Z królewny miała tyle, co woźna z dyrektora. Ale traktował ją jak królewnę, co było krokiem w stronę archetypu księcia. A księciem to on nie był, co jedynie frajerem, jakich wiele. Ale że to bajka o królewnie, co się nałykała środków psychoaktywnych z powietrza, w którym wędrowały słodkie słówka prowizorycznego księcia, przyjąć należy odpowiednio dostojną i patetyczną oprawę.

To było wcale nie tak dawno temu i wcale nie tak daleko. Nie jest to historia ani nowa, ani jakaś specjalnie wyjątkowa, acz zapewne Freud by się nią zainteresował. Była sobie kobieta, młoda, nawet ładna, nawet zgrabna. Całkiem inteligentna, ale z jakimiś tam wadami, żeby nie trącić o marysuizm. Był sobie mężczyzna, a raczej dziecko wyrośnięte, co kobietę ową chciał, jak student sesję, zaliczyć, acz z wynikiem na teście (na dziecko) negatywnym.

Samica wcale samcem zainteresowana specjalnie nie była. Ale samiec, jak to przedstawiciel swojego rodzaju, obrał sobie właśnie tę samicę jako cel. Słodził, ściemniał, kręcił, mącił, aż w końcu jej psychika zawirowała wokół jego wyimaginowanej osobowości. Wyimaginowanej, bowiem kiedy fenyloetyoamina pobudza gruczoły dokrewne do produkcji hormonów takich jak serotonina, noradrenalina, dopamina i endorfiny, to obiekt ją wywołujący widziany jest w naprawdę skrzywionym zwierciadle. Sęk w tym, że to lustereczko swoją krzywizną wyrównuje zakrzywienia danej osoby. A gdy pęknie… to już inna bajka, o Królowej Śniegu, a przecież zajmujemy się tą śpiącą laską.

Oczarował tę królewnę, tak i ją traktował, słodził, wiersze płodził, po czym szpilę w bok poprzez skok w tę samą stronę wbił biednej dziewczynie. Ale że ściemniać potrafił, czujność jej uśpił. Wyruszył na wojnę, a ta, jak w średniowieczu, czekała na swego nieudolnego ukochanego. A na wojnie, jak na wojnie- nie można walczyć cały czas. Łupy się zdobywa, łupami się chwali. Że te łupy niespodzianki w postaci chorób wenerycznych mogą mieć, to już dodatek, o którym w bajkach się nie wspomina. Na wojnie walczy się o porządek, a więc akcja rozgrywa się w konkretnym bałaganie, by nie rzec: w burdelu. A burdel- to wiadomo, smak ryzyka, trochę zabawy, przejawianie pierwotnych instynktów. Płaci- dostaje. Funduje- ma na jakiś czas.

Tymczasem królewna słodko sobie śpi. Z zewnątrz napływają jakieś informacje. Gołębie pocztowe dawno już do lamusa odfrunęły, teraz to facebook głównym źródłem informacji. Zaczyna się koszmar, tylko Freddiego Krugera brakuje. A w zasadzie to i się pojawia, tylko zamiast noży na palcach jakieś takie nieudolne tipsy własnej roboty ma. Rycerz dzielnie dryfuje przez świat z tym Freddiem, dołączając świeże fotki, niech znajomi widzą. Ale Freddie to potworek, nie pedofil, acz też ma za uszami… rogi. A właściwie przyprawia je i chwilę później już fotki z kolejnym rycerzem wrzuca. Oh, jak miło. A książę? Książę z podkulonym ogonem, którym wymachiwał tak dzielnie niczym mieczem w tych wojowniczych wyprawach, powraca. Oczywiście zapomniał o wszystkich danym wcześniej obietnicach, zapomniał, jak wojował. Książę cierpi na młodzieńczego Alzheimera. Na krótko śpiewa kołysankę, znowu usypia czujność. Ale, że durny, że aż słów nawet najbardziej wygadanemu brak, to sam pod sobą doły kopie. Halo, księciuniu! Wojna się skończyła, a ty w okopach siedzisz? Oj, sumienia tak nie zakopiesz. Z tych okopów granat rzuca. Podobne granaty na chodnikach, gdzie właściciele czworonogów wyprowadzają, bo ciężko w jakieś mniej uczęszczane miejsce iść. I smrodek królewnę budzi…