręcony i zakręcony jak sierść na jego grzbiecie. I walczy przed snem z duchami swojej przeszłości, nieistniejącymi przeto, lecz wszakże, a jakże w jego głowie bitwa się toczy. Tak, na pewno to coś zmieni, baran nieomylny. I na pewno coś da nakręcanie się na wałki wspomnień. O tak… W jeszcze większy zakręt wpadnie jego już i tak dostatecznie pokręcona psychika.

Najgorzej, jak spotkają się dwa barany z chęcią dominacji i duchem rywalizacji. Pierwsze się nie odezwie, drugie nie lepsze. A gdy milczą owce, w baranich łbach przewracają się wszelakie scenariusze. I walczy, walczy zawzięcie jeden baran ze sobą, jak i drugi i przeto dwa barany między sobą. A gdy walka wychodzi poza obszar mentalny i któryś z baranów spuści z tonu miauczącego, drugi odbierze to jako jeden z wyimaginowanych ataków i… zaatakuje… Bo barany nim na rogi bić się zaczęły, zamiast pogadać jak normalne ssaki, opierając się na wymyślnych akcjach, na poziomie duszy stoczyły wojnę. Tak, kończąc pięknym akcentem z ust Coehla: Najważniejsze spotkania odbywają się najpierw na poziomie duszy.

Nadwyżki Sobota, Lu 26 2011 

Nadprodukcja prowadzi do obniżki cenowej. Towar luksusowy staje się łatwo dostępny, poprzez co jego wartość spada…

Tekst inspirowany obserwacją KILKU osobników.

Jak to, nie cieszysz się? Największe ciasteczko powiedziało, że jesteś piękna! No nie, jakoś się nie cieszę. Owszem, śmieję się, ale to nie jest zacieszanie się, wyrażanie euforii w jakiejkolwiek formie. Bo ileż wart jest komplement z ust samca, który podobne prawi na każdym kroku (znaczy się, profilu fejsbukowym), na prawo, lewo i w kierunkach pośrednich, pod zdjęciami laski na muszli klozetowej rozłożonej? No ile? Jest bezwartościowy. I żeby było śmieszniej i radośniej, osobnik takowy równie wartościowy jak i jego słowa staje się w oczach myślących przedstawicielek płci ładniejszej. Nawet te, jeszcze zaślepione, w pewnym momencie oczka otworzą i zaczną ten przypadkowy wypadek ewolucyjny ignorować. Niech se pogada, niech się poślini, niech sobie klątwy jakieś wini za swe niepowodzenia. Bo cóż innego może mieć do powiedzenia?

Cięta riposta ze strony kobiety odbierana jest jako zachęta. Łyknięta przynęta, można laskę rwać jak rzodkiew z pola. Ale ta rzodkiew coś korzenie zapuściła, a i na deszczyk się nie zanosi, sama się aż prosi, by tego nie tykać. Liście pokrzywy, to wyraz jej prawdziwy w obliczu tego stwora, ale nie, on lepiej wie. Cierpi i cierpnie z powodu wygórowanej, jak i wyimaginowanej samooceny. A nie daj wyższa siło, jakaś go pogoni, bądź też spowalniacze na jego drodze zamontuje! Już osobnik w swym ferrari się buntuje. Że niby jak to? Jego spowalniać, JEGO?! No to pokaże jakiejś, ile to jest wart. Pójdzie na taki szczeciński Plac Rodła (dla osób spoza Pomorza- tu znajduje się Galaxy, nasza słynna galeria handlowa), wyrwie coś kobieco- podobne i pochwali się na facebooku. To coś, oczywiście kopnie w odwłoczek i zaraz wrzuci fotki z innym upolowanym samcem, ale nie o te klocki się gra.

Ależ, Misiek, ja Cię kocham! Każde drobne i grubsze przewinienie, niczym bobas pampersem przewijane wyznaniami o jakże gorącym (uff… dmuchać aż trzeba, choć powłoka zimna) uczuciu. Aż w końcu przestaje się wierzyć w dwa, możliwie najbardziej romantyczne słowa istniejące w słowniku. Podbił oko? Wybaczyć trzeba, przecież kocha! Tak mówi…. Wbiła szpilkę w odbyt? Ale kocha, przecież! A w podświadomość spaczone pojęcie miłości wbite niczym gwóźdź w krzyż programu funkcjonalnego szkieletu…

Puste komplementy to jak wyrób czekoladopodobny. Słodkie, tuczące kobiecą próżność, ale czekoladą to to nie będzie nigdy…

Samica Sobota, Lu 26 2011 

Nie będzie o kobietach. Będzie  o samicach. Współczesnych samicach, jakich wiele w dzisiejszym społeczeństwie, występujących, o zgrozo, na skalę globalną w krajach bardziej cywilizowanych. O samicach, które ma ochotę się rozerwać na strzępy.

Współczesna samica w młodości wykazuje niezwykłą gościnność. W kroku przede wszystkim. Syndrom gość w dom nasila się w wieku dojrzewania, potem przeżywa swój renesans w okresie pulsujących jajników, tzw. upalny czas trzydziestki.

Samica wie, czego chce. Chce upolować samca. Kusi obietnicą roli domowej kury znoszącej złote jaja. Samiec, wiedziony opierzoną aparycją samicy wywala język i dumnie przechadza się przed samicą. Jest czym pochwalić się przed innymi kogutami. Niestety, upolowany, ląduje jako potrawka na obiad. Seksowna kurka spod prysznica z biegiem czasu staje się zmokłą kurą, która zamiast krzątać się i dbać o swego samca, woli siedzieć na grzędzie i gdakać. Samiec skacze w bok spod pazura, jak zmoczy swój ptasi odwłok, lecą pióra.

Samica lubi być adorowana. Uwielbia, gdy samiec bierze ją pod swe orle skrzydła i frunie na drugi koniec świata, obdarzając przy tym wszelkimi błyskotkami, które te sroka podczas tego lotu zauważy.

Samica, niczym Jing i Jang, dwie twarze ma. Pierwsza, podziwiaj i patrz, jakże słodka, delikatna i urocza jestem. Oj, samiec wiedziony tak słodką i uśmiechniętą, sensualną buźką przełącza swoje myślenie z szarych komórek na plemniki. Gdy wszelkie procesy umysłowe schodzą poniżej pasa, samica transformuje się z uroczej żabki w ohydną ropuchę, plującą jadem w świata strony i pośrednie. A samiec dalej wierzy w wyimaginowane brednie.

Samiec to zabawka. Tak, tak, panowie. To nie wy się lalkami bawicie, to lalki bawią się w waszych resorakach. A gdy zabawka się znudzi, kopniak w część ciała służącą do siedzenia i do sklepu po nową zabawkę. A zabawki same chętnie w dłonie z tipsami się oddają… A zużyta zabawka? Cóż, jeśli wrażliwsza, to będzie się obwiniać, płakać i ubolewać… Ale za lalkami się nie płacze- to jak dzieciństwo, mija bezpowrotnie, trzeba wydorośleć.

Napisane przez: zgryźliwa, uroczo złośliwa, pośrednio boleśnie bezpośrednia indywidualistka i artystka, nie potrzebująca apokalipsy, żeby powiedzieć prosto z mostu, że jej na kimś zależy; żeby zrobić coś kompletnie głupiego i irracjonalnego 😛 Jak nie teraz, to kiedy??? Życie ucieka, nie będzie mi przez palce przeciekać 😛

.

PS: Nie mam czasu i ochoty na jakieś posrane gierki ;]

 

Ostatnie przedstawienie Czwartek, Lu 24 2011 

Niepotrzebna już ta maska

Bal już dawno się zakończył

Podaj rękę jeśli łaska

Już muzyka nie gra

Wiatr jej echo w Twojej głowie drąży

.

Niepotrzebne już te stroje

I do końca przedstawienie już dobiegło

Zamilcz i zapomnij słowa swoje

Jak i moje

Nie istnieje coś jak przeszłość

.

Padał deszcz rzęsisty dniami

I nocami świat zalewał łzami

Nasze chwile

Których brakło

Dziś motyle

Marzeń na swych skrzydłach mają barwy

Uciekają w stronę słońca

Złap je

 

 

Gdy mówi kobieta Sobota, Lu 19 2011 

Ach, kobiety my, z Wenus poddanego silniejszemu działaniu promieni słonecznych przybyłe… Jakże trudno nas zrozumieć, a wystarczy słuchać umieć…

Gdy kobieta mówi nie, na myśli ma… nic innego, jak partykułę nie. Wzmocniwszy ją intonacją głosu, naciskając akcentem werbalnym, w głowie jej się toczy nie, a jakże, a po słowie tym przecinek i epitet w postaci rzeczownika określający rozmówcę (nie, baranie!, nie, idioto! Etc.). Gdy omawiana partykuła zawiera znak interpunkcyjny w werbalnej postaci, tudzież najczęściej bardzo niekulturalnej i przywodzącej na myśl kobietę lekkich jak obłoki obyczajów (nie, ku#$a!), w jej głowie toczy się już istna słów batalia. Wypowiedź na poziomie umysłowym różnie ubierać tutaj w słowa można, ale meritum zawsze jest to samo, mianowicie, wchodzą w akcje groźby w stylu: wypier#$%^j, bo ci zaraz zaj%^&*ie!, acz samica, jako stworzenie przezorne i jeśli słów powyższych nie użyło, jeszcze zrównoważone, w obawie o akt oskarżenia w oparciu o Kodeks Cywilny, mówiący o groźbach utraty zdrowia i/lub życia, język trzymać za zębami woli.

W kwestiach emocjonalnych kobieta wrażliwa jest i nieśmiała niesłychanie. Jeśli już zdobędzie się na odwagę wyznać jakiemuś samcowi, że ten mile pieści jej zmysł wzroku, słuchu, bądź też węchu, to dokładnie to samo ma na myśli. Kobieta szczerze nienawidzi wszelakich gier, w których jej postać staje się pionkiem do posuwania o liczbę oczek wypadających na kostce do gry. Oczko to może w pończosze jej pójść. Oczko to ona może puścić.

Kobieta humorzasta bywa, tak zaprogramowała nas kapryśna Matka Natura (czyż to może być przypadek, iż postać jej jawi się jako żeńska?). Natura ma cykl pór roku, my mamy cykl miesięczny. I gdyby nie on, panowie, nici (cienkie i nie nadające się do szycia) z poczęcia nowego życia.

Kobieta, jak góra, zdobywana być lubi. Jak Matterhorn, który wprawdzie co roku pochłania statystycznie dwie ofiary śmiertelne, ale czyż to nie satysfakcja zdobyć szczyt i cieszyć się z góry widokiem marzycieli stąpających gdzieś w dolinach, niczym małe robaczki? Nadto przedstawionych tutaj zalet, szczyt znajduje się ponad chmurami i cieszyć się widokiem słońca można, jak i spojrzeć ze znacznie szerszej perspektywy…

Ballada księżycowa cz.1 Sobota, Lu 19 2011 

Mruży oczy, kieruje się ku Słońcu,

Promienie twarz bladą jej okalają.

Dzień, nadto długi, ma się już ku końcu.

W oddali huk sowi, ptaki nocne śpiewają.

Już pierwsza gwiazda ozdabia świata sklepienie,

Ostatnie już kwiaty zapadają w sen płatki chowając…

Co tchu biegnie, by dogonić marzenie,

Bosymi stopami o gałęzie się potykając.

To drzewa w milczeniu wściekle je rozrzuciły,

Sypnęły liśćmi w wielu kolorach,

Wzrok swój ponury, jak piorun burzowy, w Ziemi utkwiły.

Jesienna to już nadeszła pora.

Palce jej długie, bladsze niż zwykle w Księżyca świetle,

On ją wzywa, kusi, zacne szepce opowieści,

Zwieść w urokach nocy po raz kolejny zechce,

Lecz Słońce zmęczone usypia i wiatr niesie jego wieści.

To przed nią, na zachód, pędem lekkim ucieka,

Flirtuje z Chmurami, wzburzonymi od blefów.

Żądne zemsty jej porwały człowieka,

Wiedzione jednym ze Słońca oddechów.

A ciepło jego tuliło ich twarze, usypiało czujne oczy

W błękicie zatopione, bez źrenic, bo te wypalone.

Niemo mężczyzna za ciepłem kroczył,

Nie sięgnęły go palce jej lekko zmrożone.

Pakt ze sobą zawarła Natura,

Musi się sama z nieszczęściem zmierzyć.

Wśród zwierzy dzikich, po lasach, po górach,

Ranić swe stopy będzie i wierzyć,

Że wygra z ich zmową, milczącymi żywiołami.

Wtem pomoc nadchodzi, ich więzi łączą od wieków,

One, nimfy nocne, tańczące z wilkami,

Zimne i blade, piękne nieludzko, poniekąd.

I bawią się, i grają na harfach aniołów,

Diabła uwodzą ludzkimi twarzami,

Powstały ze stosów, narodzone z popiołów.

Otaczają ją i cicho wołają: Chodź z nami, chodź z nami!

My Słońca tajemnice znamy najciemniejsze

I choć blaskiem swym oślepi i uroczy,

On z Wiatrem spory wczorajsze

Po dzień dzisiejszy toczy.

I przystaje dziewczę na chwilę, pośród zroszonej zieleni,

Ciało jej drży z zimna i Księżyc cicho się śmieje…

My pomóc ci chcemy, mówią, oderwij się z nami od Matki Ziemi,

Znamy Wiatr, na wschód nas zawieje,

I Słońcu skarb twój odbierzemy,

Uciekniemy drogami,

Słońce zabijemy,

Czy wyruszysz z nami?

Kiwnęła głową lekko, cóż bowiem począć miała,

Jedyna w nich nadzieja, im zaufać mogę,

Błądziły w niej głosy, tak wtedy myślała.

Rzekła więc do nich: Skoro znacie drogę…

.

.

.

Mówią: nie kochaj. Przestaniesz? A jak powiedzą: zabij się? Odbierzesz sobie życie?

.

 

Perspektywy (1) Piątek, Lu 18 2011 

Perspektywa żabia

Perspektywa widziana oczami płaza, będącego wprawdzie dość wysokim ogniwem w teorii ewolucji, jednakże o stosunkowo niewielkich gabarytach fizycznych. Dla typowej żabki, czy rozlazłej ropuchy (określenie uzależnione od stanu cywilnego osobnika płci męskiej), wszystko jest wyolbrzymione, a źdźbła trawki nie pozwalają na rozszerzenie horyzontu. Sprawdzają się, co prawda, wszelkie wyskoki, jednakże i na żabkę siła grawitacji działa, toteż poszerzenie zasięgu wzroku jest tylko chwilowe i uzależnione od kondycji. Żaba winna zachowywać szczególną ostrożność, bowiem istnieje ryzyko, iż zostanie pomylona z innym rzeczownikiem i przypadkiem ktoś wdepnąć w nią może. Żaby mają stosunkowo długie języki i chociaż większość wody pobierają poprzez skórę, przybliżona odległość wód gruntowych może jednak być powodem zmoczenia odwłoku. Żaby zazwyczaj nie mierzą wysoko, w pełni wartościowe odżywczo są dla nich latające owady, lubujące się zazwyczaj w odchodach gatunków ewolucyjnie wyższych.

Perspektywa z lotu ptaka

Ptak to domena wolności, symbol wszechobecny, jak również w godle naszego kraju. Ptak na wszystko patrzy z góry. Ba, żeby tylko patrzał… On jeszcze ze swej kloaki wypuścić potrafi na głowy niżej usytuowanych od siebie… Widzi wszystkie ogóły, czasem zniża się, by dostrzec szczegóły. I wartki i szybki, silny jak orzeł, mądry jak sowa, ślepy czasem jak i kura. Ale nawet orzeł pomylony z kaczką być może i zostać ustrzelony. Rosołek z orzełka wprawdzie do najpopularniejszych nie należy, ale w takiej Azji zapewne stałby się przysmakiem (tam, zdaje się, kosztują wszystko, co się ogniś ruszało… albo rusza…). Ptak winien zachowywać szczególną ostrożność, zwłaszcza gdy wybiera miejsce do spoczynku oraz planuje potomstwo. Kable nie zawsze są dobrze zaizolowane i mogą posypać się piórka przed odlotem, a pisklęta mogą skończyć jako jajecznica, bądź pasztet.

Perspektywa kocia

Inna niż wszystkie, ruchoma przede wszystkim. Kot, indywidualista z natury, wykazuje się niezwykła ciekawością i skocznością. Jego punkt widzenia zależy od aktualnego punktu buszowania. Obejmuje perspektywę z lotu ptaka, gdy zachce mu się świeżego mięska, jak i żabią, płazią czy inną gadzią (nie zapomnę, jak kot mojej ś.p. Babci upolował jaszczurkę i zagonił do mojego kapcia, którego to na nogę włożyłam i spokojnie zeszłam po schodach, sądząc, że mam jakiś miękki kamyczek. Dopiero, gdy podniosłam domowe obuwie i przewróciłam, a upadająca jaszczurka poczęła popierdzielać po podłodze, mama ma wskoczyła z krzykiem na krzesło, a ja z babcią zaczęłyśmy się dusić ze śmiechu, zdałam sobie sprawę, że to coś jednak było żywe…). Najszersze pole widzenia ma oczywiście kociak, jak nie z gałązki, to przyklejone filigranowe futerko do tapety pod sufitem (a gdy kot mój, Garfield, podrósł, zaczęły się prace remontowe).

Sitko, czyli… Piątek, Lu 18 2011 

…autoportret literacki by Agata Sitko 😀

Oczka o różnorakiej frakcji, wiele odmian w jednym elemencie. Służy do filtrowania, czasami jako zamiennik patelni, żeby palnąć tym.

Ma lekkie kobiece, seksowne krągłości, z których jest niezwykle dumne, dziurki (najwięcej w uszach, bo 13 i czternasta w pępku), bogato zdobione, z metalu jakże najszlachetniejszego. Z założenia głupoty przelatują przez wyprofilowane otwory i zostają informacje priorytetowe.

Czasami się zapcha, wtedy należy porządnie potrząsnąć. Gdy przez nadto długi czas zalegają wymieszane substancje, należy się porządne, wielokrotne wstrząśnięcie, usunięcie całkowitej zawartości, tabletki żrące, w celu wyczyszczenia powierzchni i porządne lakierowanie na koniec. Śliczne, czyściutkie, twarde jak stal, jak i psychika Sitka, jest już nie do złamania. Na bieżąco oczyszcza się ze wszystkich spraw i zaciesza się ze swego stanu jakże idealnego.

