Podarunek Poniedziałek, Sty 31 2011 

Dziki przyniósł mi Cię wiatr

W cichej pustce echo wniósł

O melodii Twego głosu

Jakby anioł z nieba spadł

Żeby w zagubieniu mógł

Na swych skrzydłach mnie unosić

I polecieć w lepszy świat

Gdzie nie sięga wzrok zawistny

Ani gorycz cudzych słów

W dłoni Twojej kwiat

A w nim czas jest przyszły

Który chcesz mi dać

 

Ucieczka I Niedziela, Sty 30 2011 

Nie pamiętała, co się stało. Obudziła się w jakimś pomieszczeniu. Ściany były obdarte, na kawałkach gołych murów jakieś niewyraźne graffiti. Było strasznie zimno, ona siedziała bosa.

Wstała. Wyjrzała przez okno. Ościeżnica była obdarta, szyby mocno zabrudzone. Podeszła do drzwi, chwyciła za zardzewiałą klamkę. Zamknięte. Wyjęła wsuwkę ze swoich długich, rozczochranych blond włosów. Przyklęknęła przy drzwiach i zaczęła nią poruszać w zamku. Po kilu minutach udało się jej otworzyć.

Była w jakimś opuszczonym budynku. Na korytarzu strasznie śmierdziało, trochę stęchlizną, trochę moczem. W oddali przebiegł szczur. Szła ostrożnie przed siebie. Korytarz był długi i obskurny. Z sufitu wystawały kawałki desek. Doszła do końca korytarza, skręciła w lewo. Na wprost były schody, zabezpieczone kratą. Metal był mocno zardzewiały, a samo zabezpieczenie dość liche. Zeszła w dół, do piwnicy. Ta wydawała się nie mieć końca.

Kolebkowe, murowane sklepienie i małe okna wzbudzały tylko dodatkowo w niej grozę, ale nie poddawała się, szła przed siebie. Co chwilę drogę przebiegały jej szczury. W pewnym momencie natknęła się na wielkie, świecące oczy. W kącie siedział skulony pies. Był bardzo wychudzony i skomlał. Podeszła do niego. Jej błękitne oczy na chwilę znalazły się na tej samej wysokości, co wielkie psie gały. Pies zerwał się i uciekł. Wiedziała, że to jej jedyna szansa i nie może się wycofać.

Chwyciła kawałek deski. Rozejrzała się dookoła. Odsunęła lekko i z całej siły uderzyła nią w okno. W obawie, że ktoś mógł usłyszeć dźwięk tłuczonego szkła, czym prędzej podskoczyła i chwyciła za obramowanie. Kawałek wystającego szkła rozciął jej dłoń. Otwór był niewielki, ale ona sama była bardzo szczupła i zmieściła się w nim. Rozpaczliwie podciągała się, aż w końcu udało jej się przepchać.

Na zewnątrz było pełno śniegu. Krajobraz przeraził ją. Była w jakichś opuszczonych ruinach. Podniosła się, rozejrzała dookoła. Było ciemno. Wiedziała, że jest w jakiejś opuszczonej dzielnicy. Na śniegu widniały już czerwone plamy z kapiącej z jej rozciętej ręki krwi. Zerwała się i zaczęła biec przed siebie. Nie miała kompletnie pojęcia, czego może się spodziewać.

Dobiegła do płotu, zaczęła słyszeć jakieś niskie ludzkie głosy. Płot był betonowy, na górze miał resztki kolczastego drutu. Wiedziała, że musi zaryzykować, od tego zależy jej życie. Pomimo odmarzniętych już stóp, rozpaczliwie zaczęła się wspinać po obiekcie. Wkładała dłonie w szczeliny między kamiennymi płytami. Po drugiej stronie były krzaki.

-Ucieka!- usłyszała męski krzyk.

Zamknęła oczy i skoczyła.

Ciąg dalszy nastąpi…

Kamienie wspomnień Piątek, Sty 28 2011 

Budujesz swój świat. Na fundamentach z poglądów narzucanych przez otoczenie, cegiełka po cegiełce doświadczeń, stawiasz obiekt. Czas jest zaprawą… W pewnym obmurujesz się tak, że nie widać cię już w ogóle… Masz takie jedno okienko, przez które każdy może zobaczyć tylko to, na co pozwolisz…

Tkwisz w tej twierdzy, masz ochotę wyjść. Ale mimowolnie się alienujesz, paraliżuje cię strach. Próbowałaś- ktoś tylko rzucił w ciebie kolejną cegłą, którą budowałaś swoją fortecę. Chciałaś żyć inaczej, ale paniczny lęk przed oddaleniem się…

Wyszłaś. Uśmiechnęłaś się. Uwierzyłaś w kilka kłamstw. Skąd mogłaś wiedzieć, że ktoś po prostu miał ochotę się zabawić? Zbyt długo tkwiłaś osamotniona, żeby wiedzieć, że ktoś może cię oszukać.

Pamiętałaś, byłaś olewana. Milczałaś…

Dobrowolnie, jako kompletny wrak człowieka zapukałam do drzwi. Płacę, aby ktoś pomógł rozwalić tę twierdzę. To nie jest planowane wyburzenie- dynamit i nie ma. Bum. Nie. Najpierw dach mojego schronienia. A gdy zaczął padać deszcz, to prosto na mnie. Bałam się go, teraz nie miałam już innego wyjścia, jak go doświadczyć. Potem ściany poszczególnych kondygnacji. Nie dość, że opady atmosferyczne, to i jeszcze wiatr, bo przegród nie ma, aby chronić… Czas na fundamenty…

Jestem mentalnie bezdomna. Widzę tylko ruiny swojej psychiki. Wiem, że muszę coś zrobić z gruzem. Wiem, że muszę od nowa zbudować sobie schronienie. Ale najpierw starannie je zaprojektować, zgodnie z własnymi normami.

Na zewnątrz nie jest tak źle, jak myślałam. Całkiem mi się tutaj podoba. Trochę czuję się samotna, ale na pewno mniej, aniżeli siedząc w tej wieży.

Wiem, że pewnie nigdy nie usłyszę słowa przepraszam od wielu osób. Wiem, że niektórzy nigdy się nie zmienią. I wiem też, że nie jestem winna czyichś dziwnych poglądów, zachowań, nabytego chamstwa…

Pewnie niejednej osobie dam jeszcze szansę, jeśli będzie potrafiła się przyznać i wyrazić skruchę. Już kilka takich postaci na nowo zawitało w moim życiu…

Życie nauczyło mnie egoizmu. Nie mam już ochoty uchylać nieba osobom, które na to nie zasługują, a później obrywać piorunami z chmur. Dlaczego ja mam pamiętać o kimś, kto nie pamięta o mnie? Dlaczego mam być miła dla kogoś, kto jest chamski dla mnie? Dlaczego mam się starać o kogoś, kto nie stara się o mnie? Dlaczego ktoś ma podejmować za mnie decyzje, skoro nie umrze za mnie?…

Olivka Środa, Sty 26 2011 

 

A3, ołówek

Przedstawienie wariatki Środa, Sty 26 2011 

Przedstawienie dobiegło końca. Widzowie wyszli z Sali. Oklaski.

Była komedia, był romans. Scenariusz pisany przez dwie osoby. Niektóre kwestie pokrywające się, inne kompletnie odbiegające od siebie. Chciałoby się, aby były nieoczekiwane zwroty akcji, jednak wszystko przewidywalne do bólu.

Aktorzy z łapanki. Nie było żadnych castingów. Przez przypadek główne role powierzone dwóm wariatom. Wariatka wierna do bólu, emocjonalna. Wariat bawidamek, myślący niekoniecznie narządem pod pokrywą czaszki. Wariatka czekała, wariat dmuchał na zimne i gorące, dymał powietrzem i innymi substancjami.

Zaczęło się pięknie. Mógł być happy end. Happy nie był, ale end w końcu jest. I chociaż telenowela, to jednak bardziej korzeniami w południowej Ameryce. Żaden klan, żadna inna mdła, operowa produkcja, która końca nie ma. Skończyło się na tragedii.

