Pierwszy powiew przedwiosennego wiatru, napływające ciepłe prądy. Krajobraz, dotąd uśpiony pod przepięknym zimowym puchem, ukazuje swoje (od jakiegoś czasu zapomniane) walory… A pod zimową pierzyną… no, różności. Roślin wschody, ssacze odchody… A wszystko tak pięknie przykryte wyglądało…

Wiosna, królestwo zwierząt bierze się intensywnie za płodzenie potomstwa. Wszystko wraca do życia. Czas głupiego uczucia, jak tę porę roku zwą. Bo jest zielono, słonecznie, wszystko tak kwitnie… Oczywiście, człowiek to takie stworzonko, które rozmnaża się o każdej porze roku i doby, ale inne zależności mnie tutaj interesują…

Zimą misie zapadają w sen zimowy. Nurkują w swoich barłogach i przesypiają ten, jakże niekorzystny dla nich, czas. Dzień jest naprawdę krótki, mało jest czasu na przyjrzenie się czemukolwiek. Jakby tego było mało, widoczność prawdziwej natury mocno ogranicza warstwa pięknej, białej, przymrożonej pierzynki, pokrywającej poetycko świat. Jakże pięknie, taki Szczecin, na przykład, wygląda o tej porze roku. Nie, żebym narzekała… Ale jakoś nie widać tej szarości i ciężej w psie bomby wdepnąć (wiwat Pogodno, tudzież ulica Reymonta, przy której swojego czasu przyszło mi mieszkać- istna samba z improwizacją kroków w drodze na/z uczelni). A co z oczu, to i z serca, powiadają…

Zimowym krajobrazem łatwo się zauroczyć. Fakt, mrozi, dmucha i powiewa, ale ma w sobie to poszukiwane skądinąd coś. Jakaś taka mgła tajemnicy, kusi, korci, co może być pod tym śniegiem. Wyobraźnia jakby budzi się do życia. Wiadomo, to co nieodkryte i niewidoczne kusi najbardziej. A może jakaś ładna zieloniutka trawka do… leżenia, oczywiście, a może coś równie pięknego… Trochę soli i rany się otwierają. Trochę to boli, brązowa, podłużono- rozlazła skaza na tej, z pozoru, nieskazitelnej bieli… Ale co tam, ideałów nie ma przecież…

Czasem bywa tak, że przylatuje wiatr i ten śnieg rozdmuchuje. Trochę brutalnie, ale odsłania całkiem bezboleśnie rzeczywistość. Ale nie jest to opcja najpopularniejsza i jakoś tak matka natura niechętnie funduje ten rodzaj przedstawienia. Przeważnie przychodzi odwilż. I zaczyna się zabawa…

Oj, można ugrzęznąć w błocie, gdy się tę zimę tak ukochało. Odsłaniają się mało atrakcyjne widoki, godzą w oczy. Nie chce się tego oglądać, co to, to nie. Lepiej żyć iluzją i wyobrażać sobie dalej, snuć marzenia, jakie intrygujące jest wnętrze pod tą powierzchnią. A tu klapa. Znaczy chlapa.