opowiadanko studenckie 😉

My, studenci. Puch wśród pierza dorosłych marny! Zbici w akademikowym pokoju, na stole trzy rodzaje chipsów z Biedronki, jakieś sałatki przygotowane przez rodzynki politechniki  w postaci płci pięknej (a w ostatnich czasach ciasto uczelni technicznych przyjmuje formę bakaliową), kilka butelek z napojami zawierającymi związki alkoholowe- ile to związków pod ich wpływem powstało! A później kace, moralne i fizyczne… Mamy imprezę!

Początki zawsze takie rozproszone, elementy niedopasowane, każdy inny, zdawałoby się, że tych puzzli nie da się poskładać. Ale trochę bąbelków, trochę dezynfekującego gardło napoju i od razu atmosfera się ociepla, jak środek fizyczny układu pokarmowego. Siedzimy, śmiejemy się, bawimy w najlepsze. Dobre złego początki, wstawiając wątek pesymistyczny…

Gdy anegdotom i dowcipom koniec przyświecał, a kolega Marek w kącie przy szafie już się rozmarza i poczyna odpływać na statku marzeń w krainę snu, odlatując na szerokich jego skrzydłach, postanawiamy w ramach otrzeźwienia naszych umysłów wybrać się w większe, bardziej anonimowe towarzystwo. W końcu jesteśmy przyszłą elitą intelektualną naszego wspaniałego narodu! Nawet Piłsudski tak się o nim wyrażał, przecież (abstrahując od tego, że ludzie to hm… w wersji dla dzieci takie panie, co sprzedają swe fizyczne atuty).

Ciągnąć Markowate zwłoki idziemy w kierunku nieco bliższych baletów. Nie za długa to droga, ale ciemno już i ślisko też. Nocne nie kursują z częstotliwością, jaką sobie życzymy, a taksówka pod koniec miesiąca to wydatek nie na studencką kieszeń. Podróżujemy naszym permanentnym, cielistym środkiem transportu.

Marek zatrzymuje się w połowie drogi. Szarych Szeregów, on sam szary i mało wyraźny, chociaż ciemność dookoła, a oświetlenie odlatarniane ma to do siebie, że przedstawia niedoskonałości w trochę wyidealizowanym świetle. Ale Marek to postać jak najbardziej specyficzna.

-Ty, Matylda- rzecze Ewka. –Podtrzymaj Markowi kudły, bo chyba coś się zadzieje…

-Niech to Krzysiek zrobi- wskazuję na kolegę.- Ja jestem za mała.

Istotnie, mój wzrost to metr pięćdziesiąt w kapeluszu i na szpilkach, a Marek to takie wyrośnięte stworzenie. W efekcie w towarzystwie jego zacnej osoby wyglądam trochę jak Flap przy Flipie.

Krzysiek podchodzi, łapie długie, ciemne, nieco pofalowane (jak ich właściciel) włosy. Marek chwyta się latarni, pochyla swe ciało… Tak, teraz właśnie rozumiem, dlaczego związek frazeologiczny puścić pawia został uformowany tak, a nie inaczej. Różnorodność barw na kontrastującym śniegu przypomina trochę witraż w oknie kościoła gotyckiego. Ma w sobie swój urok, gdy zapomni się, czym tak naprawdę to jest… Jak pawi ogon, są nawet oka (tak, staram się nie myśleć, że to połowicznie przetrawione składniki sałatki mojej roboty).

-Już?- troskliwie pyta Krzysiek.

Pada jeszcze kilka epitetów, nieistotne jakich. Marek powoli zaczyna wracać do swojej postaci. Idziemy dalej, nawet mu humor powraca. Co prawda, w żaden sposób i za daleko jakoś nie oddalił się, ale Marek w stanie półtrzeźwym taki zabawniejszy, aniżeli w stanie bardziej nietrzeźwym.

Panowie w niebieskich mundurach podjeżdżają niebieskim skunksem z białym paskiem. Wylegitymować chcą, bo tak nam niewyraźnie z oczu patrzy. Pierwszy ogień, pocisk- Mareczek!

-Dowodzik poprosimy.

Marek wkłada swe lekko zwiotczałe dłonie do kieszeni, wyciąga jakieś papierki, podaje policjantowi…

-Pan potrzyma- mówi, wkładając w dłonie jego kilka śmieci.

Ponownie nurkuje w zagłębieniach swych spodni. Podaje policjantowi wszystko, co ma, następnie sięga do kurtki. Wyciąga mały woreczek z wysuszoną zieleniną i dowód i daje panu stróżującemu…

Marek jedzie na komisariat. A my? My wracamy po przeszukiwaniach do akademika…