Bohater tragiczny. Cokolwiek by nie zrobił i tak będzie źle. Dlatego wydaje oświadczenie. Wyrzuca wszystkie niedopowiedzenia, wszystko, co kumulował poza scenariuszem. Już mu wszystko jedno. Skoro to i tak end, to co się będzie szczypał. Jak już kończyć, to z pompą.

Są recenzje. Opowieść zdawała się być przewidywalna. Sęk w tym, że główną rolę grała wariatka. I nie byłaby sobą, gdyby chociaż na koniec czegoś od siebie nie dodała.

Trwają castingi. Nie, główna bohaterka jeszcze nie jest jakoś specjalnie ułożona od środka. Ale ma nauczkę. Nie będzie już więcej żadnych scenariuszy pisać. Będzie improwizować. Nie będzie już nikogo zaczepiać i obsadzać w swoim przedstawieniu. Kto chce, niech przychodzi na casting. Albo przejdzie, albo nie.

Kręcą się po planie, różnorakie gagi z prób. A właściwie z przedpremiery. Co się na premierze będzie działo, to już życie pokaże…

Śpiąca królewna Sobota, Sty 22 2011 

Z królewny miała tyle, co woźna z dyrektora. Ale traktował ją jak królewnę, co było krokiem w stronę archetypu księcia. A księciem to on nie był, co jedynie frajerem, jakich wiele. Ale że to bajka o królewnie, co się nałykała środków psychoaktywnych z powietrza, w którym wędrowały słodkie słówka prowizorycznego księcia, przyjąć należy odpowiednio dostojną i patetyczną oprawę.

To było wcale nie tak dawno temu i wcale nie tak daleko. Nie jest to historia ani nowa, ani jakaś specjalnie wyjątkowa, acz zapewne Freud by się nią zainteresował. Była sobie kobieta, młoda, nawet ładna, nawet zgrabna. Całkiem inteligentna, ale z jakimiś tam wadami, żeby nie trącić o marysuizm. Był sobie mężczyzna, a raczej dziecko wyrośnięte, co kobietę ową chciał, jak student sesję, zaliczyć, acz z wynikiem na teście (na dziecko) negatywnym.

Samica wcale samcem zainteresowana specjalnie nie była. Ale samiec, jak to przedstawiciel swojego rodzaju, obrał sobie właśnie tę samicę jako cel. Słodził, ściemniał, kręcił, mącił, aż w końcu jej psychika zawirowała wokół jego wyimaginowanej osobowości. Wyimaginowanej, bowiem kiedy fenyloetyoamina pobudza gruczoły dokrewne do produkcji hormonów takich jak serotonina, noradrenalina, dopamina i endorfiny, to obiekt ją wywołujący widziany jest w naprawdę skrzywionym zwierciadle. Sęk w tym, że to lustereczko swoją krzywizną wyrównuje zakrzywienia danej osoby. A gdy pęknie… to już inna bajka, o Królowej Śniegu, a przecież zajmujemy się tą śpiącą laską.

Oczarował tę królewnę, tak i ją traktował, słodził, wiersze płodził, po czym szpilę w bok poprzez skok w tę samą stronę wbił biednej dziewczynie. Ale że ściemniać potrafił, czujność jej uśpił. Wyruszył na wojnę, a ta, jak w średniowieczu, czekała na swego nieudolnego ukochanego. A na wojnie, jak na wojnie- nie można walczyć cały czas. Łupy się zdobywa, łupami się chwali. Że te łupy niespodzianki w postaci chorób wenerycznych mogą mieć, to już dodatek, o którym w bajkach się nie wspomina. Na wojnie walczy się o porządek, a więc akcja rozgrywa się w konkretnym bałaganie, by nie rzec: w burdelu. A burdel- to wiadomo, smak ryzyka, trochę zabawy, przejawianie pierwotnych instynktów. Płaci- dostaje. Funduje- ma na jakiś czas.

Tymczasem królewna słodko sobie śpi. Z zewnątrz napływają jakieś informacje. Gołębie pocztowe dawno już do lamusa odfrunęły, teraz to facebook głównym źródłem informacji. Zaczyna się koszmar, tylko Freddiego Krugera brakuje. A w zasadzie to i się pojawia, tylko zamiast noży na palcach jakieś takie nieudolne tipsy własnej roboty ma. Rycerz dzielnie dryfuje przez świat z tym Freddiem, dołączając świeże fotki, niech znajomi widzą. Ale Freddie to potworek, nie pedofil, acz też ma za uszami… rogi. A właściwie przyprawia je i chwilę później już fotki z kolejnym rycerzem wrzuca. Oh, jak miło. A książę? Książę z podkulonym ogonem, którym wymachiwał tak dzielnie niczym mieczem w tych wojowniczych wyprawach, powraca. Oczywiście zapomniał o wszystkich danym wcześniej obietnicach, zapomniał, jak wojował. Książę cierpi na młodzieńczego Alzheimera. Na krótko śpiewa kołysankę, znowu usypia czujność. Ale, że durny, że aż słów nawet najbardziej wygadanemu brak, to sam pod sobą doły kopie. Halo, księciuniu! Wojna się skończyła, a ty w okopach siedzisz? Oj, sumienia tak nie zakopiesz. Z tych okopów granat rzuca. Podobne granaty na chodnikach, gdzie właściciele czworonogów wyprowadzają, bo ciężko w jakieś mniej uczęszczane miejsce iść. I smrodek królewnę budzi…

Taniec we śnie Sobota, Sty 22 2011 

W masce z marzeń

Do tańca poprosił

Tęczówkami z wyobrażeń

Ozdobione szklane miał oczy

Powieki z gipsu

I uśmiech odlany

Rękę do twarzy mojej przytknął

W miejscu przystanął

Niczym figurka z porcelany

.

A orkiestra walca grała

W następnym tangu obiecał prowadzić

Chociaż nie chciałam

Pozwoliłam słowom się zwadzić

.

Minęło pół nocy

Sen dobiegał końca

Inni tancerze ochoczo

Przed wschodem słońca

Do tańca namawiali

Już nawet bez maski

Z prawdziwymi twarzami

Wkupić się chcieli w skromne moje łaski

.

Już kapela gra utwór końcowy

Tango z nutą żałoby

Pan w masce pannę zabawia rozmową

Choć mnie ma za sobą

Już pora na przebudzenie

Ze snu pięknego koszmar

Już słońca budzą mnie promienie

Tymczasem pannę tę poznał

I chwyta mnie znów za rękę

Pani pozwoli

Nie zapomnę więcej

I prowadzi powoli

Lecz zaczepia inne tańczące

Nad parkietem unosi się mgła

Powietrze duszne gorące

W koszmarze znów trwam

.

Pozwól pozwól mi się już obudzić

Nie chcę przespać tych lat

To nie mój sen bym się w nim miała trudzić

Twój smutek orkiestra gra

Nie dam się więcej prowadzić

Gdy wymyślasz kroki

Gubię się w nich i zanim

Zapamiętam twoje te skoki

Zmieniasz scenariusz

Swojej ballady

Przestań już

Mnie w niej obsadzać

 

Prawdy Sobota, Sty 22 2011 

Ile ludzi tyle prawd

Każdy z nich swą własną ma

Więcej wiedzieć o mnie chcesz

Lecz ocierasz się o mgłę

.

Pytasz wyobraźni swej i innych

Już mnie nienawidzisz

I nie szukaj winnych

Ślepy jesteś

Nic nie widzisz

.

Idziesz za wygodą

Bo tak trudno porozmawiać

Łatwiej czyjąś dążyć drogą

Czyjąś myśl rozsławiać

.

