Pewnie czai się za rogiem. Nie chce wyleźć, cholerstwo. Nie szkodzi, jest czas, poczeka się… I czeka się, czeka, a nikt straconych minut nie zwróci, to nie ten wymiar…

Ukierunkowanie na szczęście. Zdefiniowane, teraz wypadałoby je spersonifikować. Jest! Tylko coś nie chce iść w tą stronę, w którą by się życzyło. Mało tego! Odwrócone plecami. Jakby tego było niedostatecznie dużo, to jeszcze ma nas na zakończeniu tej części ciała, a konkretniej to w niej. Ale spokojnie, cierpliwości starczy.

Na początku wystarczy sam widok. Ono JEST! Egzystuje, istnieje- to już coś! I jest tak blisko, kilka kroków, za tym rogiem. Co tam, że przyprawia rogi, akurat się rozglądało i przeoczyło się tę diabelską czynność. Znowu zagląda się zza ściany- nie zniknęło, nie zdematerializowało się.

Zegar zatacza kolejne koło. Jak słup soli (bo szczęście obrało postać paralizatora) stoi się i przygląda. W pewnym momencie samo wytrzeszczanie gałek ocznych nie wystarcza. Po cichutku, podchodami, zajdzie się te szczęście od tyłu. Byleby nie spłoszyć. Byleby jakoś tak taktownie. Szczęście spersonifikowane się odwraca, konwersuje. Na jakiś czas to wystarczy.

Szczęście ma humorki. Szczęście nie jest ideałem, za jakiego się go miało. Ale co tam, to pewnie chwilowe, dalej żyje się jego ubarwioną imaginacją. I chociaż już klapki się otwierają, a do źrenic padają pierwsze promienie z nadwyżką ultrafioletu, który w przypadku przeciągania nadużycia zmysłu wzroku prowadzi do ślepoty, to jednak dalej żyje się ponad powierzchnią, gdzieś w chmurach. Co tam, że w burzowych i pioruny raz po raz uderzają w głowę, przestawiając kolejne klepki. Czeka się na to szczęście i koniec, basta! Nie ma innej opcji!

Szczęście ma drugą twarz. Na imię jej Cierpienie. I nie potrzebny dowód osobisty, żeby zdemaskować jego tożsamość. I zamiast cieszyć, nagle trzaska o beton i inne twarde nawierzchnie. Pierwsze kontuzje, ale przemoc domowa jest w modzie, a jakże. Poza tym, obiecało, że więcej tego nie zrobi. No, za drugim razem też. Ok., trzeci raz też był…

W końcu Szczęście zabiera resztki wewnętrznego szczęścia. Meta- i fizyczne zwłoki uciekają od tego Szczęścia. Odwyk potrzebny, bo to gorsza zaraza niż niejeden polepszacz- pogarszacz. Ale z każdego nałogu można się przecież wyzwolić! Problem w tym, że zmiany na psychice zostają już do końca egzystowania na naszej cudownej planecie.

Wolny. Prosto z odwyku od (nie)Szczęścia. Albo na nie natrafi i na własne życzenie znów wyreżyseruje sobie horror, albo na nic nie licząc i uciekając od podobnych stworów na jego drodze stanie Prawdziwe Szczęście. Bo się go nie oczekiwało. Bo nie wypatrywało się go w konkretnym kierunku. Bo szczęście zawsze przychodzi niespodziewanie, wystarczy go pragnąć, ale nie szukać…