Było takie miejsce, do którego lubiłam wracać. Przepiękny dom, kuchnia z piecem kaflowym na dole, przy którym jako dziecko zawsze siedziałam z patyczkiem i zapalałam jego końcówkę, a potem mazałam po drzwiczkach od tegoż pieca.

Kuchnia dość nietypowa. Na dole, wraz z łazienką. Na górze tak jakby podział na trzy mieszkania- jedno jednopokojowe, drugie dwu-, a trzecie trzypokojowe. W kuchni toczyło się życie- na kanapie obok pieca zwinięty w kulkę śpiący kot, znajomi prababki przychodzący na kawę i ploteczki…

Dwóch pokoi zawsze się bałam, bez względu, czy miałam 2, czy 20 lat. Gdy przychodziło mi spać w którymś z nich, zawsze ściągałam sobie do łóżka babcię, która ze mną leżała, aż zasnę. Do dzisiaj nie wiem, czy to po prostu moja bujna wyobraźnia mi tak od brzdąca płatała figle, czy tam rzeczywiście były jakieś duchy- sama już zaczynam wątpić, w co tak naprawdę wierzę. Dla mnie po prostu COŚ tam było.

Miejsce, w którym rozwijałam swoje pasje. Siedziałam godzinami w kuchni i rysowałam, przysłuchując się starszym ludziom. Lepiłam smerfy z plasteliny, zwierzęta z masy solnej, szyłam, wymyślałam. Gdy trochę podrosłam, jakoś tak przed przedszkolem, zaczęłam pisać pamiętniki. Wtrącałam czasami w tekst niektóre wypowiedzi.

Każde lato, każda zima, wszystkie święta… Ten dom. Ci ludzie… Wydawałoby się, że ma ogromną wartość emocjonalną, że wrócę tam i już żadna siła mnie stamtąd nie wyciągnie. Właśnie- wydawałoby się…

Dalej stoją te same meble. Dalej na ścianach wiszą te same obrazy, co przed laty. Korytarz na piętrze dalej zdobi stara komoda. Dalej strych jest tak upiorny, jak gdy byłam dzieckiem i nawet dzisiaj nie odważyłabym się tam wejść bez latarki… A jednak- nie wiem, czy kiedykolwiek moja noga tam jeszcze postanie…

Ja się zmieniłam? Na pewno. Ale przecież zmieniam się z każdym dniem, odkąd jestem na świecie. Miejsce się zmieniło? W pewnym sensie tak- na wsi przybyło kilka domków, reszta odremontowana. Ale przecież tam od wielu lat jakieś roboty budowlane… Nigdy nie byłam przywiązana do tego miejsca? Na to wygląda… Bo to nie miejsca tworzą klimat, tylko ludzie. A ci ludzie tak co jakiś czas odchodzili, jeden po drugim…

.

A teraz ja, rodowita dolnoślązaczka, co parę lat przesuwająca się na północ, ze wschodnimi korzeniami, krwią polsko-ukraińską i kroplą tatarskiej, z tego co mi wiadomo, siedzę sobie w (zamrożonym i zasypanym śniegiem) Szczecinie i… całkiem mi tu dobrze 😉