Sitko selekcjonuje. Sitko patrzy, czy ma jakieś wartości. Mniejsze wady wypadają przez dziurki, większe, które się zatrzymują, lądują z resztą zawartości w kanalizacji i płyną wsiną w dal. Sitko nie pozwala sobie na jakiekolwiek obciążenia.

Sitko ma rączkę. Czasem daje się za nią trzymać, nigdy prowadzić. Często rączkę tę podaje i cieszy się niezwykle, gdy jest pomocna. Sitko już nie daje rączki w rączki niepożądane. Żeby ową rączkę chwycić, trzeba podejść, uśmiechnąć się, zażartować, pogadać, mrugnąć oczkiem i wykonać szereg innych czynności, by nastąpiła faza filtracji.

W tej chwili Sitko jest zupełnie wyczyszczone (zagadka czerwonego słoneczka i uśmieszku- pozdrawiam!). Nie zalegają w nim żadne żale, szlamy, brudy i inne nieczystości.

Sitko jest trochę jak bumerang, z tą różnicą, że raczej nie wraca. Ale lata przednio (zwłaszcza na miotle, w swoich pokręconych snach- ach, jakże pięknie byłoby, gdyby ten ostatni okazał się proroczy- bez mioty był ;)).

Wszelki jad, jako że w postaci płynnej występujący, przelatuje przez Sitko. Dodatkowo jest ono zaimpregnowane i w żaden sposób nie wpływa na jego nieskazitelną powierzchnię.

Sitko, jak to Sitko, ma swoje marzenia i do nich dąży. Lubi wspierać inne jednostki, samo uwielbia oddawać się swoim pasjom, marzy o domku, mężu, kotku i bobasie za lat ileś.

Sitko jest kobietą, wreszcie, będąc czyściutkie, to odkryło. Sitko zdaje sobie sprawę ze swoich atutów, nie ma kompleksów, lubi swoją buźkę, zgrabny tyłeczek i obfity, w dobrym smaku, biust, jak i zgrabne nóżki. Sitko lubi sobie od czasu do czasu zaszaleć, kupić ładną sukieneczkę, pomalować pazurki, ugotować obiadek, nawet posprzątać (acz za tym nie przepada). Acz lubi… prać 🙂 Uwielbia zapach świeżego prania 😉

Sitko to stworzonko niezwykle towarzyskie. Aj, jakże lubi wyjść, poznać nowe buźki, pośmiać się z nimi, spędzić trochę czasu z Sitkiem zaprzyjaźnionymi.

Sitko nie mści się. Sitko wzrusza ramionami i mówi sobie: cóż, widocznie tak miało być, trzeba iść naprzód! Bo Sitko wie, że czasu nie cofnie, ani tego, który już był, ani tego, który można stracić… Sitko zrozumiało to po kwocie prawie 2000 zł po pierwszych trzech miesiącach… i dużo jeszcze Sitko wyda, ale zdrowie i spokój ducha są bezcenne 😉 I Sitko wie, że  z  taką bombą pozytywnej energii w sobie, zwróci się to z nawiązką 😉

Gulasz z serduszek Czwartek, Lu 17 2011 

Słowo błogosławieństwa na początek: jeśli ktokolwiek chce się doszukać jakiejkolwiek aluzji na swój temat, to może dalej nie czytać. Nie bawię się już w żadne durnowate gierki, nie jestem jędzą i nigdy nią nie byłam (no, może dawno, dawno temu- i NIGDY bez powodu), przepraszam z góry wszystkie duszyczki z kompleksami za moją pozorną złośliwość- nie sądziłam, że większość osób kreujących się na szalonych świrów ma tak niskie poczucie własnej wartości- nigdy nie miałam nic złego na myśli. Jestem już na to ciut za duża :] I mam na to wszystko ciut wmanewrowane pomiędzy zwieracze okalające wejście do końcowej części jelita grubego. Wszelkie jadowitości, chamstwa, arogancje proszę sobie w to samo miejsce wsadzić, bowiem przede wszystkim  cenię sobie DOJRZAŁOŚĆ emocjonalną i umysłową. I nie odpisuję na jakiekolwiek wiadomości naszprycowane jak kurczak w śmietanie gówniarstwem, tudzież ani tutaj, ani na gg (WAŻNE), ani na skrzynce pocztowej, ani NIGDZIE. Kultura zawsze odzew u mnie ma. Ludzie, troszeczkę uśmiechu, jedna powieka w dół, aż takie to trudne??!! Dziękuję :] Ważniakom- poważniakom, przede wszystkim.

Wbrew opinii, nie kamienieje. Zgodnie z nią- nie rdzewieje, nawet stary. I się nie łamie, czasami co najwyżej pęka gdzieś w okolicy aorty, ale trochę nitrogliceryny i funkcjonuje dalej. Ta dam! Mięsień poprzecznie prążkowany serca.

Lepiej tego nie wyciągać z klatki piersiowej i na dłoni nie trzymać. Jeszcze spadnie w jakieś łajno i się upaskudzi. Poza tym, tak na wierzchu, to raj dla kieszonkowców, emocjonalnych popaprańców i sekciarzy bombardujących miłością. A nie daj boziu, to się składnikiem do gulaszu stanie i jakiś kanibal skonsumuje… Trzymanie serca na dłoni jest równie niebezpieczne dla kobiet, jak i dla mężczyzn. Dla faceta zadrapanie tipsem może być równie bolesne, jak rysa na lakierze nowego Audi. W przypadku przedstawicielki płci ładnie nazywanej piękną, lekkie puknięcie narzędziem, zdawałoby się, naprawczym, może spowodować nadkruszenie lub całkowite roztrzaskanie się na kawałki. No, ale… z prochu powstałeś- w proch się obrócisz. Co najwyżej, gdzieś po drodze, jakimiś prochami się pofaszerujesz. Spokojnie- co nie zabije, to wzmocni (gorzej, jeśli zabije ;)).

Niektórzy to dopiero mają ciężko, zwłaszcza ci, co serce ze złota mają. A to złoto to srebro żywe- ciągle w ruchu, pompuje, czasem kłuje, czasem jakąś awarią zaskoczy. A złoto do najlżejszych wagowo metali nie należy, dźwigać taki ciężar w okolicach mostka- toż to gorsze, aniżeli silikony rozmiaru F. I kręgosłup się ugina, jeśli nikt w porę nie przytrzyma. A potem skolioza na życie całe, turnusy rehabilitacyjne i wkładki ortopedyczne.

Serce reaguje wyjątkowo intensywnie na chorobę autoimmunologiczną, zwaną powszechnie miłością. Nadwyrężone wysiłkiem, poza normatywem pracy potrafi zaszwankować. Włącza do akcji psychikę, symuluje narządy rozrodcze, gruczoły dokrewne i temu pokrewne. A gdy mu coś się odwidzi, reszta układu dalej w rozruchu. I jest kłopot. Złamanie podstawowych czynności życiowych, w slangu międzynarodowym zwane złamaniem serca. Reakcje wytężonej pracy CUN są niebywale łatwe do przewidzenia. Najpierw następuje załamanie, spowodowane nagłym odcięciem od dostawy serotoniny z przysadki mózgowej, która to wytwarzała ją proporcjonalnie do ślinianek i śliny się w nich produkującej, już na samą myśl o wybranym obiekcie. Potem następuje bunt, przelatywanie pierwszych lepszych panienek/ rzucanie się na ciasteczka. Następnie nieznośna lekkość bytu, bliżej opisana w powieści Kundery (btw. polecam!). W końcu pogodzenie, zobojętnienie. I koło się zamyka, wracamy do punktu wyjścia.

Intonacja głosu serca oscyluje pomiędzy gaworzeniem niemowlaka a studentem, którego próbuje się dobudzić po sesji/ imprezie. Za dużo oktaw to nie ma, ale przy odpowiednim aparacie słuchowym, dobrej znajomości jego gwary i wytłumieniu szumów logiki, da się zrozumieć, co ma do gadania. W dzisiejszych czasach, niestety, do gadania ma tyle, co baba na bazarze, ale czasami warto dać się ponieść w świat wyobrażeń i magii przezeń oferowany. Jego werbalna oferta, wbrew pozorom, jest niezwykle wartościowa, acz w skrajnych wypadkach przewartościowana.

Serce koliduje z mózgiem, przy jednoczesnej ich współpracy. Chwała tym, co naprowadzili te dwie fale na jeden tor, nie wywołując przy tym żadnego wyładowania atmosferycznego, spięcia i wybuchu systemu. Usilne pogodzenie praw logiki i serca, a kodeksy ich niebywale różnorakie, częstokroć prowadzi do konkretnego galimatiasu i wywołuje sporo hałasu o zwiększonej liczbie decybeli. W rezultacie można ogłuchnąć na rady jednego i drugiego, a do wegetowania w zakładzie zamkniętym na cztery spusty droga krótka (bo ktoś już podwiezie).

Awaria mięśnia sercowego przeważnie objawia się skłonnościami psychopatycznymi, bliżej nieokreślonymi (kwestie indywidualne). Nie można nie mieć serca. Można zaś mieć jego dysfunkcje.

.

