Przezroczysta kula poetycko dryfująca na falach wiatru. Delikatne, cienkie i transparentne ściany rozszczepiają światło, pozwalając podziwiać wszystkie kolory tęczy. Linia horyzontu odbijającego się krajobrazu przyjmuje kształt elipsy, tworząc magiczną panoramę. Tak się można zachwycić nad tą małą, mydlaną banieczką, że można wyjść jak słynny Zabłocki. Na mydle. A to z niego ta bańka spłodzona…

Odpowiedni roztwór o nieszkodliwym pH (zbyt kwaśny lub zasadniczy przyniesie pecha), rurka albo taka zabawka z kółeczkami i… dmuchamy, składając usta w dziubek, jak większość lasek na naszej-klasie i facebooku. Trochę to idiotyczne, ale jeśli nikt nie robi nam zdjęcia, to można się chwilę powydurniać, bez obawy, że kompromitująca fotka wycieknie po łączach i zaplącze się w sieci.

Byle nie za mocno w to chuchnąć. Konkretnie, śmiało, ale bez przesady. To nie zawody w pluciu na odległość, ani też czyszczenie okularów/lusterek oddechem. Z wyczuciem.

Delikatny, jak lekki powiew wiosennego wiatru, przesycony dwutlenkiem węgla (ach, te pęcherzyki płucne!) wydech w rurkę (czy co tam się do tych kulek znalazło) i nietrwałe dzieło sztuki w powietrzu! Unosi się w przestworza, migocze różnorodnymi barwami, lekko płynie na tle nieba (lub sufitu). Chwila, ale jaka piękna! I jak rozmarzyć się można…

Szpila. Tips na paznokciu. Cokolwiek. Wystaje to kłuje, wbić się może. I nagle z pięknej bańki kilka kropel spadających z prędkością nadaną przez siłę grawitacji. Po uroczej kulce zostało wspomnienie. Można utworzyć kolejną, równie piękną, ale… to już nie będzie ta. I chociaż znowu będzie zachwycać i się mienić, to jednak wspomnienie tej pierwszej zostaje. A gdy zbyt intensywnie się dmucha, to jeszcze się jakiejś astmy można nabawić…