Przedstawienie dobiegło końca. Widzowie wyszli z Sali. Oklaski.

Była komedia, był romans. Scenariusz pisany przez dwie osoby. Niektóre kwestie pokrywające się, inne kompletnie odbiegające od siebie. Chciałoby się, aby były nieoczekiwane zwroty akcji, jednak wszystko przewidywalne do bólu.

Aktorzy z łapanki. Nie było żadnych castingów. Przez przypadek główne role powierzone dwóm wariatom. Wariatka wierna do bólu, emocjonalna. Wariat bawidamek, myślący niekoniecznie narządem pod pokrywą czaszki. Wariatka czekała, wariat dmuchał na zimne i gorące, dymał powietrzem i innymi substancjami.

Zaczęło się pięknie. Mógł być happy end. Happy nie był, ale end w końcu jest. I chociaż telenowela, to jednak bardziej korzeniami w południowej Ameryce. Żaden klan, żadna inna mdła, operowa produkcja, która końca nie ma. Skończyło się na tragedii.

Bohater tragiczny. Cokolwiek by nie zrobił i tak będzie źle. Dlatego wydaje oświadczenie. Wyrzuca wszystkie niedopowiedzenia, wszystko, co kumulował poza scenariuszem. Już mu wszystko jedno. Skoro to i tak end, to co się będzie szczypał. Jak już kończyć, to z pompą.

Są recenzje. Opowieść zdawała się być przewidywalna. Sęk w tym, że główną rolę grała wariatka. I nie byłaby sobą, gdyby chociaż na koniec czegoś od siebie nie dodała.

Trwają castingi. Nie, główna bohaterka jeszcze nie jest jakoś specjalnie ułożona od środka. Ale ma nauczkę. Nie będzie już więcej żadnych scenariuszy pisać. Będzie improwizować. Nie będzie już nikogo zaczepiać i obsadzać w swoim przedstawieniu. Kto chce, niech przychodzi na casting. Albo przejdzie, albo nie.

Kręcą się po planie, różnorakie gagi z prób. A właściwie z przedpremiery. Co się na premierze będzie działo, to już życie pokaże…