Sen o spadaniu, upadek bez obcej dżumy Wtorek, Sty 11 2011 

W niebie miło, ale kazali spadać. I spadło się z tego nieba komuś na ziemię. O ile gabaryty filigranowe, o tyle takie w miarę zejście spokojne, dryfujące piórko na wietrze, widoczne z oddali, powoli unoszone nad głową. Przy większej tuszy trzęsienie ziemi, a nawet wzmożony dryf kontynentów, jak grom z jasnego przesklepienia świata…

Spadają gwiazdy. Wprawdzie są to meteoryty, ale gwiazdy brzmią jakoś tak bardziej poetycko. Błysk niczym fleszy, poblask, piękna, ulotna chwila. I nagle jej nie ma. Jej sława się wypaliła.

Upadać można na wiele sposobów. Najniebezpieczniej na głowę. Sytuacja o tyle się pogarsza, gdy leci się z bożonarodzeniowego drzewa iglastego. W głowie mózg, może nim wstrząsnąć, a poukładane starannie klepki rozsypują się po całym centralnym układzie nerwowym. I toczy się taki stresujący kłębuszek, ciężko to złapać i podnieść, bo siła tarcia jakby mniejsza nań oddziaływała. A poza tym ma to takie przyspieszenie, że ciężko nadążyć. Ale w końcu się zatrzymuje. Czasami już urwany kawałek nitki, czasami można podnieść kulisty zbitek mentalnej wełny z siana. Siana w głowie, bo wszystko się tam zdąży ususzyć, niczym ciało anorektyka i kości tylko trzeszczą…

Spadek to taki powolniejszy upadek. Jakieś nachylenie, postępujące rozpędzenie… I jazda w dół. A w tym dole błota po kolana, albo i po szyję, gdy za mocno się weń zaryje. I nie dość, że to bagno wciąga, to jeśli nawet cudem, z wielkim trudem, uda się z niego wyjść, to trzeba poczekać, aż błotko zeschnie, bowiem co się wysuszy, to się wykruszy. A mądrzy ludzie żyją w brudzie– po co ścierać gąbką swój naskórek? Będą bolesne otarcia.

Wbrew wszelkiej logice i do góry spadać można. W stronę koron drzew, a tam liście odpłaszczać. I takie cuda się zdarzają. Siła grawitacji nie pomoże, ani święty Boże, gdy się trafi na taki sam biegun. Odepchnie to z siłą odpowiadającą armatniej kuli. Biedy połowa, gdy się w krzakach schowa- gorzej, gdy zaplącze się o gałęzie. A tam mogą być niespodzianki, tudzież zwłaszcza w rejonach tropikalnych.

Opadają na dno, w oczodoły. Zanurza się w wirówkę świadomości, w podświadomości gości, sen, balsam dla ciała i duszy. I emocje opadają, jak deszcze po upale kojąc. Jak kurz po wielkiej bitwie z piosenki Perfectu. Bo  życie to pasmo wzniesień i upadków… Nie ma łatwo, to nie równina…

Mielizna na płyciźnie Wtorek, Sty 11 2011 

Mielizna na płyciźnie

Po płytkiej wodzie można się przejść, ot taka przeszkoda w drodze, trzeba jakoś na drugi brzeg się dostać. Dno prawie na wierzchu. Krótka przygoda, bowiem inny środek transportu niż własne kończyny w tempie przyspieszonym ugrzęźnie gdzieś na mieliźnie…

Przygoda, ale bez większych wrażeń- w końcu płytka ta woda. Płytka wyobraźnia i wszystko na wierzchu, widoczne. Nawet nie ma jak zanurkować, a tym bardziej szukać jakichkolwiek skarbów czy ciekawych wraków okrętów. Ot, żeby się potaplać, ochłodzić rozpalone zmysły i iść dalej. Pragnienia prawdziwej przygody na pewno nie zaspokoi, ale w pewien sposób ten brak adrenaliny ukoi. Jedyne niebezpieczeństwo stanowią żyjątka, które mogą się przedostać do organizmu, głównie drogą płciową. Ale od czego są zabezpieczenia, mamy XXI wiek, można czuć się względnie bezpiecznie.

Głęboki tlenek wodoru w stanie ciekłym to wyzwanie dla odważnych. I wypadałoby mieć jakąś kondycję, psychiczną przede wszystkim, bo mięśnie jakoś się w trakcie wyrobią. Nurt rwie do przodu, ciężko za nim nadążyć z brzegu. Rozwiązanie? Rzucić się weń. Wiry? Na pewno, gdzieś po drodze. Ale czy to właśnie nie one nadają smaczek egzystencji? Momentami czuć grunt pod stopami, lecz na ogół głębia spojrzenia i nieodkryte tajemnice. Już się zdaje, że się wodę poznało- ale żywioł zawsze pozostanie nieodgadniony do końca… Jakieś skarby na brzegu- już wiadomo, co ukrywa? A może ma w sobie znacznie więcej?

Butla z tlenem, płetwy na stopy i pod wodę. Tam to dopiero jest świat! Wewnętrzny, bogactw i różnorodności co niemiara. Ryzyko jest, ale ten wymiar tak fascynuje, że trudno oprzeć się pokusie. Istnieje ryzyko, iż miejscami jest podwójne dno. Może i jakiś topielec w wodorostach. Pełno statków i okrętów zza zakrętów koryta rzeki. Nigdy się nie dowiesz do końca, co w nich spoczywa, ale rąbka tajemnicy zawsze można uchylić. Rąbka, bowiem całej nigdy się nie rozwija- no, chyba, że bierze się za to specjalista, doktor rybiej głowy.

A to co? Syrena? A ta rzeka taka niepozorna. Oho, rozszerza się, wpada na szersze wody… To dopiero będzie przygoda. I co, warto było zaryzykować?…

%d blogerów lubi to: