Sody trochę za dużo, zbyt zasadowo się zrobiło, bąbelki uderzyły w punkt najczulszy. Mózg z substancji nieco plazmatycznej przerodził się w związek wodoru i tlenu. I leje nim ten, kto głowy tej właścicielem, na prawo i lewo…

Lanie wody to niebezpieczna czynność. W końcu życiodajny płyn to substancja, która występuje w trzech stanach fizycznym. Mała kałuża szybko wyparuje i pójdzie w eter. W nieco większej można zwyczajnie popłynąć. Albo zmiesza się to z ziemią i jak prosiak w błotku taplać się przyjdzie. Gdy jej za dużo- nie sztuką jest się utopić, zwłaszcza, gdy jej poziom sięgnie jakiegoś wścibskiego nosa. A jak chwyci mróz, to i pośliznąć się można. Owszem, jakiś czas wiruje się taniec towarzyski, czy też indywidualny, jak w łyżwiarstwie figurowym, ale tutaj potrzebna jest kondycja. A lód twardy, przy upadku część z dziurą do wypróżniania organizmu potłuczona. Inne części częściowo, bądź też całościowo także. I stąpanie po takim lodzi to wyczyn dla zawodowców. Wbrew pozorom jest on niezwykle cienki, a jak wody za dużo pod nim, to kąpiel w przeręblu gwarantowana. Dla morsów i innych ssaków morskich- czemu nie. Homo sapiens bynajmniej takowym nie jest.

Czasem leje, jak ciepły letni deszcz. Jak krem nivea łagodzi podrażnienia i wygładza chropowatą rzeczywistość. Piękny, romantyczny, uroczy. Ale o-oł. Awaria. Brak ciepłej wody. Kubeł lodowatego płynu z zanieczyszczeniami prosto na głowę. Niezbyt rozkoszne to doznanie. Ale nie ma to jak zimny prysznic- cóż lepszego na orzeźwienie uśpionej słodkim kłamstwem czujności, jak nie roznegliżowana prawda?

To nie śmigus- dyngus. A ten z kolei prima aprilisem nie jest. Nikt nie leje tutaj poświęconą w Wielkanoc wodą. W wodzie tej bakterie, roztocza , zarazki i cała tablica Mendelejewa. Środki chemiczne mają na celu poprawienie walorów smakowych. Łatwo się tym zachłysnąć i rozkoszować smakiem przez dłuższą chwilę. Ulepszacze działają czasowo. A gdy się płyn ten dawkuje w nadmiarze, a w tym wszystko szkodzi, łatwo się zakrztusić i wypluć z siebie cały ten życiodajny inaczej roztwór. Konserwanty w pewnym momencie wywołują odruch wymiotny i/lub biegunkę. A zatrzymać te reakcje obronne organizmu jakoś by wypadało (z pomocą nadchodzi węgiel, by zamazać prawdę i zatrzymać się jej rozprzestrzenianie).

Łatwo się taką wodą zalać. W nieboszczyka, zombie i inne straszydło. W zasadzie wywołuje reakcje podobne jak alkohol, ma zbliżone działania. Najpierw amok, zamazany światopogląd, potem, w czasie suszy język suchy i boli, bardzo boli… Bo z głowy wypłynął ten mózg w formie płynnej…

.

Ludzie, dawajcie głupsze opisy na gg, dla mnie to inspiracja! 😀