Siedziała na łóżku pośród sterty porozrzucanych kartek. Na jednej z nich lekko kreśliła ołówkiem zarys jesiennego krajobrazu. Usiadł obok niej i zaczął się wpatrywać w kolejne kreski. Gdy jej ręka tak tańczyła częściowo podparta o ten mały patyczek z grafitem w środku, położył łapkę na skrawku szkicu. Jakby chciał zaznaczyć swoją obecność.

Popatrzyła na niego. Wesoło potrząsnął główką, poruszał uchem. Hej, nie martw się, zawsze masz mnie, mówiły jego wielkie, jasnozielone oczy. Uśmiechnęła się, podrapała go po karku. Zaczął z siebie wydobywać kojący, warczący dźwięk, wyprostował łapy i otarł mordką jej dłoń.

Lubiła się budzić obok niego. Zazwyczaj spał obok zwinięty w kulkę. Najpierw otwierał jedno oko i się wpatrywał, potem szedł za nią do kuchni i towarzyszył przy porannej kawie. Nie wyciągał się jak normalny kot, napinając grzbiet do góry- z wielką gracją, przy każdym kroku, wyciągał kolejną łapkę i prostował ją w powietrzu. Ten widok każdego poranka wywoływał na jej twarzy uśmiech.

Nie był jej- to ona była jego. Wiedziała, że chociaż ma różne nastroje, to i tak jej nigdy nie zostawi. Ludzie przychodzili i odchodzili- on był zawsze przy niej. Wiedziała, że gdy będzie jej smutno, przyjdzie, usiądzie obok i pocieszy. Że gdy będzie się cieszyć, on wesoło będzie skakał i biegał po mieszkaniu. A gdy ułoży się do snu, przyjdzie i wtuli swoje pręgowane futerko w jej ciało.

On rozumiał jej pasje, nigdy jakoś specjalnie się w nie nie wtrącał. Siadał obok, gdy malowała i przyglądał się, jak snuje pędzlem przy płótnie. Nawet czasami pomagał, wkładając łapkę w farbę rozprowadzoną na palecie. Gdy pisała, wiernie jej towarzyszył i kibicował. Gdy projektowała, siedział na biurku obok klawiatury, w końcu zasypiał. Ale był przy niej i to się liczyło.

Był niezwykłym indywidualistą, ale przede wszystkim wierną osobowością. Koty nie są fałszywe, koty po prostu mają swój charakter i wyczuwają ludzi. I chociaż czasami się obrażają, to zawsze wybaczają, jeśli poszło o drobnostkę. Chodzą własnymi drogami, ale tak naprawdę lubią mieć jakiegoś towarzysza, do którego będzie można zamiauknąć, gdy milczenie zacznie ciążyć.

Czuła się dla niego ważna. Cieszyła się, gdy okazywał swoją wdzięczność za pełną miseczkę, gdy koił jej smutek cichym mruczeniem i gdy swoim psoceniem przerywał melancholię.  Nie oceniał ani jej, ani jej postępowania. Po prostu był obok. Była z nim powiązana tak silną więzią emocjonalną, jak z żadnym człowiekiem. Ale w końcu on nie był człowiekiem- był tylko i aż kotem…