Skrada się z szelmowskim uśmieszkiem. Zapowiedziała się przecież, chociaż gościem jest nieproszonym. I wygonić nie wypada, od początku semestru swym widmem terroryzowała. Zapuchnięte oczy, uczy się człek po nocy. Obsesja. Nadeszła… SESJA!

Tempo, tętno, wszystko przyspiesza. Żółte (lub kolorystyką niewiele się różniące) papiery z dziekanatu, cyrografy, na których zbiera się podpisy osób inteligencją wyżej postawionych. A nie najchętniej składają swe cenne autografy. I złapać go! Niczym psychofani, studenci zatrwożeni i zrezygnowani, acz zdeterminowani czekają pod wykładowcy drzwiami.

Uśmiecha się złowieszczo. Obwieszcza swą obecność, na każdym kroku podstawia haka, na którym młody człowiek ma ochotę się czasem powiesić, zwyczajnie. I zakończyć żywot swój jak bohaterski Janosik. Ale duch walki, w czasie tym trwożnym wybudzony, nakazuje walczyć do ostatek sił.

Jak co semestr zaskoczyła. Jak drogowców zima. Nawet bardziej, spektakularniej.

W bałaganie nurkowanie. Bo na pewno nie spanie, na ten luksus nie można sobie teraz pozwolić. Zamiast poduszek- książki. Zamiast kołdry- stos notatek. Zamiast ukochanego/ukochanej- laptop (no, akurat ten moim wybrankiem od dłuższego czasu, także w tym przypadku nie robi mi to jakiejś specjalnej różnicy, grunt, że nie pieści- prądem).

Poziom adrenaliny wzrasta z każdą chwilą, a te coraz krótsze zdają się być. Trzyma w napięciu, jak organizm przed miesiączką. Horror w 3d. Dopamina, serotonina i endorfiny jakby opuszczają spustoszone ciało. Chciałoby się, oj chciało, przez chwilę rozerwać. Ale rozrywane są niestety tylko nerwy. I fruwają strzępy…

A po sesji, po obsesji. Spokój, chwila ciszy. Minutą milczenia uczcijmy jej uśpienie. Nowy semestr… Można pofolgować- emocje przyjdą znów, niebawem…