Widzisz tylko co na zewnątrz

A tu uśmiech emanuje

Spokój żart też czasem

A tam wewnątrz

W głowie się kotłuje

Między ciszą a hałasem

Kot Wtorek, Sty 18 2011 

Siedziała na łóżku pośród sterty porozrzucanych kartek. Na jednej z nich lekko kreśliła ołówkiem zarys jesiennego krajobrazu. Usiadł obok niej i zaczął się wpatrywać w kolejne kreski. Gdy jej ręka tak tańczyła częściowo podparta o ten mały patyczek z grafitem w środku, położył łapkę na skrawku szkicu. Jakby chciał zaznaczyć swoją obecność.

Popatrzyła na niego. Wesoło potrząsnął główką, poruszał uchem. Hej, nie martw się, zawsze masz mnie, mówiły jego wielkie, jasnozielone oczy. Uśmiechnęła się, podrapała go po karku. Zaczął z siebie wydobywać kojący, warczący dźwięk, wyprostował łapy i otarł mordką jej dłoń.

Lubiła się budzić obok niego. Zazwyczaj spał obok zwinięty w kulkę. Najpierw otwierał jedno oko i się wpatrywał, potem szedł za nią do kuchni i towarzyszył przy porannej kawie. Nie wyciągał się jak normalny kot, napinając grzbiet do góry- z wielką gracją, przy każdym kroku, wyciągał kolejną łapkę i prostował ją w powietrzu. Ten widok każdego poranka wywoływał na jej twarzy uśmiech.

Nie był jej- to ona była jego. Wiedziała, że chociaż ma różne nastroje, to i tak jej nigdy nie zostawi. Ludzie przychodzili i odchodzili- on był zawsze przy niej. Wiedziała, że gdy będzie jej smutno, przyjdzie, usiądzie obok i pocieszy. Że gdy będzie się cieszyć, on wesoło będzie skakał i biegał po mieszkaniu. A gdy ułoży się do snu, przyjdzie i wtuli swoje pręgowane futerko w jej ciało.

On rozumiał jej pasje, nigdy jakoś specjalnie się w nie nie wtrącał. Siadał obok, gdy malowała i przyglądał się, jak snuje pędzlem przy płótnie. Nawet czasami pomagał, wkładając łapkę w farbę rozprowadzoną na palecie. Gdy pisała, wiernie jej towarzyszył i kibicował. Gdy projektowała, siedział na biurku obok klawiatury, w końcu zasypiał. Ale był przy niej i to się liczyło.

Był niezwykłym indywidualistą, ale przede wszystkim wierną osobowością. Koty nie są fałszywe, koty po prostu mają swój charakter i wyczuwają ludzi. I chociaż czasami się obrażają, to zawsze wybaczają, jeśli poszło o drobnostkę. Chodzą własnymi drogami, ale tak naprawdę lubią mieć jakiegoś towarzysza, do którego będzie można zamiauknąć, gdy milczenie zacznie ciążyć.

Czuła się dla niego ważna. Cieszyła się, gdy okazywał swoją wdzięczność za pełną miseczkę, gdy koił jej smutek cichym mruczeniem i gdy swoim psoceniem przerywał melancholię.  Nie oceniał ani jej, ani jej postępowania. Po prostu był obok. Była z nim powiązana tak silną więzią emocjonalną, jak z żadnym człowiekiem. Ale w końcu on nie był człowiekiem- był tylko i aż kotem…

Rozmowy w kuchni 1 Wtorek, Sty 18 2011 

Marta była jakby nieobecna. Owszem, kontaktowała bez żadnych przerw w dostawie prądu z mózgu, żadnych zakłóceń, skoków napięcia… Po prostu nie Marta. Nie żywe srebro, które błyskało co chwilę w innym miejscu i wydawało odgłosu stłuczenia jakiegoś przedmiotu. Zdystansowana, zrównoważona, trochę melancholijna.

Siedziała w kuchni i w skupieniu obierała zielone jabłko, przyglądając się owocowej serpentynie, która powstawała.

-Marta- zagadał Krzysiek, wchodząc do pomieszczenia. –Zaczynam się o ciebie obawiać.

Zatrzymała wbity nóż w miąższu, podniosła brązowe oczy.

-Ale o co chodzi?- spytała.

-Jesteś jakaś… – zaczął.- Jakaś taka…

-Jaka?- wtrąciła mu się w słowo.

-No nie wiem. Po prostu dziwna. –ocenił.- Jesteś za spokojna, jakby bez emocji.

Usiadł naprzeciwko niej, przy małym, nieco zdezolowanym stolikiem. Pierwszą czynnością, przy wprowadzeniu się do mieszkania, wszyscy jednogłośnie wyrzucili wszystkie te ohydne ceraty. Student może i nie za bogaty, ale w jakichś warunkach egzystować winien.

-Znasz to uczucie?- zamyśliła się na chwilę.- Zakochujesz się. Targają tobą wszystkie możliwe emocje. Gdy widzisz tę osobę, dzieje się z twoim ciałem coś dziwnego. Przechodzi ciepło po wszystkich narządach, serce bije ci szybciej, nogi i ręce drżą, nie jesteś w stanie z siebie wydusić słowa… Nic o niej nie wiesz, ba, nawet wcześniej ci się w ogóle nie podobała.

-Z autopsji nie- rzucił. –Ale jak na ciebie patrzałem, jak się męczyłaś…

-A później, gdy druga osoba to już wie- kontynuowała, -zaczyna traktować cię z góry. Pokazywać ci, że tobą włada, gra na twoich emocjach. Kochasz i zaczynasz nienawidzić. Ostentacyjnie zapomina o twoich urodzinach, choć ty o niej pamiętałeś w taki dzień. Ale każdej innej osobie życzy wszystkiego najlepszego. Dla każdego jest miła, dla ciebie chamska. A potem nic nie pamięta. Przy znajomych udaje, że cię nie zna, potrafi cię wyśmiać, gdy się do niej odezwiesz i dogryzać, że przecież to ty udajesz, że jej nie znasz. Pokazuje ci, że może mieć każdą, a gdy ta „każda” kopie ją w tyłek, wraca sobie jak gdyby nigdy nic i znowu zaczyna jakąś chorą gierkę.

-Marta, ja ci mówiłem, że Adam to kretyn.

Marta uśmiechnęła się lekko i zaczęła bawić skórką od jabłka. Jej wewnętrzna część zaczynała już powoli zmieniać kolor na ciemniejszy.

-W pewnym momencie kompletnie się załamujesz i pytasz się, o co jej chodzi. Wymija się, omija tematy. Wiesz jak to boli?

Krzysiek milczał, wpatrywał się w małą posturę z owocem.

-I wiesz co? Przychodzi taki dzień, że nic kompletnie nie czujesz. Patrzysz na to wszystko z dystansem. Ta osoba już nie jest taka idealna, jak ci się wydaje. Jej wszelkie bolesne teksty nie są ani raniące, ani śmieszne. Po prostu są. Jest ci to obojętne. Wreszcie dostrzegasz jej wady, ale jakoś nie wywołują już u ciebie żadnych emocji.

-Marcia, wiesz przecież, że jesteś zbyt wartościową dziewczyną…

Uśmiechnęła się, tym razem szerzej. Pomiędzy pełnymi ustami zalśniły równe zęby.

-Wiem- przytaknęła. –Wiem, Krzysiu. Nareszcie to zrozumiałam. I po prostu zobojętniałam. Po prostu ktoś, do kogoś kiedyś czułeś taką falę emocji, ktoś, przy kimś nie potrafiłeś się zdystansować, ktoś, przy kimś nie byłeś sobą, jest dla ciebie nagle zwykłym przechodniem, który po prostu gdzieś tam sobie idzie. I już nie obchodzi cię, gdzie i dokąd. Nie obchodzi cię, czyim tak naprawdę zdaniem się kieruje. Nie obchodzi cię jego niezrównoważenie i niezdecydowanie. Masz gdzieś jego problemy, nie chcesz już mu na siłę pomagać. Po prostu odnajdujesz siebie…

Marylin Monroe 3 Sobota, Sty 15 2011 

Och… O cholera! 4 Sobota, Sty 15 2011 

-Będziesz czekać? –spytał spokojnym, nieco tajemniczym głosem.

Chwilę milczała i patrzyła mu w oczy.

