Jak nie drzwiami, to oknem. A co! Tylko jedno małe „ale”- pewnie ten sam producent stolarki… A skoro drzwi zamknięte, to do końca nie wiadomo, co za nimi jest…

Puk-puk. No niby ktoś do tych drzwi podchodzi. Zagląda do judasza, uchyla lekko. Przedstawiasz się, miła pogawędka, i nagle- ni z gruchy, ni z pietruchy, łup. Marylin Monroe mówiła, że woli mieć złamane serce, aniżeli nos. Ja też, raz już miałam połamany, bolało. A kompleksy leczyłam przez lata. Ale nie o tym. Stoi się pod tymi drzwiami, nie rozumiejąc reakcji mieszkańca. Znowu się uchylają, akurat, gdy się zawraca. Znowu miła pogawędka w progu i… bum! Drzwi znowu się zatrzasnęły. Kilka takich rytuałów, następuje głupienie.

Przerwa, czas odetchnąć świeżym powietrzem. Galop na dół, kilka pośliźnięć na schodach. Zobaczymy tam przez okno. Lornetka… Nie, ballady i romanse to to nie są… Jak już to Harlequiny i pornosy… Fuj… Oj, jakże chciałoby się tam granat wrzucić, albo coś innego, równie wybuchowego… No, ale w pewnym momencie drzwi otwierają się na oścież.  Mało tego- jest zaproszenie specjalne, na piśmie! Pomimo niesmaku wspinaczka na piętro. Już pod drzwiami, widzi się bałagan i… drzwi zatrzaskują się z hukiem. O nie, tym razem nie wypada sobie podarować. Dzwoni się do tych drzwi, dzwoni… Słychać, jak mieszkaniec potyka się o swój bałagan. Ale stoi się jak ten głupek. Ostatnie huknięcie w drewno, buziaczek w klamkę i tył zwrot. A w tym tyle… Drzwi na oścież, ktoś zaprasza!

Wchodzi się, siada ze zmęczenia i zdziwienia… Jak to? O co tyle szumu było?

A tamte drzwi… A co to kogo już teraz obchodzi? Niech sobie wietrzy swój smrodek, który narobił… Oczywiście można jeszcze się zezwierzęcić i narobić na wycieraczkę. Tylko po co? I tak pewnie nie ogarnia tego swojego bajzlu w środku. I tak już mu tam pewnie coś się zalęgło. Zresztą, zawracając można w swoje własne coś wdepnąć. Szkoda zachodu…