A na deser gulasz z fotek, przy których mięknie serducho, bez rozgotowania 😉

źródło: http://xtraamazingpics.blogspot.com/2010/11/cutest-animals-ever-seen.html

Żmija Środa, Lu 16 2011 

Stworzenie jednośladowe, którego jedynym atutem są swa ząbki zaopatrzone w substancję wyżerającą. Przeważnie budzi obrzydzenie i niechęć, wśród osób nieco wrażliwszych strach. Rower nigdy Audi nie będzie, a żmii nóżki nigdy nie wyrosną, toteż pozostaje jej wicie się i plucie jadem…

Lubi słoneczko. Wygrzewa się jak larwa, żeby tylko spływał na nią blask. Na ogół omija się to stworzenie szerokim łukiem, acz ciekowość niekiedy idzie w stronę obłoków (nie ma to jak w nich pobujać). I czasami obślizgłe, obrzydliwe stworzonka splunie na stopy (fu, ble…). Czasami ukąsi. Trochę surowicy, znieczulicy i można zdeptać to coś.

Największe skupiska gadów położone są tak w okolicy równika. Dużo tam dzikiego, nieokrzesanego, mało rozwiniętego cywilizacyjnie. Walka o przetrwanie i pionierstwo. Och, jakże to chce się wybić. I niech się wybija, ich to środowisko. Acz nierozsądna będzie próba uniesienie swojego rozdwojonego języka w środowisku cywilizowanym. Taka żmijka oprócz przepołowienia narządu smaku wykazuje się przepołowieniem osobowości. Ma zaburzony obraz swej postury i usilnie będzie wierzyć, że jej nóżki wyrosną.

Oczywiście, teoria ewolucji zakłada różnorodność gatunkową, toteż gady, płazy i futrzaki mają swoją rację bytu. Wiele gatunków ze sobą kooperuje, wręcz symbiozuje. To również jest zjawisko poniekąd naturalne i jak najbardziej pożądane. Obecność jadowitych jednośladów jest jak najbardziej pożądana, aby wywołać fizyczny i mentalny kontrast- czyż doceniłoby się szczęście i radość, nie mając porównania do ich antagonistycznych odpowiedników?

A żmija żmiją pozostanie i prędzej czy później coraz więcej osobników wymijać to będzie łukiem proporcjonalnym to wywijania się tego dziwnego stworzenia… No i zapamiętać: ze stworzenie prymitywnym nie wdaje się w dyskusje, bowiem pantofle oplute jadem to jakby z przyczepionym odchodem zwierzęcym przy podeszwie. Ale spacerek po trawce i wszystko się samo wyczyści 😉

Kochaniutki, nie bądź tak sztywniutki! Niedziela, Lu 13 2011 

O żesz ty sztywny, jak piana z białek ubita! Jak materiał na makietę. Jak męski potencjał… Reguły sztywne i życia impotencja…

Najpierw oddzielamy ten żółty, pożywny, pełen witamin i mikroelementów środeczek, którym potencjalnie żywić się będzie przyszły wielkanocny, rozkoszny kurczaczek. Kurcze, kurczę z tego już nie powstanie. Potencjał rozbity trzaśnięciem w czaszkę. Yyy… skorupkę, znaczy się. Porządny to był wstrząs, aż powłoka wapienna popękała. Teraz trochę potrzepać, pomiksować i pianka gotowa. Łuh, sztywna jak w sypialni! Tylko, jak za długo w nieodpowiedniej temperaturze postoi, co jej nie przystoi, oklapnie… Ale ileż to zachodu, by tę sztywność otrzymać! Jakkolwiek ze stanu prawie plazmatycznego, poprzez konkretne potrząsanie, przeobraziła się w stan prawie stały.

Im sztywniejszy materiał z natury, tym trudniej się go obrabia. Łatwiej jest wydziobać nożykiem do tapet w młodej gałązce jakąś mozaikę. Gorsza sprawa z wiekowym, spróchniałym pniakiem. Ale dla chcącego niby nic trudnego. Piękna, gliniana figurka ogniś była sobie plastycznym materiałem, konsystencją przypominającym odchody poprawnie odżywiającego się ssaka, aplikującego odpowiednie dzienne porcje błonnika. Gdy już rzeźbiarz wykazał zadowolenie i popadł w samozachwyt nad swym dziełem, tak długo formowanym i poprawianym, włożył to do pieca i wypalił… Jak i dalsze swoje możliwości modyfikacji ów wyrobu ceramicznego. Owszem, można to później jak pisankę przyozdobić szlaczkami, acz forma już się raczej nie zmieni, a zbyt obfita warstwa farbek w końcu pocznie nieestetyczne się kruszyć.

Konstrukcja stateczna to konstrukcja sztywna, odporna na momenty zginające, jak i wszelkie obciążenia i ciążenia, także te wyjątkowe. Z góry przygotowana i wyliczona wedle schematu PN-EN tak, by zminimalizować prawdopodobieństwo wystąpienia jakichś niespodzianek, mogących wywołać katastrofę budowlaną. Acz czasem piorun bywa za mocny i jak pieprznie i przysoli, to nagle najbardziej zatwardziałemu kobieciarzowi nogi, będące stopami fundamentowymi, miękną i kolana zmierzają ku gruntowi. I walczyć będzie ze swymi sztywnymi poniekąd poglądami i na siłę kontynuować swój hulaszczy tryb życia, zaliczając kolejne porażki. Acz tu pech, skarbeńku, technologie idą do przodu i każde, nieodbiegające fizjologią i anatomią od swego gatunku stworzenie, prędzej czy później, w jakiś sposób ewoluuje. Z naturą się nie wygra. A kolej rzeczy to naturalna, że zmienia się wszystko, od pór roku poprzez wiek… I- przykro mi jak najbardziej, w obliczu wszystkich sztywniaków- ale, niestety, trzeba w życiu być elastycznym i nie negować zmian, bo one i tak dopadną, co najwyżej z kopyta rozwścieczonego osła… A to będzie boleć!

Don Kiszon Piątek, Lu 11 2011 

Młody to był mężczyzna,

Któregoś dnia sam przed sobą przyznał,

Że inżynierem zostać powinien,

Lecz kobietom coś z romantyzmu winien.

Nie chciał być we wzory upchany i ściśnięty

Jak cząsteczka od atomów nadęty,

Toteż dnia pewnego

Zobaczyłam go uśmiechniętego.

Suszył zęby i oczami mrugał,

Jakby oślepiła go strużka światła długa.

Prawił komplementy,

Na riposty nieugięty

Chodził tak nadęty.

I robiło mu się takie kuku!

Gdy zobaczył laskę na facebooku.

A że gadkę miał wypracowaną,

Postanowił adorować ze zdjęć tanią

Panienkę, co wirtualne miała wzięcie,

Acz i ona nie taka głupia była

On swoje- ona cięcie.

I po nocach tak wyśniona,

Że co rano poduszeczka obśliniona.

.

Nie żałował pustych słów,

Gdy dostawał w łeb, szukał innej znów.

A historia lubi się powtarzać,

On zaś pod nogami tarzać.

Pod bucikiem,

Zgrabnym obcasikiem,

Liże tyłek metaforą.

Późną porą,

Przy laptopie

Smutki w puszcze piwa topi.

Taki śmiały i odważny,

Przy nim mięknie każdy.

Każdą może mieć,

Bo wystarczy tylko chcieć.

Nie pamięta, co obiecał,

I ucieka, że to heca.

Czy się wstydzi,

Czy też wie, że z niego naród szydzi?

Czy nie widzi,

Że tak się ośmiesza?

Walczy z sobą ku uciesze

Naszej babskiej społeczności.

Ileż próżnej to radości!

.

I zawzięcie

Myśli, że ma wzięcie.

Myśli, że się może bawić.

Jedna mogła go gdzieś spławić,

Ale przeto on jak narcyz zakochany

I nie widzi, że baranem postrzegany.

Kiedyś się obudzi,

Wyjdzie wprzód, do ludzi

I zobaczy,

Ile stracił…

.

Pozdrowienia dla kolegi z Wydziału Mechanicznego. Chociaż to akurat śmiało mogę przypisać kilku innym…

Niemoralny eksperyment Piątek, Lu 11 2011 

W celu bliższego zrozumienia relacji damsko-męskich, jak i męskiej, a także kobiecej natury, przeprowadziłam ostatnio kontrowersyjny etycznie eksperyment. Przy okazji sprawdziłam sama siebie, czy aby na pewno moja naiwność odeszła w buraki…

Panowie, jak wy uwielbiacie obiecywać, słodzić, obdarzać nas komplementami… Zwłaszcza, gdy nas nie znacie. A jak, zdawałoby się, znacie na wylot, stawiacie wszystko na jedną kartę i wydaje się wam, że wszystko wam z nami wolno.