-A co jeśli…- tutaj wzięła głęboki oddech.- A co jeśli nie?

Takiej odpowiedzi się nie spodziewał. Spojrzał na jej pełne smutku zielone oczy. Na pełnych policzkach malował się blady rumieniec.

-Dlaczego miałabyś nie czekać?

Wpatrywała się w niego. Nastoletnia miłostka u progu dorosłości. Jeszcze będą takich dziesiątki. Dzisiaj on jest idealny, jutro będzie ktoś inny. Jutro on będzie daleko. Pojutrze ona w świat wyruszy. A ona już się nauczyła, że jeśli coś odchodzi, to znaczy, że tak miało być i trzeba się z tą swoistą stratą pogodzić.

-Matylda?

Nie, nie będzie czekać. Rzuci się w niepewny bieg wydarzeń, niewiadome jutro, przygodę. On zaczyna nowy rozdział, zamykając tym samym kolejną opowieść w pamiętniku tej młodej kobiety. Nie to, że niczego nie czuła, bynajmniej. Nie stracił dla niej na wartości, dalej był częścią jej. Ale codziennie jakaś część się odrywa, by mogła dopasować się w to miejsce nowa. Kolej rzeczy, o której Matylda doskonale wiedziała i już od dawna nie próbowała walczyć.

-Bo i tak nie wrócisz- odparła.

-A czy kiedyś nie wróciłem?- spytał.

-A czy kiedyś mnie zostawiłeś?- zadała retoryczne pytanie.- Ty tam, ja tutaj. Na odległość żyje się w innej przestrzeni. Nie będę, przepraszam.

Odwróciła się i poszła w swoją stronę. Dylematy o pozostawaniu w miejscu, przy konkretnych osobach zostawiła sobie na kolejne dziesięciolecia, kiedy zegar biologiczny będzie tykać niczym ten w bombie, tylko to będzie ładunek estrogenowy. A kolejne lata przyjdą szybciej, aniżeli mogłoby się to wydawać. Nie miała zamiaru ich marnować na czekanie. Trudno, myślała, trochę poboli, wygoi się i przestanie. A życie ma się tylko jedno.

Minął wrzesień, zaczęły spadać ostatnie liście. W tym roku jesień przyszła wyjątkowo wcześnie, jakby chciała szybciej zakończyć upalne lato. Złote liście mieszały się z błotem. A kiedy drzewa już prawie wyłysiały, Adam wyjechał. Nie, nie była to niewiadomo jaka odległość…

Pisali do siebie jeszcze jakiś czas. Nagle w mężczyźnie obudził się poeta, przyrównujący jej włosy do kolorów jesieni. Nie znała go od tej strony i jakoś wcale jej się to nie podobało. To znaczy, jak najbardziej, jako typowa kobieta uwielbiała takie romantyczne wątki, ale… to zwyczajnie nie był ten Adam, którego znała. Tamten był wesoły, żył na kompletnym luzie, nikogo nie udawał i zawsze dopinał swojego. Owszem, czasem bywał arogancki, czasem  kąsał słowem, ale właśnie takiego go ubóstwiała.

Odległość zmienia ludzi. A właściwie zmienia ich postrzeganie. Widać tylko ucinek, parę klatek z filmu. Na ogół są to te pozytywne wątki. Kreuje się postać, przyodziewa maskę na to przedstawienie, siada na widowni i obserwuje perfekcyjną aktorską improwizację. Bo to gra jest bez scenariusza, to życie zmusza…

No i głosujemy! :) Piątek, Sty 14 2011 

Wysyłamy sesemeska o treści G00575 na numer 7122 😀 Koszt to złotówka i 23 grosze, które będą częścią dofinansowania turnusów rehabilitacyjnych dla osób niepełnosprawnych. Można wysłać jednego esemeska. Kochani, głosujemy! 🙂

Lanie wody Piątek, Sty 14 2011 

Sody trochę za dużo, zbyt zasadowo się zrobiło, bąbelki uderzyły w punkt najczulszy. Mózg z substancji nieco plazmatycznej przerodził się w związek wodoru i tlenu. I leje nim ten, kto głowy tej właścicielem, na prawo i lewo…

Lanie wody to niebezpieczna czynność. W końcu życiodajny płyn to substancja, która występuje w trzech stanach fizycznym. Mała kałuża szybko wyparuje i pójdzie w eter. W nieco większej można zwyczajnie popłynąć. Albo zmiesza się to z ziemią i jak prosiak w błotku taplać się przyjdzie. Gdy jej za dużo- nie sztuką jest się utopić, zwłaszcza, gdy jej poziom sięgnie jakiegoś wścibskiego nosa. A jak chwyci mróz, to i pośliznąć się można. Owszem, jakiś czas wiruje się taniec towarzyski, czy też indywidualny, jak w łyżwiarstwie figurowym, ale tutaj potrzebna jest kondycja. A lód twardy, przy upadku część z dziurą do wypróżniania organizmu potłuczona. Inne części częściowo, bądź też całościowo także. I stąpanie po takim lodzi to wyczyn dla zawodowców. Wbrew pozorom jest on niezwykle cienki, a jak wody za dużo pod nim, to kąpiel w przeręblu gwarantowana. Dla morsów i innych ssaków morskich- czemu nie. Homo sapiens bynajmniej takowym nie jest.

Czasem leje, jak ciepły letni deszcz. Jak krem nivea łagodzi podrażnienia i wygładza chropowatą rzeczywistość. Piękny, romantyczny, uroczy. Ale o-oł. Awaria. Brak ciepłej wody. Kubeł lodowatego płynu z zanieczyszczeniami prosto na głowę. Niezbyt rozkoszne to doznanie. Ale nie ma to jak zimny prysznic- cóż lepszego na orzeźwienie uśpionej słodkim kłamstwem czujności, jak nie roznegliżowana prawda?

To nie śmigus- dyngus. A ten z kolei prima aprilisem nie jest. Nikt nie leje tutaj poświęconą w Wielkanoc wodą. W wodzie tej bakterie, roztocza , zarazki i cała tablica Mendelejewa. Środki chemiczne mają na celu poprawienie walorów smakowych. Łatwo się tym zachłysnąć i rozkoszować smakiem przez dłuższą chwilę. Ulepszacze działają czasowo. A gdy się płyn ten dawkuje w nadmiarze, a w tym wszystko szkodzi, łatwo się zakrztusić i wypluć z siebie cały ten życiodajny inaczej roztwór. Konserwanty w pewnym momencie wywołują odruch wymiotny i/lub biegunkę. A zatrzymać te reakcje obronne organizmu jakoś by wypadało (z pomocą nadchodzi węgiel, by zamazać prawdę i zatrzymać się jej rozprzestrzenianie).

Łatwo się taką wodą zalać. W nieboszczyka, zombie i inne straszydło. W zasadzie wywołuje reakcje podobne jak alkohol, ma zbliżone działania. Najpierw amok, zamazany światopogląd, potem, w czasie suszy język suchy i boli, bardzo boli… Bo z głowy wypłynął ten mózg w formie płynnej…

.

Ludzie, dawajcie głupsze opisy na gg, dla mnie to inspiracja! 😀

 

Och… O cholera! 3 Piątek, Sty 14 2011 

z serii opowiadania studenckie 😉

Wspomnienie roku pierwszego. Taki sentyment, gdy tytuł inżyniera niedługa przyświecać będzie zacnie przed godnością naszą… Człek nieświadomy taki jeszcze był. Rozdziewiczenie. Pierwsza rzeź niewiniątek, kolokwium, jakże to się przeżywało! Rozkosz w zwątpieniu, strach, przyspieszony puls… Pełna chemia, choć nie nasz to kierunek.

Takiemu podrostkowi, co sięga już nieco wyżej niż źdźbła trawy przydomowego trawnika i co ten trawnik widzi raz na jakiś (nieco dłuższy) czas (by ponabierać wałówki w słoikach roboty kochanej mamusi), to nieco wolność uderza w centralny układ nerwowy. Chce się bawić! Nie ma smyczy! Nikt kagańca nosić nie każe!

