Śruba o połysku metalicznym, nakrętka tej samej barwy. Wielkości pozornie podobne, powinno pasować. Powinno…

Idealne połączenie? Śruba, podkładka i nakrętka. Producent ten sam, typ i kolor ten sam. Wszędzie się to podpasuje, a związek, jaki ze sobą stworzy nie będzie raził zmysłu wzroku, a także przetrzyma i podtrzyma wszystkie elementy stanowiące obciążenia. Ale nie ma tak łatwo… Bądź tu mądry i znajdź w tym bałaganie pasujące do siebie elementy…

Otoczenie to istny warsztat. Śrubki, nakrętki- wszystko wymieszane. Podkładki gdzieś tam na spodzie, nie chce się szukać. Na lenia, z braku czasu i hałasu, który otacza, z którego chce się jak najszybciej wydostać, chwyta się pierwsze lepsze łączniki i próbuje się dopasować. Żadnych przymiarek, żadnych wcześniejszych wierceń. A potem dziury. W pamięci, w psychice, a nawet w ciele.

Idealnie, gdy bez pośpiechu grzebie się w tych śrubkach. Można każdej się dokładnie przyjrzeć, ocenić jakość i stan zużycia, potem przystąpić do dopasowywania. Nic na siłę. Jak nie wchodzi, wycofanie, trzeba próbować dalej. Podkładka, żeby jedno drugiego nie uszkodziło, taka poduszka powietrzna między elementami. Tyle, że płaska i ściśle do nich przylegająca. I może tak spokojnie sobie być zmontowane aż do zardzewienia…

Najbardziej niekomfortowo, jak nakrętka za mała/ śrubka za duża. Nie dość, że trzeba się namocować, aby to złączyć, to jeszcze później problem z odkręceniem. Kombinerki, klucze, inne pośrednie personifikacje pomocnych dłoni, w końcu rozwala się to na dwie części. Bies się cieszy, bo nakrętka już nigdy nie będzie tak atrakcyjna fizycznie, jak przed montażem. Ba, może nawet w środku te kanelury sobie uszkodziła i tym bardziej trudno będzie znaleźć odpowiednią śrubę. Zakres pasujących potencjalnie śrub znacznie się zmniejsza…

Może też się tak zdarzyć, że różnica w wielkościach elementów będzie tak duża, że ich połączenie będzie działało na zasadzie obrazka danego umarłemu. Owszem, będzie się to trzymać, o ile się tego nie ruszy i nie wzruszy. Zero stabilizacji, wszystko odpada i się gubi…

Można jeszcze na nity, popularny sposób swatania w średniowieczu i w wielu krajach arabskich (i innych, gdzie cywilizacja szczątkowa). To rozerwać- powodzenia. I nie ma się nic do gadania- pod nitownicę, zatrzask, mamy ślicznie wyglądający element. Do stanu pierwotnego to już na pewno się tego nie doprowadzi, a nawet jeśli jakimś cudem uda się oderwać nit od elementu, to na ogół do niczego już się nie nadaje. Tylko pod kamienie.

Gwóźdź programu. Ten to bez pytania. Młotkiem w deskę, bez żadnego uprzedzenia. Po prostu się wbija i uszkadza nawierzchnię. Pewnie, że to się trzyma, jedno drugiego. Pewnie, że jest dopasowane. Ale gwóźdź to taki pasożyt… A gdy się go wyciągnie, można naprostować i użyć jeszcze raz. Z deską nieco gorzej. Niby można dziurkę zakleić, ale jednak materiał wypełnienia będzie się różnił od pierwotnego…

.

.

.

A teraz pytanie za 100 punktów: co mi się tak mordka ostatnio zaciesza? ;D