Mała impreza. Kokieteria- czysty idiotyzm, ale co tam, spróbuję. Opięta bluzeczka, koronkowa, eksponująca moje zalety, podkreślająca kształtny biust, jak najbardziej elegancka, czarna, bo czuję się kobietą i żadnym obrzydliwym różem obkładać się nie będę, ponadto od tej czerni coś uwolnić się nie mogę. Szpileczki, opięte legginsy, miniówa. Idziemy się bawić. Lekki peszek- alkoholu zero. Ale nie ma tego złego…

Już jeden zagaduje, już drugi… Kocie ruchy, tu oczko puszczę, tu uśmiechnę się tajemniczo, tu rzucę jakąś metaforą… Haczyk rybka łapie. O numer prosi. O nie, nie, nie tak łatwo ze mną. Już snuje plany, już mnie widzi w swojej przyszłości, już będę śliczną mamusią dla jego ślicznych dzieci (a ten tekst to sobie chyba taśmowo upodobaliście). Delikatny kontakt fizyczny, ale w ramach dobrego smaku (wara k#$%a od moich pośladków i piersi, bo w zęby przypieprzę!- ale delikatnie się odsuwam, łapię jego rękę w powietrzu, by nie dotarła tam, gdzie moja dłoń automatycznie wyląduje na jego zębach). Cały czas trzeźwa, to i zabawa, wbrew opinii, lepsza. A lubisz to? A lubisz tamto? I nagle zasypuje mnie pytaniami, chce poznać moją osobę. Wszystko od razu chciałbyś o mnie wiedzieć…, pół żartem rzucam w eter…

Temat uciech cielesnych pojawia się mniej więcej w połowie rozmowy. Kilka żartów i umiejętnie przekierowuję uwagę na inny temat. Ponieważ to eksperyment, wymieniamy się numerami. Jeszcze tego samego wieczoru zostaję zasypana SMSami. Wiem, wiem, kobiety uwielbiają takową adorację- mnie szlag jasny trafia, jak mam smsy pisać (acz wisieć godzinami na telefonie potrafię).

Spotykamy się. Nie daję się tknąć, o nie. Randka opiera się tylko i wyłącznie na konwersacji.

Efekt? Muszę się jakoś pozbyć czterech upierdliwych adoratorów, którzy nagle uświadomili sobie, że coś sobą reprezentuję. Sorry, panowie, ja tu robię teraz wyjście smoka z czarnej d…, jamy, znaczy się i szykuję się na budownictwo, bo tego kierunku sobie nie odpuszczę, nie mam zamiaru być kolejnym architektem określanym przez konstruktorów mianem pojebany. Także teraz jestem na etapie realizowania swoich planów, celów i marzeń. I nie pozwolę, żeby mi ktoś w tym przeszkodził…

Ballada jesienna Czwartek, Lu 10 2011 

 

Jesienny wiatr

Dawno już zapomniany

Zamaszyście zrywał kasztany

I deszcz rzęsistych łez z nieba spadł

.

Przerwał piorun horyzont na pół

Na chwilę szare rozświetlił pola

Ludzka w obliczu natury niedola

W tej burzy człowiek się snuł

.

I dwoje ludzi zmokniętych pod drzewem

Wtuleni i przemarznięci

Pełni radości i chęci

Czy pamiętasz tę opowieść? Nie wiem

Ja pamiętam

Niema Czwartek, Lu 10 2011 

Nic nie czuję

Gdy dotykasz moich ust

Kilka pocałunków

Jak jemioły

Owoc zatruty

 

Nic nie widzę

Gdy wpatrujesz się w me oczy

Nie potrafię dostrzec tego

Blasku

Który zauroczył

 

Nic nie słyszę

Kiedy szepcesz w moje ucho

Słucham

Ale słowa twe

Echem odbijają się

Giną w liściach

Drzewostanach myśli

Święto zgorzkniałych frustratów Wtorek, Lu 8 2011 

Zbliża się komercyjne, przesycone wysłodzoną scenerią utkaną z różnorakich serduszek święto. Święto aniołka z łukiem, któremu to większość łuk ten miałoby ochotę wsadzić, święto bojkotowane przez zatwardziałych, nowoczesnych oryginałów, na siłę gardzących komercją, acz pozornie (trzeba się przeto zapisać do komercyjnej grupy na fuckbooku, gardzącej magiczną datą). Święto zakochanych.

Wbrew, przeciw i na opak. Nie można przecież być jak inni, to takie nie glamour. Komercja wszechobecna, komercja zła. Wieczór z piwem, włączonym facebookiem, Tibią, CSem i cholera wie, jakim pożeraczem czasu jeszcze. Nie, wcale nie czuje się to smutne, to po prostu bojkot. Nie przyzna się przed sobą, że wolałoby spędzić z drugą osobą ten dzień. Nie przyzna się, że jest marudzącym, zgorzkniałym i sfrustrowanym człowiekiem w najpiękniejszym wieku. Nie, po co. Dzisiaj młodość to komputer, w rzadszych przypadkach wypady na piwo, czasem jeszcze się randkowe archaizmy zdarzają…

Samotny nie przyzna się, że woli pielęgnować internetowe znajomości, zamiast wyjść do ludzi. Na fb zawsze może wyrzucić kogoś ze znajomych lub próbować dopiec liżąc wirtualny odbyt wyfotoszopowanemu osobnikowi płci przeciwnej.

Kwiatki nagle śmierdzą, serduszka powiewają tandetą jak flaga na wietrze. No, niby romantyk, no niby blisko natury. Ale nie dzisiaj. O nie, nie wtopi się w tłum, chce iść na opak, jak… reszta tego drugiego tłumu.

Worek kontrargumentów. Tak jak worek moich kolegów, co nim z siódmego piętra rzucali z balkonu. Już nieistotne, co w nim było- student naprawdę potrafi… Jak worek osoby cierpiącej na chorobę lokomocyjną, co aviomarinu zapomniała zażyć… Bowiem zakochani winni okazywać sobie uczucia każdego dnia. No tak, na pewno. Ale czy każdego dnia jest okazja do jakiegoś wypadu, romantycznej kolacji przy podgrzewaczach? Powinno szukać się takowych jak najwięcej, a tu kalendarz ułatwia sprawę.

Walentynki to wspaniała okazja, żeby pokazać komuś, że ci na nim zależy. Okazja do zagrzebywania toporów wojennych, miłych spotkań i gestów. Pewnie, że codziennie można to robić… Ale czemu akurat nie w dzień, który takowym czynom szczególnie sprzyja?

Pozdrawiam wszystkich zgorzknialców, ja się uśmiecham od ucha do ucha, bo nie mam zamiaru marnować moich najpiękniejszych lat na powierzchniowych znajomościach, imprezach w Internecie i dwukropkach z gwiazdkami. Mi udało się wyrwać ze szponów sieci i nigdy nie oddam już życia w realnej rzeczywistości, jest przepiękne! CMOK 😉

Pajęczyna Wtorek, Lu 8 2011 

Cieniutkie, o wiele cieńsze od ludzkiego włosa nici, splecione w finezyjny kształt, a na nich lśniące krople rosy. Piękno kusi i zachwyca. Materiał powstały z gruczołów przędnych pajęczaków, jest najwytrzymalszym ze wszystkich naturalnych- jego właściwości mechaniczne są dwukrotnie większe od stali… A gdy taka muszka weń wpadnie…

… To zaczyna się heca. Bo to, choć piękne, choć niebezpieczne, to jak raz chwyci, to trudno będzie się z tego wyplątać. O ile w ogóle się uda. Bo sieć to pole łowcy. A żeby ofiarę złowić, kusić czymś trzeba.

Niech będzie wirtualnie, transparentnie. Ale żeby było widoczne. I trochę podkoloryzować, najlepiej też czymś bezbarwnym, jak skroplonym tlenkiem wodoru. Odpowiednia perspektywa i granica się zaciera. Spacer po linie łączącej jedną pajęczynę z gałęziami. Troszkę adrenaliny, wiadomo, tam głębiej, bliżej środka, będzie niebezpiecznie. Ale ileż można w kółko przechodzić z jednej strony na drugą?

I chociaż ofiara widzi, jak bezradnie wiją się inne owady, wplątane w ten świat częściowo, a często i całościowo poprzez własną głupotę, to jednak postanawia ruszyć ku rdzeniowi. Jest pewna siebie, wie, że te śmieszne istoty zaplątane w sieć włókien, nie są jego przyszłym odbiciem. Wie, że nie będzie jedną z nich. Idzie…

I nagle… przyklejony! Ale w sumie to niezła gimnastyka. Trochę się poruszać, powywijać odwłokiem, macarena w sieci! Jeszcze tylko jakiś podkład muzyczny, winamp na pulpicie, można zacząć taniec mentalny. A te ofiary już nie są takie śmieszne, już się z nimi owad zintegrował. Tworzy wirtualne, odległościowe relacje, flirtuje, bawi się. Część owadów, którym udało się z sieci wydostać, lub które jej unikają, przyglądają się temu i patrzą na wpół ze śmiechem, połowicznie z żalem i politowaniem. A potem lecą dalej, bo nie chcą marnować swej wolności…

A zza rogu wygląda pająk. Jak miło, że te stawonogi życie spędziły w pułapce. Jak miło, że tak dobrze się w niej bawiły. Tylko, że czas mija, życie ucieka, a poza siecią jest znacznie ciekawiej, a horyzonty są znacznie szersze…

Student potrafi… (2) Poniedziałek, Lu 7 2011 

A w tym odcinku, w roli głównej… ta dam! JA.

Geometria wykreślna, największy mój dotychczasowy naukowy horror. Czarne krechy przed oczami, jak po spojrzeniu w słonko (czy teściową- nie wiem, nie mam), krechy w nocy, w snach, a ilość ryz pokreślonych papierów na stałe już zmieniła mi psychikę. Egzamin. Noc nieprzespana, okulary na nos, żeby odciągnąć uwagę od gigantycznego pryszcza spod oka, który w trakcie tej nocy mi wyskoczył, biała bluzeczka, sukienka i szpileczki… Najpierw pisemny. Strona tytułowa- żółta, zadania- zielone kartki. Czas na ustny (szpilki coś mi się ruszać zaczęły…)

Stoję pod gabinetem, dziewczyny wychodzą jakieś skwaszone, bo prowadzący ryje. Hm. Moja kolej.

-O, pani S.!

-We własnej, indywidualnej osobie.

-No, no, kolorowe kartki, dr X mówił, że pani zawsze tak w kolorach kolokwia oddawała.

W rzeczy samej- na każdym kole dawałam plik kolorowych kartek- każde zadanie na innym kolorze i w innych kolorach. Ale ćwiczenia to już inny horror…

-To jak pani myśli, jak pani poszło?

-Tak jak kolor moich kartek: zielony- kolor nadziei. Jestem pełna nadziei.

-Czyli dobrze, czy źle pani poszło?

-Nadzieja umiera ostatnia…

-Dobrze… To przejdźmy do pytań. Pani Agato, proszę zdefiniować mi słowo ambicje.

-Coś co mnie opuściło w zeszłym semestrze- odparłam jednym tchem.

Wybuchnął śmiechem, acz starał się zachować powagę.

-No, ale jest pani ambitna?

-Oczywiście!- odpowiadam z entuzjazmem.

-To gdzie się podziały te pani ambicje?!

-Ja powiem tak: one ciągle były, tylko nie było chęci do ich realizacji.

Siedział jak wryty.

-No to przejdźmy do zadań.

Pierwsze zadanie- rzuty cechowane. Zerżnęłam, jak leciało…

-Gdzie tu pani ma oś?

-Yyyyyy- artykułuję z siebie próbując, aby brzmiało to chociaż po części inteligentnie.

-Tutaj?- pyta się wskazując palcem.

-O tak, tak! To właśnie tu!

-No to coś pani krzywo tu wyszło.

-To ten mój astygmatyzm- wskazuję na okulary i słodko się uśmiecham.

-Ta, astygmatyzm przy ściąganiu, przede wszystkim.

-To też- odparłam ze słodkim uśmieszkiem.

-Niech pani będzie, zaliczone.

Następne zadanie.

-Jest pani w stanie mi tu to zadanie zrobić?

-No… Mogę spróbować.

-No dobrze, to jak pani by to zrobiła?

Chwila zastanowienia.

-Transformacją?- odpowiadam pytająco.

-Bardzo dobrze. A jaką transformacją?

-Równoległą?- moja intonacja wzrasta do poziomu bardziej piskliwego.

-No a jak pani to zrobiła?

-Kładem???

-Pani w ogóle wie, o co chodzi w tym zadaniu?!

-Nie- odpowiadam z ulgą.

-Minus za zadanie. Plus za szczerość.

Wpisuje plusa i minusa…

A gdy wyszłam, uśmiechnięta i radosna…

-Co, upierdolił cię?- pyta koleżanka.

-Nieeeeee 😀

 

Rok drugi. Rzeźba. Zanim zaczęliśmy się taplać w glinie i lepić swoje podobizny, najpierw zabawa papierem. Kocham to, po prostu. Głowa. Łuh, pole do popisu i wyobraźni. Nie chwaląc się, zrobiłam małą furorę ;D Doktor prowadzący:

-No jak ślicznie nosek wyprofilowałaś!

Podnoszę do góry i przewracam.

-Nie no, błagam cię! Weź usuń te dziurki!!!

-Nie. 🙂

Dalej podchodzi.

-Wydłub te oczy.

-Nie.

Wydłub te oczy- powtarza.

-Nie.

Wydłub te oczy!

-Nie!

-A to dlaczego nie?

-Bo to nie będzie zgodne z moją wizją artystyczną.

-Oooo, to ty już masz wizje?

-Tak, artystyczne.

-Wiesz, jak masz wizje, to do księdza…

-Jestem deistką.

-No to do lekarza, jak jesteś ateistką…

-Deistką!

-Wszystko jedno, do lekarza, on cię wyśle do takiego specjalisty, co ci leki specjalne przepisze…

-Łoł! To dopiero będą wizje! 😀

Machnął ręką 😀

 

A jak w ogóle się zjawiłam na architekturze? Gdy prośby, groźby i błagania, żebym tylko spróbowała, że nie muszę iść na politechnikę, tylko, żebym na egzaminy wstępne poszła, nie pomogły, zostałam przez moich rodziców przekupiona. Gdy wylądowałam już na miejscu…

Dzień pierwszy: model, dwie pozycje. Start! Wszyscy ołówki przed siebie. Patrzę się na swój ołówek, co tam, gorsza nie będę, też wyciągam go przed siebie. Hm, oni chyba odległość mierzą. 20 minut, mam gotowy rysunek, w pełni wycieniowany, proporcje zachowane. Patrzę się na innych… Nie no, mój coś mały. Chwilę później mam już większy. Inni dalej skrobią. A co mi tam! Rysuję go od pasa w górę (model to nam się naprawdę niezły trafił ;)). No, może jeszcze portret… I tak po 4 godzinach oddałam 7 rysunków…

Dzień drugi: test wyobraźni przestrzennej. Temat: Wir w sieci. Hm. No nic, biorę się do roboty. Sklejam coś, na zasadzie coś z tego wyjdzie. De facto: chyba nikt nie miał tak odmiennej pracy, jak moja. Teraz narysować to w różnych perspektywach. Cholera, a jak to się rysuje w perspektywie? Kij, rysuję w aksonometriach, jak mnie w technikum nauczono…

Potem jeszcze zrobiłam wejście smoka, „małą” zadymę w rektoracie i na wydziale, moje nazwisko było znane na początku na całej uczelni. Ale to insza już, dłuższa znacznie historia… Gdy weszłam w październiku do dziekanatu, usłyszałam tylko:

-Oooo, to pani!- i ten serdeczny uśmiech naszego kochanego dziekana. –Ale pani rozróbę zrobiła! Oj, dawno czegoś takiego nie było 🙂

Ale tych historii jest znacznie więcej 😉

Student potrafi… (1) Poniedziałek, Lu 7 2011 

Student co najmniej dwa razy do roku doznaje (nie)przyjemności analnej i utyka w czarnym odbycie, nie wiadomo w której części tej jelita i nie wiadomo także, z której strony zacisnęły się zwieracze. A że siedzi na części ciała, gdzie ów zatrzask się znajduje, zaciska zęby i pręży się jak na porodówce…

A’ propos tej porodówki, taka anegdotka, totalnie abstrahująca od tematu: akurat zajechaliśmy na budowę, szpital, oddział ginekologiczny: ja, brat, nasz kolega. Brat inżynier nadzoru, my (kochające się przeto budownictwo i architektura- btw. Od października łączę te dwie sprzeczne miłości w sobie) w sumie dla towarzystwa. I nowoczesny sprzęt porodowy.

-Nie no, Agata, z tym redbullem… Widać, że jesteście rodzeństwem. Też tak kopcisz jak on?

No też, ale to insza kwestia. Otóż kolega wyznaje, iż po napojach energetyzujących ma rozwolnienie, a zazwyczaj cierpi na zaparcia. Proponuję mu krzesełko porodowe, takie ładne, takie praktyczne… I gdybym nie zwiała, możliwe, że utknęłabym w wannie porodowej… To tyle na temat porodówek 😀

Moherowe berety nie umywają się do studenckiej poczty pantoflowej. Tutaj to nawet smoki i słonie (różowe) w opowieściach znaleźć można. I pieczara, w dół kopara, czarownice, wampiry. Wszystkie cuda i dziwy. Do tego jeszcze jakieś wyrwane z kontekstu zdjęcie, filmik i na festiwal do Cannes można wysyłać, acz zazwyczaj kończy się to na youtube.com, a dalej propaganda na sruku-fejzbuku (kuku!). To tak jak kiedyś wprawiałam do brata i z uśmiechem, zziajana, zdyszana, rzucam werbalne, pełne sarkazmu uwielbienie w stronę ówczesnego jego współlokatora:

-A ja słyszałam, że przed chwilą doznałeś spektakularnej ablucji wodą z klozetu!

Spojrzał się na mnie jak rzeźnik na kawałek wieprzowiny i wysyczał:

-Skąd to wiesz?

-Braciszek mi powiedział- ząbki uroczo suszę i mrugam powiekami, trzepocząc rzęsami.

-Ale zaraz… przecież dopiero co tu wparowałaś!

-Na gie-gie –odpowiadam zalotnie, obrotnie ironizując.

-Na pudelku to oznajmij- syczy do brata.

Najczęstsze wypadki, powodujące trwałe urazy w psychice i ciele mają miejsce właśnie w trakcie studiów, zazwyczaj. Opowieść nie moja, ale po prostu muszę to napisać, na FAKTACH AUTENTYCZNYCH.

Rzecz dzieje się w jednym ze szczecińskich akademików (nie powiem w którym, ale dla znających te okolice, duży budynek i nie polibudy). Na korytarzu ścieżka z krwi prowadząca w dół, do portierni. A tam dwóch studentów, jeden z zakrwawionym (scena jak z Udręczonych) ręcznikiem przy ustach. Koledzy wpadli na genialny, poniekąd, pomysł i użyczyli sobie wózka z Carrefoura. Jeden wsiadł, drugi wziął rozpęd, pchał go (wózek, nie kolegę) i wypuścił na schody. Żeby było już całkiem zabawnie i pikantnie, ów poszkodowany już po raz czwarty wybił sobie przednie jedynki. A że dentystka jego, wstawiając mu je po raz trzeci zapowiedziała, że czwarty raz ma gratis, toteż miał darmową rozrywkę dentystyczną. Oczywiście byli w stanie nietrzeźwym.

Akademiki to miejsca najdziwniejszych awarii i domy uciech, ale to akurat w następnych odcinkach. Uwielbiam minę pań z administracji, gdy tam się zjawiam. A na ogół tylko po to, aby zgłosić jakąś niedyspozycję elektryczną/ sanitarną/ jakąś inną.

-Dzień dobry- wparowałam razu pewnego,- chciałam tylko zgłosić że w XXXX [nr pokoju] spadł żyrandol.

-W XXXX spadł… co? – babka miała niewyraźną minę.

-No… żyrandol spadł.

-Jak to żyrandol spadł?

-No zwisał sobie z sufitu, teraz na podłodze leży.

Patrzy na mnie wzrokiem pełnym konsternacji.

-Na stoliku nie ma miejsca…

Innym razem:

-Dzień dobry, ja tylko chciałam zgłosić, że w boksie XXXX-XXXX wyleciała deska sedesowa przez okno zeszłej nocy i załatwić się trudno…

Na dzisiaj to tyle, biorę się za szukanie zwieraczy, bom w czarnej…

 

Nieoczywista oczywistość Poniedziałek, Lu 7 2011 

Zostałam zagięta, a moja psychika mocno nagięta. Wręcz przegięta… I tak oto dowiedziałam się, że jestem nieugięta w kwestiach dla mnie OCZYwistych. Wystarczy tylko otworzyć oczy…

Samodzielność jest w cenie. Tato mnie tego nauczył, jak i naprawiania gniazdek elektrycznych, majsterkowania i innych takich i owakich. Lubię to, acz zdaję sobie sprawę, iż to działka niekobieca. Owszem, nie kryję się z takowymi umiejętnościami, jakkolwiek było się w tej budowlance i wylądowało na polibudzie… I nie zaprzeczę również, że mam jakiś tam ubaw, że facet może tego nie potrafić, czy nie znać pojęcia kastra (nie, to nic wspólnego z kastracją nie ma…), acz traktuję to naprawdę mocno z przymrużeniem gałki ocznej. Niefortunnie jednak zapomniałam, że kobieta wyemancypowana neguje całkowicie swoją kobiecość.

Tak, moje starannie zrobione paznokcie to efekt uboczny. Tak jak i obiadki, które sobie gotuję (nie najczęściej, bo nie potrafię gotować dla jednej osoby, zawsze jakoś tak niefortunnie co najmniej o tą jedną porcję za dużo przyszykuję). I generalnie (konkretna i dosadna) liczba sukienek i spódnic w mojej szafie to również przypadek, nie mający logicznego wytłumaczenia. A tapetę co rano na twarz nakładam, bo to zabieg artystyczny, a ja szalona artystka przecież jestem. Oczywiście wstydzę się swojej kobiecości, a jakże, przecież upodobałam sobie tak męskie zajęcia (baba z kielnią?!). Nie wrzucam swoich półnagich fotek na portale społecznościowe (ba! Nawet nie jestem na żadnym z nich, już…), co z góry już oznacza, że jestem zakompleksiona. Nie mam potrzeby czytania ochów i achów pod swoimi zdjęciami, nie mam potrzeby zamykania się w świecie wirtualnym (aczkolwiek przyznaję- był taki głupi okres w moim życiu, że dałam się w to wciągnąć). Chamstwo ignoruję, zamiast cieszyć się, że facet się do mnie odezwał (co tam, że ignorancko, patrz i podziwiaj)… Boże, jestem naprawdę dziwna…

A najdziwniejsze we mnie jest to, że wierzę w uczucia i bezinteresowność. Że cieszy mnie uśmiech, mały kwiatek, czas spędzony z drugą osobą. A gdy mi na kimś zależy, to chcę przychylić mu nieba. I nagle BUM! Okazuje się, że w dobie galerianek i facebooka, jeśli się tym nie pochwalisz, jesteś aspołecznym, nieuleczalnym przypadkiem…

Poemat o powstaniu Poniedziałek, Lu 7 2011 

W ogniu złocistym

Gdy powietrze zadrgało

Nad niebem bezchmurnym i czystym

Dziecko cicho załkało

Ukradł mu świat nieznany

Dzieciństwa marzenie

Wessał wir huraganu

Zostało wspomnienie

Zbyt szybko młodość odebrana

Na dorosłość przez szkło patrzyła

Młoda dusza jeszcze nieprzygotowana

Jeszcze nadzieja się cicho tliła

.

Zbyt młoda to pora

Upadek pierwszy bolesny

Do snu nieskora

Dzień jeszcze wczesny

Lecz za późno by dostrzec blask poranka

I w bezruchu śpiew ptaków podziwiać

Brutalnie umarła sielanka

Mignęła jak miłości chwila

.

I lata pędziły

Chwile przyćmione

Jak drugą stroną skrzydeł motylich

Bez blasku kolorów

I spadały gwiazdy

Gwałtownie i z pośpiechem

Mając światu za złe

Bez uciechy

.

Przyszedł czas na przebudzenie

Z chłodnej powstanie ziemi

By sięgnąć zapomniane dawno marzenie

I dzień każdy cenić

Odejdą postaci

Te bliższe i te dalsze

Zmyje je czas w deszczu zatraci

I ześle inne dojrzalsze

 

 

My (II) Poniedziałek, Lu 7 2011 

Leśne echo uniesie Nas

Znalazł Cię w słońcu bezlitosny czas

Błądziłam wśród drzew wysokich

Z ich liści deszcz na mnie kropił

Choć dawno już przeszły chmury

I przejaśnił się krajobraz ponury

To z koron przysłaniał mi cień

Skończyła się noc, zaczął się dzień

I przedarły liście strużki promieni

Nie ma już błota, nie ma kamieni

Na mojej ścieżce już tylko trawy źdźbła

Idę tu z Tobą, pogania nas wiatr

 

Ach, ci mężczyźni… Niedziela, Lu 6 2011 

Codziennie spotykam facetów idealnych. Mają takie same zainteresowania jak ja, szanują mnie i starają się za wszelką cenę zwrócić uwagę. A potem jestem wredną zołzą, bo…

Nagła fascynacja Australią. Bo tam żyją te skoczne ssacze torbacze, kangury. A wiesz, że w Australii są nawet znaki drogowe  „uwaga na kangury”? No i wielka konsternacja. Zaczynam sypać ciekawostkami na temat tego niesamowitego kontynentu i zapala mi się w głowie czerwone światełko. Ok., ja rozumiem, że ktoś, kto nawet się Australią fascynuje, nie musi znać tamtejszego prawa, ale żeby nie wiedzieć, jaki obiekt Jørna Utzona znajduje się w tym kraju?

Romantyk. Wielki znawca poezji i literatury. Acz gdy stwierdzam, że Księga Hioba winna zwać się Księgą Joba, poprzez przedstawiony tam obraz kobiety, utożsamionej z dziełem szatana, wielkie oczy. Księga czego? Nie chcę urazić oczywiście żadnych uczuć religijnych, no ale zdanie mam, jakie mam…

I sportowiec wielki. Kocha pływać i biegać. A gdy pytam, kiedy ostatnio przebierał nóżkami… Hm, nie pamięta. Bo ja wczoraj… 😀

I tworzyć lubi, rysować i tak dalej. Ja nie wątpię w niczyj talent. A kiedy ostatnio coś z własnej, nieprzymuszonej woli nabazgrałeś? Kropki trzy…

Chociaż zatwardziały ateista, nagle w reinkarnację wierzy i zna pojęcie karma (jego znaczenie niekoniecznie już, poza tym, że to w misce jego psa…). Musieliśmy się w poprzednim życiu spotkać. Ta, chyba żebym wygarnęła w tym, co myślę…

Kociarz, o tak. Nagle każdy kotki kocha. Szkoda tylko, że nie wie, jak wygląda Europejski Kot Krótkowłosy (to te nasze kociaki, co po dachach skaczą…).

Jeszcze żaden mi tylko nie próbował wciskać, że się fizyką kwantową pasjonuje 😀 Bo jakoś nie mogę nikogo do dyskusji na ten temat znaleźć… 😉

No i po kilku zakwestionowaniach wypowiedzi zainteresowanego spotykam się z jakąś bezpodstawną agresją… Po cholerę udaje?

Wiek studencki Sobota, Lu 5 2011 


Jest, jest, wiek dwudziesty pierwszy. Ach, jakże technologia zachwyca. Jakże lekko życie płynie, wprost do obyczajów, które niczym pasek od spodni po sytym i obfitym posiłku uległy rozluźnieniu. Żeby tylko zdążyć go rozpiąć, nim rozwolnienie za szybko zwolni z obowiązków resztki przemiany materii i wyleje z swych wnętrzności…

Wyprawka studencka? Dla takiego żaka, co w dzień powszedni studiuje? Słoiki z domowym bigosikiem, grochówką i paczka prezerwatyw. Sześć na dziesięć studentek sypia ze swoimi kolegami, nie będąc z nimi w związku. Nie oceniam, nie popieram, nie potępiam. Sondy nie zawsze są super- hiper adekwatne do rzeczywistości, ale coś jest na rzeczowniku, a nawet pod nim i pod tekstem. I zdawać by się mogło, by życzenia na drodze dla kariery od rodziców poniekąd zatroskanych uciekającą w świat szeroki latoroślą brzmiały: Niech ci penis sztywnym będzie! Niech macica ci nie ciąży!

Jak świat długi, szeroki i głęboki (gabaryty jakże pożądane), akademik, dom studenta, domem uciech był od zawsze. Uciech mentalnych, umysłowych, poalkoholowych, jak i przyziemnych, mniej mistycznych, cielesnych. A na ogół po doznaniu objawienia różowych słoni, trąba w górę ze szczęścia się podnosi (słonik z trąbą w górze- czyż to nie międzynarodowy symbol powodzenia?).

To a’propos wybitnie porannego dobijania się do moich drzwi, jako że stałam się potencjalnym obiektem do przyjacielskiego, niezobowiązującego seksiku. Przysięgam, blond piosenkarką nie jestem i za argument bo mi się bzykać chciało, gdzie czasownik bzykać zmieniony zostaje na romantyczne i kulturalne kochać, następnym razem wygrzebię się z łóżka i najzwyczajniej w świecie- że tak niekulturalnie i kolokwialnie się wyrażę- przypierdolę. Nie, TO CIAŁO się nie marnuje, to ciało się SZANUJE. A poza tym niewyspanie powoduje u mnie zmiany na cerze i w humorze. Na niekorzystne. I paznokcie mi się łamią, a to jedna z największych kobiecych tragedii, o.

Lata dziewięćdziesiąte, Bon Prix szturmem zapycha rynek. Popyt na ciuszki z katalogów, podajesz wymiar, płacisz, dostajesz. Szał! Ciuchów i ciał! A tu wiek do przodu, kreska przy dwóch iksach. Zakupy w Internecie… I nie tylko zakupy. Wklejasz swoją fotkę, wypisujesz podstawowe informacje, preferencje, taki katalog twarzy, acz częściej ranking na najbardziej wywalone ssacze części ciała. I ślini się później coś w monitor, cieknie mu z ust na klawiaturę. Prąd popieści, jakże przyjemny seks cybernetyczny. Żeby tylko prąd mózgu nie poraził, bo się jeszcze zrazi i poza przestrzenią wirtualną funkcjonować nie będzie potrafił… Droga do impotencji egzystencjalno- emocjonalnej krótka. I oklapnięta, jak powieki poza monitorem, abstrahując już od wad zmysłu patrzenia…

 

Skarb Sobota, Lu 5 2011 

Mapa na ogół wyświechtana, bez strzałki północy i podziałki, zapewne z czasów, gdy technologie GIS były jeszcze czarną magią obfitującą w hokus-pokus, ściganą przez sądy inkwizycyjne. Kreski niewyraźne, podpisy w łacinie, albo innym slangu, żeby szukać skarbu trzeba ogromnej dozy cierpliwości…

Ten krzyżyk na mapce. I krzyżyk na drogę obfitującą w skrzyżowania, łamigłówki, gierki rodem z wykładów studenckich: kółko i krzyżyk, tak często zremisowany, państwa- miasta, żeby rozszyfrować kod, wymagające myślenia krzyżówki i sudoku. I chociaż wskazówki są, decyzje należy podjąć samodzielnie. I albo się trafi (jak w humor wykładowcy), albo trzeba próbować w kolejnym terminie (sesja, stąd ten nastrój u mnie…).

I chociaż naznaczone miejsce, i chociaż wiadomo, że coś jest, pozostaje jednak ryzyko. Bo nie wiadomo, co tak naprawdę jest zakopane, skarb, czy butelka z liścikiem: Hej frajerze, jeśli coś znalazłeś głębiej zadzwoń…

Gdy uwikłani, po powikłaniach docieramy wreszcie na miejsce krzyżyka, zwalczając smoki z bajek znajomych, walcząc z wytapetowanymi czarownicami (przyganiał kocioł garnkowi… a zresztą, mój styl, moja sprawa!) i potworami, przemykając przez kolejne poziomy, podziemia, lochy, zniósłszy wszelkie fochy, łopata w łapkę i do kopania. Każdy krzyż swój niesie, nie ma obrońców krzyży indywidualnych.

Kopiemy. Albo dokopiemy się do skarbu, albo podkopiemy siebie. Z braku laku i pomysłowości, na krzyż ręce można złożyć i na cud czekać. Albo na jakiegoś głupola, który weźmie łopatę i zacznie kopać za nas. Ale… co to za frajda? A w tej ziemi, gruntów tyle rodzajów, że geodeta może mieć problemy… A w każdej warstwie inne robactwo. Obrzydlistwo, fuj. Może zniechęcić, oj może… Ale w razie „w” robaczka można na haczyk i do pobliskiej rzeczki powędkować. Gorzej, jeśli skarb już blisko i ktoś w międzyczasie go podpierniczy. Oj, źle.

Ale może to wysiłek wart zachodu. Może błyskotki w zakopanej skrzynce wynagrodzą cały trud. Gorzej, jeśli tam zakopane jakieś śmieci…

Nie! Sobota, Lu 5 2011 

Nie!

Nie dla Ciebie moje marzenia

Nie!

Nie dla Ciebie moje pragnienia

Nie!

Nie dowiesz się, co we mnie siedzi

Nie

Nie dostaniesz odpowiedzi

Nie!

Nie pozwolę pytania zadać Ci

Nie!

Nie będę dzielić z Tobą moich osobistych chwil

Nie!

Nie chcę widzieć więcej twojej postaci

Nie!

Nie obchodzi mnie, czy mi wybaczysz

Nie!

Nie pozwolę tknąć się więcej

Nie!

Nie na mojej twarzy zatrzymają się Twe ręce

Nie!

Nie zakochaj we mnie się

Nie

Nie chcę zranić znowu Cię

Nie!

Nie uwierzę Twoje słowa

Nie!

Nie chcę nic budować

Nie!

Nie od końca

Nie od nowa

Ucieczka przed deszczem Czwartek, Lu 3 2011 

Uciekasz przed deszczem

Usilnie za słońcem pcha Cię pragnienie

Może zdążysz jeszcze

Znaleźć schronienie

Może zdążysz na chwilę

Nie poczuć tych łez

Może ktoś się pomylił

Może nie wszystko wiesz

.

Uciekasz przed deszczem

Jak długo tak chcesz

Biegnąć jeszcze

Jak wyschnięta ziemia wiesz

Że dla życia urodzaju

Łez czasem potrzebne jest kropienie

Jak na chwili skraju

Przypominasz sobie niespostrzeżenie

Po wydało Cię matki łono

Serce Twe rwie

Oczy namiętnością płoną

I jak zerwany z łańcucha pies

Czujesz wolność

.

Uciekasz przed deszczem

Czy siłę masz jeszcze

Czy tchu Ci nie brakuje

Gdy jak cień nocnego ptaka snujesz

Po niepewnej ziemi

Wiesz, że spadnie pierwsza kropla

I nie ugasi płomieni

Zagra na szybie okna

Lecz tańczyć nie wypada w schronieniu

I pomagać cierpieniu

Bajka o Tobie Czwartek, Lu 3 2011 

Na ciemnym niebie

Na drodze z gwiazd rozsypanych

Szukałeś czegoś tylko dla siebie

Wybranego z myśli niepoukładanych

.

Przyczepiony do skrzydła

Za gołębiem lecący

Chciałeś zastygnąć

I trwać tak bez końca

Szybować wśród obłoków puszystych

Oderwać się od ziemi tak twardej

By powietrze czyste

Wchłonęło Cię bardziej

I wir porwał do tańca we dwoje

Kołysał jak matka dziecko swoje

.

Na trawie pokrytej zielenią

Szukałeś nadziei aromatu

I motyl podleciał

Skrzydło jego barwami tęczy się mieni

I chwili to zastój

Choć czas ucieka

 

Letnie wspomnienia Czwartek, Lu 3 2011 

Lato odejdzie, wspomnienie zostanie

Przekwitną róże

I ciepły w deszczu taniec

Podczas sierpniowej burzy

Co jesień złocistą wróżył

Już tylko trwać będzie w mojej pamięci

Jak z uśmiechem objęci

Przemoknięci

Uciekaliśmy przez rwącymi niebo piorunami

I choć dni te są za nami

Powrócą słoneczne chwile

I gwiezdne ciepłe noce

Na łąkach pasiastych kolorowe motyle

Cieszyć znów będą oczy

Jeśli jesień nie rozdzieli

I zima śniegiem nie przykryje

Nie zaśniemy w jej chłodnej bieli

Jeśli lata wspomnienie w nas przeżyje

Zamek Czwartek, Lu 3 2011 

Arkusz B1, czarna kredka i… 8 godzin cierpliwości 😉 Szkoda, że zostało mi tylko zdjęcie…

Następna strona »

%d blogerów lubi to: