Marta była jakby nieobecna. Owszem, kontaktowała bez żadnych przerw w dostawie prądu z mózgu, żadnych zakłóceń, skoków napięcia… Po prostu nie Marta. Nie żywe srebro, które błyskało co chwilę w innym miejscu i wydawało odgłosu stłuczenia jakiegoś przedmiotu. Zdystansowana, zrównoważona, trochę melancholijna.

Siedziała w kuchni i w skupieniu obierała zielone jabłko, przyglądając się owocowej serpentynie, która powstawała.

-Marta- zagadał Krzysiek, wchodząc do pomieszczenia. –Zaczynam się o ciebie obawiać.

Zatrzymała wbity nóż w miąższu, podniosła brązowe oczy.

-Ale o co chodzi?- spytała.

-Jesteś jakaś… – zaczął.- Jakaś taka…

-Jaka?- wtrąciła mu się w słowo.

-No nie wiem. Po prostu dziwna. –ocenił.- Jesteś za spokojna, jakby bez emocji.

Usiadł naprzeciwko niej, przy małym, nieco zdezolowanym stolikiem. Pierwszą czynnością, przy wprowadzeniu się do mieszkania, wszyscy jednogłośnie wyrzucili wszystkie te ohydne ceraty. Student może i nie za bogaty, ale w jakichś warunkach egzystować winien.

-Znasz to uczucie?- zamyśliła się na chwilę.- Zakochujesz się. Targają tobą wszystkie możliwe emocje. Gdy widzisz tę osobę, dzieje się z twoim ciałem coś dziwnego. Przechodzi ciepło po wszystkich narządach, serce bije ci szybciej, nogi i ręce drżą, nie jesteś w stanie z siebie wydusić słowa… Nic o niej nie wiesz, ba, nawet wcześniej ci się w ogóle nie podobała.

-Z autopsji nie- rzucił. –Ale jak na ciebie patrzałem, jak się męczyłaś…

-A później, gdy druga osoba to już wie- kontynuowała, -zaczyna traktować cię z góry. Pokazywać ci, że tobą włada, gra na twoich emocjach. Kochasz i zaczynasz nienawidzić. Ostentacyjnie zapomina o twoich urodzinach, choć ty o niej pamiętałeś w taki dzień. Ale każdej innej osobie życzy wszystkiego najlepszego. Dla każdego jest miła, dla ciebie chamska. A potem nic nie pamięta. Przy znajomych udaje, że cię nie zna, potrafi cię wyśmiać, gdy się do niej odezwiesz i dogryzać, że przecież to ty udajesz, że jej nie znasz. Pokazuje ci, że może mieć każdą, a gdy ta „każda” kopie ją w tyłek, wraca sobie jak gdyby nigdy nic i znowu zaczyna jakąś chorą gierkę.

-Marta, ja ci mówiłem, że Adam to kretyn.

Marta uśmiechnęła się lekko i zaczęła bawić skórką od jabłka. Jej wewnętrzna część zaczynała już powoli zmieniać kolor na ciemniejszy.

-W pewnym momencie kompletnie się załamujesz i pytasz się, o co jej chodzi. Wymija się, omija tematy. Wiesz jak to boli?

Krzysiek milczał, wpatrywał się w małą posturę z owocem.

-I wiesz co? Przychodzi taki dzień, że nic kompletnie nie czujesz. Patrzysz na to wszystko z dystansem. Ta osoba już nie jest taka idealna, jak ci się wydaje. Jej wszelkie bolesne teksty nie są ani raniące, ani śmieszne. Po prostu są. Jest ci to obojętne. Wreszcie dostrzegasz jej wady, ale jakoś nie wywołują już u ciebie żadnych emocji.

-Marcia, wiesz przecież, że jesteś zbyt wartościową dziewczyną…

Uśmiechnęła się, tym razem szerzej. Pomiędzy pełnymi ustami zalśniły równe zęby.

-Wiem- przytaknęła. –Wiem, Krzysiu. Nareszcie to zrozumiałam. I po prostu zobojętniałam. Po prostu ktoś, do kogoś kiedyś czułeś taką falę emocji, ktoś, przy kimś nie potrafiłeś się zdystansować, ktoś, przy kimś nie byłeś sobą, jest dla ciebie nagle zwykłym przechodniem, który po prostu gdzieś tam sobie idzie. I już nie obchodzi cię, gdzie i dokąd. Nie obchodzi cię, czyim tak naprawdę zdaniem się kieruje. Nie obchodzi cię jego niezrównoważenie i niezdecydowanie. Masz gdzieś jego problemy, nie chcesz już mu na siłę pomagać. Po prostu odnajdujesz siebie…