Kolejka po bilet. Za friko. Bo w tym przedstawieniu nic już nie będzie za darmo. Bo to przedstawienie będzie się odgrywać na różnych scenach. Różne będą kostiumy, role, scenariusze i aktorzy… Bo to przedstawienie pod tytułem „Życie”.

Światła gasną. Kurtyna w górę- witamy na świecie. Zarys scenariusza już jest. Strona tytułowa- „Przeznaczenie”. Jakieś szkice, trzeba będzie systematycznie dorysowywać coś i dopisywać jakieś słowa do didaskaliów. Ilość współodtwarzających różna. Będzie komedia. Będzie tragedia. Obyczajowa, zapewne kilka harlequinów po drodze, horror, kino akcji w tej operze mydlanej.

Fabuła zapoczątkowana. Krzyk. Akcja!

Kino prawie nieme. Oprawa graficzna i dźwiękowa. Taki bełkot. Scena realna, scena fantastyczna. Tryb dzienny, tryb nocny, przedstawienie w dwóch światach równolegle. Dekoracje adekwatne do prezentowanej rzeczywistości.

Gra na własnej scenie. Gra na scenie innych. Rola pierwszo- i drugoplanowa. Epizod, występ gościnny, zatrudnienie na planie na dłużej. Odpoczynek na widowni. Ocena, krytyka i inne filmowe esy-floresy. Bzdury. Wejście na scenę. Jeszcze tylko ostatnie spojrzenie na scenariusz… i znowu improwizacja. Na widowni ktoś siedzi. Ocenia, śmieje się, krytykuje.

Sensacja! Będzie co recenzować! Przedstawienie bardzo udane. Nie, to była szopka. Nowo-staro roczna. Nic nowego. Nic zaskakującego. Zastosowanie archetypów.

Koniec aktu pierwszego.

Nowa rola. Rola na kilku scenach jednocześnie. Kilka wcieleń. Mąż, żona, matka, córka, wnuk… Gdzie jest reżyser?! Ktoś musi nad tym panować! Kto to, w ogóle, do cholery, reżyseruje?! A gdzie próby? Tak od razu grać? Kto to widział?!

Jeszcze tylko montaż… Taki zlepek zdarzeń. Ciąg przyczynowo- skutkowy. Żeby gdzieś tu jakaś logika się znalazła.

Premiera! Niech to będzie lekcja. Niech każdy wyciągnie wnioski. Nie, nie będzie ocen. Ale to jest szkoła. Szkoła życia. Niech uczeń będzie nauczycielem, a nauczyciel uczniem.

Nauczyciel- ucznia lustrzane odbicie. Trochę karykaturalne. Oceniasz- on ocenia ciebie. Bardziej. Mocniej. Boleśniej. Robisz na złość- on ci bardziej. Odzwierciedla wszystkie twoje wady i zalety. Pojawił się, żebyś mógł się przyjrzeć swojej twarzy.

To nie luka w scenariuszu. Nie, scenarzysta się nie upił. Ani nie naćpał. Tak miało być. To miało się stać. To była… lekcja…