z serii opowiadania studenckie 😉

Wspomnienie roku pierwszego. Taki sentyment, gdy tytuł inżyniera niedługa przyświecać będzie zacnie przed godnością naszą… Człek nieświadomy taki jeszcze był. Rozdziewiczenie. Pierwsza rzeź niewiniątek, kolokwium, jakże to się przeżywało! Rozkosz w zwątpieniu, strach, przyspieszony puls… Pełna chemia, choć nie nasz to kierunek.

Takiemu podrostkowi, co sięga już nieco wyżej niż źdźbła trawy przydomowego trawnika i co ten trawnik widzi raz na jakiś (nieco dłuższy) czas (by ponabierać wałówki w słoikach roboty kochanej mamusi), to nieco wolność uderza w centralny układ nerwowy. Chce się bawić! Nie ma smyczy! Nikt kagańca nosić nie każe!

Idzie to na pierwsze balety. O tak, pamiętam je doskonale. Poznałam takiego kolegę o wysokim poziomie intelektualnym, znacznie niższym levelu kulturalnym. Wymiana zdań, formułowanie argumentów, wygrana bitwa słowna, o zgrozo (dla niego), przy jego szanownych towarzyszach, również samcach. My, dzielne samice… I druga impreza, gdy na parkiecie wiłyśmy się z gracą żmij pełzających po terenie piaszczystym.

-Tomek za tobą- poinformowała Paulina, ówczesna ma współlokatorka.

Wzruszam ramionami, gestem, by jak najbardziej zalotnie z tyłu wyglądać, wnętrzności gotują się mi i smażą, oczy z wściekłości z orbit wyłażą.

-Matylda…- chwyta mnie za ramię Tomasz.

Nieco wyższy, emanujący pozornym urokiem osobistym, zadufany w sobie, egocentryczny, o wybujałym ego, początkującej łysinie. Brązowe włosy na żel, uśmieszek od ucha do ucha, jednak mimika jego okrągłej twarzy zdradza nutę fałszywości. Mięśnie w okolicach kości policzkowych jakby nienapięte, zielone oczy bez wyrazu.

-Spadaj- rzucam na odczepnego.

-Matylda, słuchaj- nie daje za wygraną.

-Spadaj- ponawiam polecenie. –Ślepy jesteś? Trzeźwa jestem.

-Matylda- ten znowu swoje. –Słuchaj, głupi wyszło ostatnio…

-Czy ty naprawdę jesteś ślepy?- pytam już z dużą dawką arogancji.- Jestem TRZEŹWA i nie będę z tobą konwersować.

-Matylda, chodź na drina, pogadamy…

Moje odpowiedzi utrzymywane były cały czas w jednakowym tonie, rytmie i melodii. Ale w końcu dałam się namówić. Wzięłam ze sobą (niezbyt zadowoloną) Paulinę.

Jakże miło nam się rozmawiało! Tylko Paulina zachowywała trzeźwość umysłu, permanentnie odmawiając spożycia serwowanego przez Tomka i jego towarzyszy alkoholu, stanowczo twierdząc, że z wrogami nie pije.

Było uroczo, ochoczo i jakże miło. Ale Paulina chwile te ukróciła, zabierając mnie na stancję. Ból psychiczny i fizyczny, kac morderca łapać za głowę zaczął i nią potrząsać…