Idzie to na pierwsze balety. O tak, pamiętam je doskonale. Poznałam takiego kolegę o wysokim poziomie intelektualnym, znacznie niższym levelu kulturalnym. Wymiana zdań, formułowanie argumentów, wygrana bitwa słowna, o zgrozo (dla niego), przy jego szanownych towarzyszach, również samcach. My, dzielne samice… I druga impreza, gdy na parkiecie wiłyśmy się z gracą żmij pełzających po terenie piaszczystym.

-Tomek za tobą- poinformowała Paulina, ówczesna ma współlokatorka.

Wzruszam ramionami, gestem, by jak najbardziej zalotnie z tyłu wyglądać, wnętrzności gotują się mi i smażą, oczy z wściekłości z orbit wyłażą.

-Matylda…- chwyta mnie za ramię Tomasz.

Nieco wyższy, emanujący pozornym urokiem osobistym, zadufany w sobie, egocentryczny, o wybujałym ego, początkującej łysinie. Brązowe włosy na żel, uśmieszek od ucha do ucha, jednak mimika jego okrągłej twarzy zdradza nutę fałszywości. Mięśnie w okolicach kości policzkowych jakby nienapięte, zielone oczy bez wyrazu.

-Spadaj- rzucam na odczepnego.

-Matylda, słuchaj- nie daje za wygraną.

-Spadaj- ponawiam polecenie. –Ślepy jesteś? Trzeźwa jestem.

-Matylda- ten znowu swoje. –Słuchaj, głupi wyszło ostatnio…

-Czy ty naprawdę jesteś ślepy?- pytam już z dużą dawką arogancji.- Jestem TRZEŹWA i nie będę z tobą konwersować.

-Matylda, chodź na drina, pogadamy…

Moje odpowiedzi utrzymywane były cały czas w jednakowym tonie, rytmie i melodii. Ale w końcu dałam się namówić. Wzięłam ze sobą (niezbyt zadowoloną) Paulinę.

Jakże miło nam się rozmawiało! Tylko Paulina zachowywała trzeźwość umysłu, permanentnie odmawiając spożycia serwowanego przez Tomka i jego towarzyszy alkoholu, stanowczo twierdząc, że z wrogami nie pije.

Było uroczo, ochoczo i jakże miło. Ale Paulina chwile te ukróciła, zabierając mnie na stancję. Ból psychiczny i fizyczny, kac morderca łapać za głowę zaczął i nią potrząsać…

 

Och… O cholera! 2 Piątek, Sty 14 2011 

opowiadanko studenckie 😉

My, studenci. Puch wśród pierza dorosłych marny! Zbici w akademikowym pokoju, na stole trzy rodzaje chipsów z Biedronki, jakieś sałatki przygotowane przez rodzynki politechniki  w postaci płci pięknej (a w ostatnich czasach ciasto uczelni technicznych przyjmuje formę bakaliową), kilka butelek z napojami zawierającymi związki alkoholowe- ile to związków pod ich wpływem powstało! A później kace, moralne i fizyczne… Mamy imprezę!

Początki zawsze takie rozproszone, elementy niedopasowane, każdy inny, zdawałoby się, że tych puzzli nie da się poskładać. Ale trochę bąbelków, trochę dezynfekującego gardło napoju i od razu atmosfera się ociepla, jak środek fizyczny układu pokarmowego. Siedzimy, śmiejemy się, bawimy w najlepsze. Dobre złego początki, wstawiając wątek pesymistyczny…

Gdy anegdotom i dowcipom koniec przyświecał, a kolega Marek w kącie przy szafie już się rozmarza i poczyna odpływać na statku marzeń w krainę snu, odlatując na szerokich jego skrzydłach, postanawiamy w ramach otrzeźwienia naszych umysłów wybrać się w większe, bardziej anonimowe towarzystwo. W końcu jesteśmy przyszłą elitą intelektualną naszego wspaniałego narodu! Nawet Piłsudski tak się o nim wyrażał, przecież (abstrahując od tego, że ludzie to hm… w wersji dla dzieci takie panie, co sprzedają swe fizyczne atuty).

Ciągnąć Markowate zwłoki idziemy w kierunku nieco bliższych baletów. Nie za długa to droga, ale ciemno już i ślisko też. Nocne nie kursują z częstotliwością, jaką sobie życzymy, a taksówka pod koniec miesiąca to wydatek nie na studencką kieszeń. Podróżujemy naszym permanentnym, cielistym środkiem transportu.

Marek zatrzymuje się w połowie drogi. Szarych Szeregów, on sam szary i mało wyraźny, chociaż ciemność dookoła, a oświetlenie odlatarniane ma to do siebie, że przedstawia niedoskonałości w trochę wyidealizowanym świetle. Ale Marek to postać jak najbardziej specyficzna.

-Ty, Matylda- rzecze Ewka. –Podtrzymaj Markowi kudły, bo chyba coś się zadzieje…

-Niech to Krzysiek zrobi- wskazuję na kolegę.- Ja jestem za mała.

Istotnie, mój wzrost to metr pięćdziesiąt w kapeluszu i na szpilkach, a Marek to takie wyrośnięte stworzenie. W efekcie w towarzystwie jego zacnej osoby wyglądam trochę jak Flap przy Flipie.

Krzysiek podchodzi, łapie długie, ciemne, nieco pofalowane (jak ich właściciel) włosy. Marek chwyta się latarni, pochyla swe ciało… Tak, teraz właśnie rozumiem, dlaczego związek frazeologiczny puścić pawia został uformowany tak, a nie inaczej. Różnorodność barw na kontrastującym śniegu przypomina trochę witraż w oknie kościoła gotyckiego. Ma w sobie swój urok, gdy zapomni się, czym tak naprawdę to jest… Jak pawi ogon, są nawet oka (tak, staram się nie myśleć, że to połowicznie przetrawione składniki sałatki mojej roboty).

-Już?- troskliwie pyta Krzysiek.

Pada jeszcze kilka epitetów, nieistotne jakich. Marek powoli zaczyna wracać do swojej postaci. Idziemy dalej, nawet mu humor powraca. Co prawda, w żaden sposób i za daleko jakoś nie oddalił się, ale Marek w stanie półtrzeźwym taki zabawniejszy, aniżeli w stanie bardziej nietrzeźwym.

Panowie w niebieskich mundurach podjeżdżają niebieskim skunksem z białym paskiem. Wylegitymować chcą, bo tak nam niewyraźnie z oczu patrzy. Pierwszy ogień, pocisk- Mareczek!

-Dowodzik poprosimy.

Marek wkłada swe lekko zwiotczałe dłonie do kieszeni, wyciąga jakieś papierki, podaje policjantowi…

-Pan potrzyma- mówi, wkładając w dłonie jego kilka śmieci.

Ponownie nurkuje w zagłębieniach swych spodni. Podaje policjantowi wszystko, co ma, następnie sięga do kurtki. Wyciąga mały woreczek z wysuszoną zieleniną i dowód i daje panu stróżującemu…

Marek jedzie na komisariat. A my? My wracamy po przeszukiwaniach do akademika…

Och… O cholera… Piątek, Sty 14 2011 

Opowiadanie- wersja skrócona 😉

Uśmiech jego szelmowski. Postura jego poniekąd gigantyczna. W oczach mieniących się odcieniem błękitu paryskiego wybujałe rogi. Para z nosa, jak byk patrzy z ukosa, czerwona płachta. Ja. Nie, nie, nie na czerwono, bo to w stylu raczej nie moim codziennym, raczej odświętnym. A dzisiaj dzień do celebrowania żaden. I ja nie święta, bardziej szurnięta, acz pozory poważnej, zrównoważonej kobiety zachowywać się staram na każdym kroku.

Wzrok pod kątem ostrym. Pod nosem coś mamrocze, przymruża oczy. Poprawia jasną czuprynę. Z jednej strony mam ochotę zwyczajnie, kokieteryjnie podejść do niego i… palnąć mu w łeb. Żeby zatoczył jak nie koło, to przynajmniej coś o kształcie eliptycznym. Albo kopnąć go w miejsce nóg wyrastania, gdzie kręgosłup wieńczy się kością ogonową. Ale z drugiej… Rozpływam się jak mydło pod prysznicem. Cieplutkim prysznicem.

Kubeł zimnej wody, choć to nie lany poniedziałek. Albo awaria w dostawie energii. Nieistotne. Przechodzi, kąciki ust wędrują w stronę tych cholernie błękitnych oczu, udaje, że częściowo nie widzi. A częściowo zerka. Kij ci w ucho, myślę sobie.

Udaje niedostępnego. Przychodzi co do czego, gapi się jak cielę w malowane wrota. I to na fluoroscencyjne kolory, jakby przyzwyczajony do widoku miedzy neonów nigdy nie ujrzało. Jakieś tiki, zdecydowanie nerwowo- bojowe, trochę nieudolne. Jakiś tekst, wzięty od tyłu, bo do przodu ciężko to przypasować…

Rola moja. Odwrócić się na pięcie. Byleby na tym zakręcie równowagi nie stracić, co przy mojej koordynacji (psycho)ruchowej to i tak nie lada wyczyn (mnóstwo tego przyczyn, rozprawiać się nie będę). I nagle słyszę imię swe z ust jego pełnych:

-Matylda!

Udaję, że nie słyszę. W środku jelita mi się trzęsą, wątroba kołysze…  Ale muszę być twarda, wmawiam sobie. Zwieracze muszą trzymać, żeby się nic ze mnie nie wylało. Nie można być nadto wylewnym. Jeszcze jakiś przelew mi by do mózgu poszedł, nabrawszy zaskakującego tempa.

Gramy dalej. Czasami moimi kartami. Czasami jego. Wystają mu te papierki z mankietów. Nawet nie stara się ich jakoś specjalnie ukrywać. Każdy jego ruch jest do bólu przewidywalny, jak na samca przystało. Co więc w nim takiego wyjątkowego?…

Głosik poproszę :) Czwartek, Sty 13 2011 

Konkurs na Bloga Roku 2010

Wysyłamy sesemeska o treści G00575

na numer 7122 😀

Koszt to złotówka i 23 grosze, które będą częścią dofinansowania turnusów rehabilitacyjnych dla osób niepełnosprawnych.

Kochani, głosujemy! 🙂

 

Uśmiecham się uroczo,

emanując swym oryginalnym stylem.

Ten raz, jakże ochoczo,

Proszę o uwagi chwilę!

Kokieteryjnie i zalotnie

trzepocę rzęsami,

Spojrzenia rzucam słodkie,

Kuszę słowami;

Wyślij SMSa,

zagłosuj na moje tworzenie,

sprawa przyspiesza,

Pomóż i broń moje mienie!

Będę wdzięczna do zgonu,

Na numer 7122- siedem-jeden-dwa-dwa

Pisz G00575 (gie-zero-zero-pięć-siedem-pięć), by mnie obronić

Teraz, tak!

(Ob)sesja Środa, Sty 12 2011 

Skrada się z szelmowskim uśmieszkiem. Zapowiedziała się przecież, chociaż gościem jest nieproszonym. I wygonić nie wypada, od początku semestru swym widmem terroryzowała. Zapuchnięte oczy, uczy się człek po nocy. Obsesja. Nadeszła… SESJA!

Tempo, tętno, wszystko przyspiesza. Żółte (lub kolorystyką niewiele się różniące) papiery z dziekanatu, cyrografy, na których zbiera się podpisy osób inteligencją wyżej postawionych. A nie najchętniej składają swe cenne autografy. I złapać go! Niczym psychofani, studenci zatrwożeni i zrezygnowani, acz zdeterminowani czekają pod wykładowcy drzwiami.

Uśmiecha się złowieszczo. Obwieszcza swą obecność, na każdym kroku podstawia haka, na którym młody człowiek ma ochotę się czasem powiesić, zwyczajnie. I zakończyć żywot swój jak bohaterski Janosik. Ale duch walki, w czasie tym trwożnym wybudzony, nakazuje walczyć do ostatek sił.

Jak co semestr zaskoczyła. Jak drogowców zima. Nawet bardziej, spektakularniej.

W bałaganie nurkowanie. Bo na pewno nie spanie, na ten luksus nie można sobie teraz pozwolić. Zamiast poduszek- książki. Zamiast kołdry- stos notatek. Zamiast ukochanego/ukochanej- laptop (no, akurat ten moim wybrankiem od dłuższego czasu, także w tym przypadku nie robi mi to jakiejś specjalnej różnicy, grunt, że nie pieści- prądem).

Poziom adrenaliny wzrasta z każdą chwilą, a te coraz krótsze zdają się być. Trzyma w napięciu, jak organizm przed miesiączką. Horror w 3d. Dopamina, serotonina i endorfiny jakby opuszczają spustoszone ciało. Chciałoby się, oj chciało, przez chwilę rozerwać. Ale rozrywane są niestety tylko nerwy. I fruwają strzępy…

A po sesji, po obsesji. Spokój, chwila ciszy. Minutą milczenia uczcijmy jej uśpienie. Nowy semestr… Można pofolgować- emocje przyjdą znów, niebawem…

Sen o spadaniu, upadek bez obcej dżumy Wtorek, Sty 11 2011 

W niebie miło, ale kazali spadać. I spadło się z tego nieba komuś na ziemię. O ile gabaryty filigranowe, o tyle takie w miarę zejście spokojne, dryfujące piórko na wietrze, widoczne z oddali, powoli unoszone nad głową. Przy większej tuszy trzęsienie ziemi, a nawet wzmożony dryf kontynentów, jak grom z jasnego przesklepienia świata…

Spadają gwiazdy. Wprawdzie są to meteoryty, ale gwiazdy brzmią jakoś tak bardziej poetycko. Błysk niczym fleszy, poblask, piękna, ulotna chwila. I nagle jej nie ma. Jej sława się wypaliła.

Upadać można na wiele sposobów. Najniebezpieczniej na głowę. Sytuacja o tyle się pogarsza, gdy leci się z bożonarodzeniowego drzewa iglastego. W głowie mózg, może nim wstrząsnąć, a poukładane starannie klepki rozsypują się po całym centralnym układzie nerwowym. I toczy się taki stresujący kłębuszek, ciężko to złapać i podnieść, bo siła tarcia jakby mniejsza nań oddziaływała. A poza tym ma to takie przyspieszenie, że ciężko nadążyć. Ale w końcu się zatrzymuje. Czasami już urwany kawałek nitki, czasami można podnieść kulisty zbitek mentalnej wełny z siana. Siana w głowie, bo wszystko się tam zdąży ususzyć, niczym ciało anorektyka i kości tylko trzeszczą…

Spadek to taki powolniejszy upadek. Jakieś nachylenie, postępujące rozpędzenie… I jazda w dół. A w tym dole błota po kolana, albo i po szyję, gdy za mocno się weń zaryje. I nie dość, że to bagno wciąga, to jeśli nawet cudem, z wielkim trudem, uda się z niego wyjść, to trzeba poczekać, aż błotko zeschnie, bowiem co się wysuszy, to się wykruszy. A mądrzy ludzie żyją w brudzie– po co ścierać gąbką swój naskórek? Będą bolesne otarcia.

Wbrew wszelkiej logice i do góry spadać można. W stronę koron drzew, a tam liście odpłaszczać. I takie cuda się zdarzają. Siła grawitacji nie pomoże, ani święty Boże, gdy się trafi na taki sam biegun. Odepchnie to z siłą odpowiadającą armatniej kuli. Biedy połowa, gdy się w krzakach schowa- gorzej, gdy zaplącze się o gałęzie. A tam mogą być niespodzianki, tudzież zwłaszcza w rejonach tropikalnych.

Opadają na dno, w oczodoły. Zanurza się w wirówkę świadomości, w podświadomości gości, sen, balsam dla ciała i duszy. I emocje opadają, jak deszcze po upale kojąc. Jak kurz po wielkiej bitwie z piosenki Perfectu. Bo  życie to pasmo wzniesień i upadków… Nie ma łatwo, to nie równina…

Mielizna na płyciźnie Wtorek, Sty 11 2011 

Mielizna na płyciźnie

Po płytkiej wodzie można się przejść, ot taka przeszkoda w drodze, trzeba jakoś na drugi brzeg się dostać. Dno prawie na wierzchu. Krótka przygoda, bowiem inny środek transportu niż własne kończyny w tempie przyspieszonym ugrzęźnie gdzieś na mieliźnie…

Przygoda, ale bez większych wrażeń- w końcu płytka ta woda. Płytka wyobraźnia i wszystko na wierzchu, widoczne. Nawet nie ma jak zanurkować, a tym bardziej szukać jakichkolwiek skarbów czy ciekawych wraków okrętów. Ot, żeby się potaplać, ochłodzić rozpalone zmysły i iść dalej. Pragnienia prawdziwej przygody na pewno nie zaspokoi, ale w pewien sposób ten brak adrenaliny ukoi. Jedyne niebezpieczeństwo stanowią żyjątka, które mogą się przedostać do organizmu, głównie drogą płciową. Ale od czego są zabezpieczenia, mamy XXI wiek, można czuć się względnie bezpiecznie.

Głęboki tlenek wodoru w stanie ciekłym to wyzwanie dla odważnych. I wypadałoby mieć jakąś kondycję, psychiczną przede wszystkim, bo mięśnie jakoś się w trakcie wyrobią. Nurt rwie do przodu, ciężko za nim nadążyć z brzegu. Rozwiązanie? Rzucić się weń. Wiry? Na pewno, gdzieś po drodze. Ale czy to właśnie nie one nadają smaczek egzystencji? Momentami czuć grunt pod stopami, lecz na ogół głębia spojrzenia i nieodkryte tajemnice. Już się zdaje, że się wodę poznało- ale żywioł zawsze pozostanie nieodgadniony do końca… Jakieś skarby na brzegu- już wiadomo, co ukrywa? A może ma w sobie znacznie więcej?

Butla z tlenem, płetwy na stopy i pod wodę. Tam to dopiero jest świat! Wewnętrzny, bogactw i różnorodności co niemiara. Ryzyko jest, ale ten wymiar tak fascynuje, że trudno oprzeć się pokusie. Istnieje ryzyko, iż miejscami jest podwójne dno. Może i jakiś topielec w wodorostach. Pełno statków i okrętów zza zakrętów koryta rzeki. Nigdy się nie dowiesz do końca, co w nich spoczywa, ale rąbka tajemnicy zawsze można uchylić. Rąbka, bowiem całej nigdy się nie rozwija- no, chyba, że bierze się za to specjalista, doktor rybiej głowy.

A to co? Syrena? A ta rzeka taka niepozorna. Oho, rozszerza się, wpada na szersze wody… To dopiero będzie przygoda. I co, warto było zaryzykować?…

Opiera się i namydlona Poniedziałek, Sty 10 2011 

Przezroczysta kula poetycko dryfująca na falach wiatru. Delikatne, cienkie i transparentne ściany rozszczepiają światło, pozwalając podziwiać wszystkie kolory tęczy. Linia horyzontu odbijającego się krajobrazu przyjmuje kształt elipsy, tworząc magiczną panoramę. Tak się można zachwycić nad tą małą, mydlaną banieczką, że można wyjść jak słynny Zabłocki. Na mydle. A to z niego ta bańka spłodzona…

Odpowiedni roztwór o nieszkodliwym pH (zbyt kwaśny lub zasadniczy przyniesie pecha), rurka albo taka zabawka z kółeczkami i… dmuchamy, składając usta w dziubek, jak większość lasek na naszej-klasie i facebooku. Trochę to idiotyczne, ale jeśli nikt nie robi nam zdjęcia, to można się chwilę powydurniać, bez obawy, że kompromitująca fotka wycieknie po łączach i zaplącze się w sieci.

Byle nie za mocno w to chuchnąć. Konkretnie, śmiało, ale bez przesady. To nie zawody w pluciu na odległość, ani też czyszczenie okularów/lusterek oddechem. Z wyczuciem.

Delikatny, jak lekki powiew wiosennego wiatru, przesycony dwutlenkiem węgla (ach, te pęcherzyki płucne!) wydech w rurkę (czy co tam się do tych kulek znalazło) i nietrwałe dzieło sztuki w powietrzu! Unosi się w przestworza, migocze różnorodnymi barwami, lekko płynie na tle nieba (lub sufitu). Chwila, ale jaka piękna! I jak rozmarzyć się można…

Szpila. Tips na paznokciu. Cokolwiek. Wystaje to kłuje, wbić się może. I nagle z pięknej bańki kilka kropel spadających z prędkością nadaną przez siłę grawitacji. Po uroczej kulce zostało wspomnienie. Można utworzyć kolejną, równie piękną, ale… to już nie będzie ta. I chociaż znowu będzie zachwycać i się mienić, to jednak wspomnienie tej pierwszej zostaje. A gdy zbyt intensywnie się dmucha, to jeszcze się jakiejś astmy można nabawić…

Maciula Poniedziałek, Sty 10 2011 

…czyli uroczy chrześniak Paulinki 🙂

(Nie)szczęście Poniedziałek, Sty 10 2011 

Pewnie czai się za rogiem. Nie chce wyleźć, cholerstwo. Nie szkodzi, jest czas, poczeka się… I czeka się, czeka, a nikt straconych minut nie zwróci, to nie ten wymiar…

Ukierunkowanie na szczęście. Zdefiniowane, teraz wypadałoby je spersonifikować. Jest! Tylko coś nie chce iść w tą stronę, w którą by się życzyło. Mało tego! Odwrócone plecami. Jakby tego było niedostatecznie dużo, to jeszcze ma nas na zakończeniu tej części ciała, a konkretniej to w niej. Ale spokojnie, cierpliwości starczy.

Na początku wystarczy sam widok. Ono JEST! Egzystuje, istnieje- to już coś! I jest tak blisko, kilka kroków, za tym rogiem. Co tam, że przyprawia rogi, akurat się rozglądało i przeoczyło się tę diabelską czynność. Znowu zagląda się zza ściany- nie zniknęło, nie zdematerializowało się.

Zegar zatacza kolejne koło. Jak słup soli (bo szczęście obrało postać paralizatora) stoi się i przygląda. W pewnym momencie samo wytrzeszczanie gałek ocznych nie wystarcza. Po cichutku, podchodami, zajdzie się te szczęście od tyłu. Byleby nie spłoszyć. Byleby jakoś tak taktownie. Szczęście spersonifikowane się odwraca, konwersuje. Na jakiś czas to wystarczy.

Szczęście ma humorki. Szczęście nie jest ideałem, za jakiego się go miało. Ale co tam, to pewnie chwilowe, dalej żyje się jego ubarwioną imaginacją. I chociaż już klapki się otwierają, a do źrenic padają pierwsze promienie z nadwyżką ultrafioletu, który w przypadku przeciągania nadużycia zmysłu wzroku prowadzi do ślepoty, to jednak dalej żyje się ponad powierzchnią, gdzieś w chmurach. Co tam, że w burzowych i pioruny raz po raz uderzają w głowę, przestawiając kolejne klepki. Czeka się na to szczęście i koniec, basta! Nie ma innej opcji!

Szczęście ma drugą twarz. Na imię jej Cierpienie. I nie potrzebny dowód osobisty, żeby zdemaskować jego tożsamość. I zamiast cieszyć, nagle trzaska o beton i inne twarde nawierzchnie. Pierwsze kontuzje, ale przemoc domowa jest w modzie, a jakże. Poza tym, obiecało, że więcej tego nie zrobi. No, za drugim razem też. Ok., trzeci raz też był…

W końcu Szczęście zabiera resztki wewnętrznego szczęścia. Meta- i fizyczne zwłoki uciekają od tego Szczęścia. Odwyk potrzebny, bo to gorsza zaraza niż niejeden polepszacz- pogarszacz. Ale z każdego nałogu można się przecież wyzwolić! Problem w tym, że zmiany na psychice zostają już do końca egzystowania na naszej cudownej planecie.

Wolny. Prosto z odwyku od (nie)Szczęścia. Albo na nie natrafi i na własne życzenie znów wyreżyseruje sobie horror, albo na nic nie licząc i uciekając od podobnych stworów na jego drodze stanie Prawdziwe Szczęście. Bo się go nie oczekiwało. Bo nie wypatrywało się go w konkretnym kierunku. Bo szczęście zawsze przychodzi niespodziewanie, wystarczy go pragnąć, ale nie szukać…

Żeglarz Poniedziałek, Sty 10 2011 

Dryfujesz po mgle

Samotny żeglarz

Na tratwie z marzeń

Budować chcesz

Nową łajbę

Z nagich wyobrażeń

Już na horyzoncie statek

Widmo twoich wspomnień

Choćbyś zachłysnął się

Ich czarem

Nigdy nie zapomnisz

Choć widzisz go

I uśmiech na twarzy kapitana

Teraz jesteś rozbitkiem

W snach uwikłanym

To fala cię zniosła

Złudne uniesienie

Błądzisz po oceanie myśli

Między nadzieją

A zwątpieniem

Lalka (II) Poniedziałek, Sty 10 2011 

Wiatr szklane muska oczy

To ich blask tak zauroczył

Chmury cień i łez odbicie

Gdzieś tam w środku

Serca bicie

Chociaż z porcelany jak i twarz

Szukasz głębiej

Podróżujesz pośród wspomnień

Zaglądając do tajemnic

Maska na bal

Bez nut ktoś gra

Z chmur orkiestra

A gdy każesz jej zaprzestać

I dopiszesz słowa

Rysa pod powieką

Pęknie kroplą osłabiona

Może na to czeka

Może schować zechce się

W ramionach

 

 

Krzyk Niedziela, Sty 9 2011 

Zza zamkniętych oczu

Myśl popłynie jako łza

Po policzku tocząc

Kręty życia ślad

.

Zza milczących ust

Cichy jęk się przedostanie

Kilka z duszy nut

To o pomstę jest wołanie

.

Z zamkniętego serca

Dawno już jak głaz twardego

Krew przepłynie w zimnych żyłach

Zanim spytam znów dlaczego

Zanim zniknie chwila

Czy ja znowu śniłam?

Szkolne przedstawienie Niedziela, Sty 9 2011 

Kolejka po bilet. Za friko. Bo w tym przedstawieniu nic już nie będzie za darmo. Bo to przedstawienie będzie się odgrywać na różnych scenach. Różne będą kostiumy, role, scenariusze i aktorzy… Bo to przedstawienie pod tytułem „Życie”.

Światła gasną. Kurtyna w górę- witamy na świecie. Zarys scenariusza już jest. Strona tytułowa- „Przeznaczenie”. Jakieś szkice, trzeba będzie systematycznie dorysowywać coś i dopisywać jakieś słowa do didaskaliów. Ilość współodtwarzających różna. Będzie komedia. Będzie tragedia. Obyczajowa, zapewne kilka harlequinów po drodze, horror, kino akcji w tej operze mydlanej.

Fabuła zapoczątkowana. Krzyk. Akcja!

Kino prawie nieme. Oprawa graficzna i dźwiękowa. Taki bełkot. Scena realna, scena fantastyczna. Tryb dzienny, tryb nocny, przedstawienie w dwóch światach równolegle. Dekoracje adekwatne do prezentowanej rzeczywistości.

Gra na własnej scenie. Gra na scenie innych. Rola pierwszo- i drugoplanowa. Epizod, występ gościnny, zatrudnienie na planie na dłużej. Odpoczynek na widowni. Ocena, krytyka i inne filmowe esy-floresy. Bzdury. Wejście na scenę. Jeszcze tylko ostatnie spojrzenie na scenariusz… i znowu improwizacja. Na widowni ktoś siedzi. Ocenia, śmieje się, krytykuje.

Sensacja! Będzie co recenzować! Przedstawienie bardzo udane. Nie, to była szopka. Nowo-staro roczna. Nic nowego. Nic zaskakującego. Zastosowanie archetypów.

Koniec aktu pierwszego.

Nowa rola. Rola na kilku scenach jednocześnie. Kilka wcieleń. Mąż, żona, matka, córka, wnuk… Gdzie jest reżyser?! Ktoś musi nad tym panować! Kto to, w ogóle, do cholery, reżyseruje?! A gdzie próby? Tak od razu grać? Kto to widział?!

Jeszcze tylko montaż… Taki zlepek zdarzeń. Ciąg przyczynowo- skutkowy. Żeby gdzieś tu jakaś logika się znalazła.

Premiera! Niech to będzie lekcja. Niech każdy wyciągnie wnioski. Nie, nie będzie ocen. Ale to jest szkoła. Szkoła życia. Niech uczeń będzie nauczycielem, a nauczyciel uczniem.

Nauczyciel- ucznia lustrzane odbicie. Trochę karykaturalne. Oceniasz- on ocenia ciebie. Bardziej. Mocniej. Boleśniej. Robisz na złość- on ci bardziej. Odzwierciedla wszystkie twoje wady i zalety. Pojawił się, żebyś mógł się przyjrzeć swojej twarzy.

To nie luka w scenariuszu. Nie, scenarzysta się nie upił. Ani nie naćpał. Tak miało być. To miało się stać. To była… lekcja…

Struś na betonie Niedziela, Sty 9 2011 

Podobno szczytem chamstwa i sadyzmu jest wywołanie stresogennej sytuacji w odniesieniu do strusia na powierzchni utwardzonej. Ale często to jedyny sposób, aby zmusić tego wielkiego, tchórzliwego nielota do retrospekcji, by przypomniał sobie, że z jaja, z którego przyszedł na świat, można by usmażyć jajecznicę dla co najmniej dziesięciu zgłodniałych homo sapiensów…

Pustynia, teren obcy, piaszczysty. Frakcja kruszywa niewielka, uniemożliwiająca poruszanie się z większą prędkością (albo wciągająca, jeśli to ruchome). Wielka kuweta, w której człowiek czuje się co najmniej obco. Co innego struś (i kot z potrzebą fizjologiczną, ale nie o tym…). Coś mu nie pasuje i z nagła ukazuje się opierzony, ptasi zadek. W końcu jego terytorium…

Podchody. Wziąć ptaszysko za pióra. Nic z tego! Szyję widać, głowa zanurzona w ziarenkach piasku, dziób w ciup.

Struś ciekawski. Nieco zaintrygowany, kto mu się odważył zawracać jego ptasi zadek. Intruz się oddala, struś wynurza część ciała ze swoim ptasim móżdżkiem… Krok za nim, odcinek z kręgami szyjnymi w stronę dręczyciela… Intruz w stronę ptaka, a ten naraz pod powierzchnię i nabiera piachu w dzioba…

Zazwyczaj, gdy intruz ma już dość zabawy w (nieudolnego) chowanego, ciekawski nielot rusza w jego stronę. A ciekawość to pierwszy stopień, na beton w tym przypadku. I wtedy… ATAK! Struś na przesłuchanie! I albo ptaszek dozna wstrząsu galaretowatego ptasiego narządu myślowego, a w efekcie poprzestawia klepki w swojej nieproporcjonalnej głowie, albo potłucze sobie dzioba… Skutki brutalne, pióra się sypią, ale to jedyna metoda, żeby te stworzenie spuściło z tonu… Tutaj potrzeba solidnego, utwardzonego gruntu, po nim się stąpa, a nie po ruchomych piaskach…

Paweł ;D Niedziela, Sty 9 2011 

Poprawiłam, bo tamto mi się za bardzo nie podobało ;D


Następna strona »

%d blogerów lubi to: